Ewentyzm albo Festwalenie.
Łabędziemu śpiewowi spoza centrali towarzyszy coraz głośniejsza fanfaronada kolejnych festiwali, centralnych uroczystości dożynkowych i gromkich wręczeń nagród mających też otoczkę lub pozór wydarzenia literackiego. Po Nagrodzie Literackiej Gdynia, Nike, Silesiusie, Angelusie, Paszportach Polityki, nagrodzie imienia Kościelskich na mapie kasowej pojawiła się nagroda miasta stołecznego Warszawy i zdaje się, że to nie koniec. Każdy chce mieć swój cyrk i swoje małpy w tym cyrku. Z jednej strony to fajnie, że różni zasłużeni literaci, albo zupełnie niezasłużeni ale utalentowani, albo zupełnie nieutalentowani, ale przynajmniej młodzi - mają więcej szans podreperować swoje budżety. Z drugiej strony - nie idzie za tym nic w literaturze. Być może - jeżeli w polityce mamy czasy postpolityczne - tak w literaturze mamy czasy postkrytyczne i zostały już tylko cyrki wokół nagród i nic więcej.
Warte zauważenia przy okazji tych cyrków coś jeszcze. Mianowicie bywały czasy, kiedy szacowne gremia niewiele się różniły co do gustów i kto dostawał Paszport (przyznawany jako pierwszy) ten zazwyczaj zgarniał resztę prawem górskiej premii lub wedle zasady wartości przydanej. Na szczęście przyrost ilości nagród, zróżnicował gremia oceniające i zdemokratyzował gusta o czym w roku 2009 świadczyły wybory szacownych zbiorowisk – Sylwia Chutnik, Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki, Dariusz Basiński (nominowany w moim prywatnym rankingu do strzału kulą w płot roku 2009), Dąbrowski Tadeusz, Anna Piwkowska, Stanisław Barańczak.
Najciekawsze w tym wszystkim i najbardziej odważne jest chyba przyznanie Nagrody Literackiej Nike Tkaczyszynowi-Dyckiemu, który jest człowiekiem i poetą bardzo skupionym w swoim języku, świecie i w sobie, postacią wręcz a-medialną, jakby nie z tego świata. Stawiam kasztany przeciwko orzechom albo nawet owies przeciwko pszenicy że Eugeniusz Tkaczyszyn Dycki wniesie zupełnie nowy ethos laureata w historii nagrody Nike i za to również wielka mu chwała. Swoją drogą – przypadek Dyckiego to także rzadki przykład jak uparte trzymanie się raz obranej drogi, rzetelne wyznawanie swojego literackiego obłędu przynosi z czasem docenienie na innych niż krytyczno literackie polach. Chociaż jestem niemal pewien, że Eugeniuszowi to docenienie na innych polach dość dogłębnie zwisa chociaż jest miłe, bo komu nie było miłe przyznanie garnca grajcarów. Ale królestwo Jego – nie stąd, ani nie stamtąd, ono jest skądinąd.
Rozdawanie nagród nadaje nowy rys debacie literackiej. Rozmawia się o tym co nagradzane a nagradza się to o czym szumią wierzby. Nie ma naturalnej wymiany ciosów nad książką, nad dziełem w czasie gdy żyje ono swoim pierowtnym życiem - w obiegu księgarniano-czytelniczym. Bo dzieło nie-nagrodzone nie istnieje. Jest nagroda jest dzieło, nie ma nagrody – dzieła nie ma. Nagrody zaś przyznaje się zgodnie z regułami za lata ubiegłe. W roku 2008 nagradzano za 2007 a w 2009 za 2008. Zatem eventyzm, a nie co innego sprawia, że paradoksalnie wyobraźnia czytelnicza, jeżeli istnieje, skupia się na książkach które mają kilkanaście miesięcy istnienia na rynku a najczęsciej już nie istnieją i są reinkarnowane przez wydawców by można było je omawiać a omawia się je szerzej dopiero po nominacjach. Omówienia nie są jednak żadnym poważnyjm dyskursem literackim, nie jest to spór o cokolwiek. Omawia się w tonie laudacji a nie sporu. Są przecież nominowane a nie dyskutowane. I tak nam rośnie rodzaj jakiegoś trędowatego, nietykalnego sposobu gadania juz nie o literaturze, ale książkach, w którym nikt z nikim o nic się nie spiera, bo nie ma o co. Werdykty są jawne, procedury tajne. Jak w Ministerstwie kultury - gdzie nie wiadomo kto i za co uwala bądź popycha wnioski, bowiem siedzą tam eminencje w kapturach i są nietykalne jak inkwizytorzy... o przepraszam, o tym było powyżej. Zatem powie każda kapituła, każdej nagrody mniej więcej tak: Werdykt jest wynikiem uśrednienia gustów jurorów lub zdolności manipulacyjnych jednego jurora (jak Henry Fonda w 12 gniewnych ludziach), albo siły przekonywania. I oczywiście ma rację dowolna kapituła i jej kapitularze i mają prawo tak powiedzieć. Roma locuta, causa finta.
Rzecz w tym, że poza tą karczmą co Rzym się nazywa (na potrzeby tej notatki) – w zasadzie już nic nie ma, albo to co jest to jest prawie nic.
| Jurod--->KCzk | 2010-01-17 16:59:28 | 83.22.161.104 |
gratulacje:) |