W bezbarwnej gdy chodzi o podsumowania, i nowe całościowe odczytania poezji ostatnich kilku lat pod koniec ubiegłego roku pojawiła się niczym meteor antologia poezji kobiet 1989-2009 „Solistki” wydana nakładem niestrudzonego Staromiejskiego Domu Kultury w Warszawie pod redakcją Marii Cyranowicz, Justyny Radczyńskiej oraz Joanny Mueller. Redaktorki świadomie unikają pojęcia „poezja kobieca” które w dyskursie krytycznym używane jest często jako eufemizm dla poezji egzaltowanej, emocjonalnej (nadto), sensualnej (irytująco) a w domyśle po prostu nijakiej, rozmemłanej, nie dającej się sklasyfikować. W „Solistkach” poezja kobiet (ale nie kobieca!) oznacza przede wszystkim inność, osobność, wyrazistość i brak kompleksów. Być może jest coś na rzeczy w obserwacji redaktorek, że młode kobiety, poetki „nie poklepują się po wierszach”, nie nawołują się mottami, dedykacjami. Tego emocjonalno-towarzyskiego ciepełka aż nadto bywa w męskiej poezji istniejącej na sposób o wiele bardziej stadny. Kto wie czy to nie jest sygnał, że emocjonalne rozmemłanie to coraz mniej sprawa kobiet i poezji kobiecej ale facetów w poezji. W wierszach pomieszczonych w antologii bardzo wiele wierszy jest skupionych na języku, nicowaniu jego form, sporo jest tekstów eksperymentalnych, sporo z nich porusza się na granicy lirycznego ryzyka. W równej mierze bowiem ryzykowne są hiperteksty na papierze Anety Kamińskiej co metaforyka Marzanny Kielar, ale to ryzyko liryczne dodaje smaku lekturze. Każdą autorek znałem wcześniej z osobna i czytałem, ale dopiero teraz, zebrane razem pokazują że dzieje się coś ważnego. Gadają ze sobą ich teksty, może po raz pierwszy ale nie ostatni. Jeszcze za mało tego, żeby wyznaczać nurty w poezji kobiet chociaż można sobie takie nurty bez trudu wyobrazić, wstępnie wyczuć. To już dużo więcej niż margines, niż „poezja kobieca”. O nie. To idą kobiety a nie poezja kobieca. To obowiązkowa lektura i pomoc naukowa dla każdego kogo obchodzi polska poezja ostatnich 20 lat, nie po to żeby zaraz pokochać i oswoić, ale żeby się zmierzyć.
I z książek przepadłych warto chyba zwrócić uwagę na „Dobę Hotelową” Bartłomieja Majzla. Podmiot - poeta i podróżnik, autor tomu wierszy „Doba hotelowa” to tropiciel nietrwałości świata w tym najbardziej nietrwałości siebie samego i stwarzanego przez siebie świata. Zarazem w wierszu Majzla wydaje się być wszystko a podmiot urasta do rozmiarów herosa. Słońce odmieniane według wszystkich przypadków i przypadłości wydaje się być mu powolne niczym pies. Wszystko jest w wierszu, nawet ekstaza, ale zarazem wszystko to jest naznaczone i sprzedane w zastaw. Nic nie jest samo z siebie a zastaw trzeba w końcu kiedyś wykupić. Miejscami wiersze Majzla wydają się być stoickimi ćwiczeniami jak z dawnych wieków, buddyjskimi próbami oswajania pustki. Doba hotelowa nie będzie trwać wiecznie – mówi tajemnicza portierka tytułowego hotelu. Świat jako hotel, człowiek jako gość hotelowy to chyba gorzej niż człowiek jako przechodzień w świecie. Hotel to przypadkowe zbiorowisko. Ci ludzie, te zdarzenia, te wiercące się głosy nie są połączone, nie stanowią całości. Przechodzień przecież dokądś zmierza a gość hotelu nie, gość hotelu bywa, znika. Język tych wierszy jest niespójny, rytm rwany, składnia niepełna, wersyfikacja nerwowa - trochę jak nasłuchiwanie wiercących się głosów zza ścian. Sporo z tych tekstów to zasłyszenia, krzyki piski, rozmowy zawiedzionych kochanków słuchane przypadkiem przez sufit. Dopiero i w finałowym wierszu objawia się coś z tego, czym jest wiersz Majzla, odsłania się podmiot, profetyzujący ktoś, jakiś zdziczały wierszopis dopisujący swoją wersję poetyckiego posłannictwa. „Posłaniec” a tak zatytułowany jest ostatni wiersz tego poematu na głosy, to inaczej przecież Angelus. Tylko czy majzel stworzony przez Majzla to jeszcze anioł, a jeżeli tak, to czyim jest w istocie posłańcem i jakie niesie wieści sobie i Tobie?
Ano właśnie, co wieści? Tego dowiemy się kiedy indziej. Tymczasem zwróćmy uwagę a dobre debiuty poetyckie 2009 roku to Agnieszka Mirahina ze zbiorem "Radiowidmo" i Magdalena Nowicka ze tomem „Przewieszka”. Poza tym to o czym wspominałem w innych miejscach – bardzo dobry tomik „Niepiosenki” Mariusza Grzebalskiego, „Samochody i krew” Bartosza Konstrata, "Cyklist” Przemysława Owczarka i w ostatniej chwili, rzutem na taśmę wydana w 2009 Justyna Bargielska „Dwa fiaty”, Aleksandra Zbierska, która zaraz po debiucie „Wibrujące ucho” wydała drugi tomik „panoptikon”, wreszcie frapujący debiut ś.p. Marciusza Moronia „pali zalewa burzy”. Ze skromnych powrotów na renę poetycką trzeba odnotować Grzegorza Giedrysa z tomkiem „Debiut” i Mateusza Wabika z nierównym, ale frapującym zbiorem „Spisek” Z zadań domowych z prozy niewiele odrobiłem, wyznaje szczerze ze smutkiem, ale wskazałem wcześniej i to powtórzę, że dwie książki zwróciły na siebie moja baczną uwagę – „Piaskowa Góra” Joanny Bator i „Sajgon” Karola Maliszewskiego. Zupełnie natomiast umknęły mi rzeczy chyba ważne i istotne w tym roku mianowicie „Pensjonat Pazińskiego któren za te powiesić dostał Ausweiss. Przeleciała mi przez ręce Joanna Siedlecka pod kryptonimem „Liryka”, tyle ż wiarygodna co zabawna ze swoją stuprocentową wiarą w ubeckie kwity. Brak wstrząsu i realnej dyskusji nad tą książką, poza uprzejmościowymi kilkoma zdaniami u profesora Beresia w TVP chyba był właściwym wskazaniem autorce i jej dziełku miejsca na ziemi i w mieście.
A o kolejnych promykach niebawem. Szybko bo styczeń się kończy i nowe zdarzenia wokół.
| Maciek Froński | bellerophont@go2.pl 2010-01-26 08:44:41 | 83.238.186.122 |
Niezmiennie mnie frapują określenia typu "poezja skupiona na języku". To przecież trochę jakby "malarstwo skupione na pędzlu" czy "rzeźba skupiona na dłucie" – a przecież główny problem polega na tym, co i ewentualnie jak malować czy rzeźbić, pędzel i dłuto to tylko narzędzia. |