jurodiwy-pietruch - komentarze

[strona główna]

[dodaj komentarz]

LIKWIDATURA. SUBIEKTYWNE PARALITERACKIE PODSUMOWANIE ROKU 2009. PART 1

Dowiedziałem się wreszcie, oczywiście z prasy że tak dobrego roku w kulturze nie było już od dawna. A potem, pod tym dumnym tytułem, przeczytałem dziennikarskie doniesienia o tym, że kultura rośnie w siłę a ludziom kultury żyje się dostatniej. Dowiedziałem się też o jakiej kulturze tu mowa, w każdym razie literatura w jej zakres nie weszła. Z tego powodu pozwalam sobie subiektywnie, niesprawiedliwie, wybiórczo, uzurpatorsko ocenić roku 2009 pod względem zniknięć, zjawień i wybawień literackich uzupełniając tym samym znaczący brak informacyjny, jaki zaistniał u progu nowego roku 2010. A zatem po kolei:

 

Łabędzi śpiew spoza centrali.



Mam wrażenie, że to generalna tendencja, że metropolia powoli bierze odwet na wszystkim co lokalne a nie jest to trudne, bowiem kultura lokalna może istnieć tylko wtedy gdy metropolia albo przestanie prowincję łupić albo złupi ale redystrybuuje część złupionego z powrotem na prowincję. Nie wiem jak się mają lokalne przedsięwzięcia kulturalne z innych dziedzin sztuki ale gdy chodzi o literaturę wydaje się, że jest i będzie coraz gorzej. Taki drobny przykład: W roku 2009 odbyła się piąta edycja festiwalu 4 Pory Książki, po czym 26 listopada, już po zakończonej edycji „Pory reportażu”, żeby nie psuć sobie publicity, szefostwo Instytutu Książki ogłosiło zawieszenie, czyli jak wiadomo w warunkach Polski lokalnej, faktyczną likwidację festiwalu. Jeżeli się tą informację złoży z przepychem Festiwalu imienia Czesława Miłosza – to widać wyraźnie o co tu chodzi. Nie znam dokładnych finansów Instytutu Książki, ale zapewne z samych zakąsek na Festiwalu MIłosza można byłoby zaoszczędzić na jakąś kadłubową formę istnienia „4 pór książki”, chociażby pod postacią festiwalu poświęconego dowolnej formie literatury – co byłoby bardziej dostosowawcze dla publiczności w mniejszych ośrodkach. I niechby się to nazywało „4 strony książki” i niechby było raz w roku, ale niechby było.

Może jako występującemu na Festiwalu Miłosza powinno mi zależeć na jego przepychu ale za dobrze wiem, że przepych tutaj oznacza zwałę w kilkunastu innych miejscach. Poza tym właśnie festiwal w Krakowie przyciąga medialnością, więc można przyciąć zapewne nieco kasy na honorariach, liście gości, trzygwiazdkowych hotelach i dać kasę tam, gdzie medialność autorów nie przyciągnie – właśnie na projekty z powiedzmy Mysłowic, Wągrowca czy jeszcze – niech będzie – Brzegu, Oleśnicy, Nowej Rudy.

 Oczywiście, każdy powie – zawsze można napisać projekt do ministerstwa, jasne, można. Można na szkoleniu usłyszeć od urzędnika ministerialnego, że sam nie wie co należałoby wpisać w tę lub inną część wniosku – chociaż to niewiedza o tym, co będzie uznane za błąd formalny, czyli wykluczający z jakiejkolwiek rozmowy merytorycznej (dla kogo to, za ile i czy można lepiej). Po wielu godzinach pracy nad projektem za brak podpisu lub parafki można dostać odpowiedź, że z powodu braku formalnego – wniosek odpada. Nasz wniosek upadł, bo nastąpił błąd rachunkowy w jednej części na 300 złotych (literówka) przy watości całości projektu na poziomie 106 tysięcy i imprezie na terenie 11 miast przez trzy tygodnie. A wiadomo, fundusze na kulturę to nie fundusze unijne gdzie stając do konkursu można mieć szansę na 1 formalną poprawkę. Tutaj poprawek formalnych nie ma i nie będzie. Trochę szkoda. Pewnie jak co roku na błędach formalnych uwalonych zostanie około 87% do 97% projektów z tzw. terenu.

Wiadomo też, że Kraków, Warszawa, jedna sprawa, likwidację festiwalu 4 Pory Książki przeżyją bez większego bólu. Ale nie wiem czy Wąbrzeźnie, Lidzbarku albo Chełmie odbędzie się w związku z tym chociażby jedno spotkanie z kimkolwiek. To pewnie już Ministra Kultury (a jemu podlega Instytut Książki) nie zaboli, bo tam jest mało ludzi, a ci którzy są się nie zbuntują. Czytelnicy nie blokują bibliotek ani księgarń.

To, że kultura zmierza w stronę medialnego spektaklu to żadna nowość, cos na granicy truizmu. Szkoda jednak, że instytucje które ten proces mogłyby równoważyć zdają się zmierzać w tę samą stronę. Bo przecież pomysł likwidacji bibliotek – no oczywiście nie formułowany wprost, bo tego  w tym kraju się nie robi – to działanie z tej samej kategorii. Łabędzi śpiew prowincji która pomału pod każdym względem jest sprowadzana do parteru.

Ograniczenie dostępu do kultury oczywiście wytworzy dobrze znaną mechanikę błędnego koła – brak dostępu do biblioteki spowoduje dalszy spadek czytelnictwa a spadek czytelnictwa będzie uzasadniał dalsze cięcia i tak aż do zera. To tak samo jak z likwidowaniem i żonglowaniem kolejnymi reformami na kolei państwoewej, jak postępująca degradacja infrastruktury komunikacyjnej etc. To oczywiście kreuje zagłębia wyuczonej bezradności, pogardzanego wykluczenia, które później z łaski pańskiej się zalepia kolejnymi zasiłkami. To wszystko tworzy ogłupiałe społeczeństwo, które nie czyta, nie rozumie, przenosi na swoje lokalne tereny styl i słownictwo podpatrywane w telewizji w kolejnych komisjach ds. pijanych halabardników z drugiego planu w prowincjonalnym teatrze. Bo nie ma przeciwwagi dla tej plugawości. I społeczeństwo nam plugawieje a my wszyscy radośnie w nim i tylko rozliczni kacykowie plemienni mogą się cieszyć, że rosną tłumy głupich wyborców podatnych na byle manipulację, byle drobnym populizm.

Miało być o literaturze? A nie było? Doprawdy?


CDN
2010-01-05 14:54:39

komentarzy: 9

Jurod |
2010-01-14 15:41:03 | 83.4.219.28
  mówiąc krótko Jaro,
droga jest dobra drogą, dlatego że jest dobrą drogą a nie dlatego że asfalt wylewał sympatyk PO, PiS czy SLD czy "Krytyki Politycznej". A kłopot polega na tym, że dróg w tym kraju nie mamy dobrych albo mamy ale jest ich mało i zasługi za to się dzielą na wszystkich równo. A co ma do tego kultura? Z kulturą tak samo. Dlaczego? Dlatego że moim zdaniem ani jednym ani drugim ani trzecim nie zależy na tym żeby mieć w obywatelu partnera do rozmowy. Czarny ma białego słuchać i tyle. Wrzucać kartkę raz na cztery lata a przez cztery lata siedzieć cicho i słuchać mądrzejszych od siebie. Otóż chyba pora powiedzieć dość. Ci mądrzejsi bywali i są często niestety nienajmądrzejsi albo zupełnie głupi.


Jurod--->Jarek |
2010-01-14 12:53:21 | 83.4.219.28
  Jaro
ale jak dla mnie pewne sprawy są skrajnie apolitycznie lekceważone PRZEZ WSZYSTKICH POLITYKÓW, równiuśieńko i z równym zapachem ciepłej uryny. Kultura do tych rzeczy lekceważonych należy, ba jestem zdania że w ogól.e obywatel coraz mniej się liczy niezależnie od tego kto z kim się na górce, cmentarzu czy Marriotcie dogadywał. I ta jak one apolitycznie są degradowane - a wśród nich kultura - tak apolitycznie chyba obywatele powinni przypominać politykom "że miejsce Boże zajęli na ziemi".
O te sprawy warto się bić i to tak, żeby raczej ludzi łączyć a nie dzielić. Niezlaeżnie od poglądów politycznych przepisy, rozporządzenia, regulaminy etc. inne urządzenia adiminstracyjne można pisać mądrze lub głupio , uwzględniając pewien interes wspólny lub go nie uwzględniając.


Jarosław |
2010-01-14 10:41:09 | 83.238.65.226
  Napisałem mój poprzedni komentarz popijając czarnego Jima Beana ale dzisiaj popijając herbatkę z miodem napisałbym to samo. Polska jest dla wszystkich. Owszem, więc jest także dla mnie, który nie chce żeby należała do polityków pokroju sławka nowaka czy sebka karpiniuka, najgorszego sortu oportunistów i karierowiczów bez kręgosłupa. Ci wkurwiają mnie wyjątkowo może dlatego że należymy do tego samego pokolenia. Jeśli uważacie że PO to to samo co PO, to można równie dobrze w ogóle przestać zajmować się życiem publicznym, odgrodzić się od niego ładną palisadą z książeczek i wyobrażeń i snuć rozmyślania o tym jak to nam źle, jak to musimy się męczyć. To jest ta odwieczna polska inteligencka przypadłość. Inteligent musi wchodzić w zwarcie ze światem, uczestniczyć - także politycznie - w grze sił, które ten świat kształtują.


Jurod |
2010-01-13 00:55:28 | 83.22.151.159
  Wiedziałem, że kiedyś mogę się znaleźć po tej samej stronie co KP i Haart ale to nie zasługa KP tylko kreujących realia które na te stronę nas spychają, ale to żadna lewica, ni liberał, nawet faszysta - kowboj czacza - jak śpiewa Kazik. I ostatnie 12 groszy.


Rus ----> Jurod |
2010-01-11 17:00:56 | 89.77.112.9
  No właśnie, zupełna alienacja i rytualizm, niezależnie od barw czy stronnictw. Czy my już gadamy, jakbyśmy byli z KP? Jak to napisał Sosnowski - w sumie to my tym politykom przeszkadzamy. Przeszkadzamy, bo jeszcze im uświadamiamy, że ma czegoś takiego, jak "państwo", które jest ponad nami, inne niż my. Bo państwo, ulica, prasa to my i wkurza mnie, gdy ktoś kładzie sobie na tym łapę, twierdzą, że w imię "państwa". Na przykład zawłaszcza przestrzeń publiczną w imię jakiejś, aktualnie obowiązującej linii programowej.


Jurod---->Jaros/Russin |
2010-01-10 20:43:00 | 83.22.147.48
  Chory formalizm nie ma barw politycznych ale ma konkretne korzenie, źródło a jest nim totalny brak zaufania. Wadza nie ufa społeczeństwu, społeczeństwo wadzy i oględnie wszyscy od wszystkich odwracają się jeżem, chociaż zarazem się potrzebują. Od dwóch lat psychologowie i socjologowie biją na alarm, że bez zmiany postaw społecznych nie będzie dalszego wzrostu gospodarczego. Bo poziom zaufania między ludźmi, samoorganizacji społecznej wpływa np. na możliwośc redukcji gigantomachicznych regulacji prawnych.


Rus ----> Jurod |
2010-01-10 14:33:45 | 89.77.112.9
  Cóż dodać, zderzam się z tym ostatnio całkiem często. Przykłady? Proszę, same autentyki:

- odrzucenie wniosku, bo data rozpoczęcia zadania to 10 kwietnia a pierwsze prace przewidziano we wniosku na 13-tego. Krótko mówiąc, jeśli wykażesz we wniosku, że robisz zebranie 10-tego, ale zaczynasz pisać pisma trzy dni później, to masz błąd formalny. Jesteś na poboczu. Bo oczywiście nikt Ci tego nie powie wcześniej, że wniosek MUSI mieć zbieżne daty rozpoczęcia zadania i pierwszej roboty. Bo to jest NAJWAŻNIEJSZE.
- konieczność zwrotu całej dotacji, bo choć wysłałeś w terminie honorarium, to ono wróciło po kilku dniach nie zaksięgowane (z powodu np. zmiany konta odbiorcy). No i to oznacza, że przekroczyłeś termin (drugi raz wysyłasz dwa dni po terminie zakończenia zapisanym we wniosku). A to oznacza, że z punktu widzenia urzędnika, nie wykorzystałeś ani złotówki, więc wszystko musisz oddać. Mimo że cała kasa poszła legalnie do każdego z odbiorców.

Pewnie, rozumiem, że są to mechanizmy zabezpieczające przed nadużyciami, ale okazuje się, że nie ma np. możliwości obrony, tzn. wykazania, że błąd nie wpływa na jakość zadania ani na uczciwość rozdysponowywania środków ministerialnych.

Jeśli do całości obrazu dodamy zmianę dyrektora Trójki, zagrożenie dla TVP Kultura (ostatnio zobaczyłem, że puszczono tam "Na dobre i na złe", uspokójcie mnie, że się przeoczyłem!), to już wszystko wiemy.

Całość okraszamy błyskiem fleszy i ładnym uśmiechem. Podajemy publiczności, sukces gwarantowany.


Russinsky ----> Jarosław |
2010-01-10 14:24:10 | 89.77.112.9
  Wydaje mi się, Jarosławie, że trzeba spojrzeć szerzej na to zjawisko. Jak pisał Jerzy Sosnowski na swojej stronie. Też niby oczywistości, ale trafne. Cały dowcip polega na tym - tak zrozumiałem JS - że dajemy naszą złość skanalizować w hasła typu "POpelina" czy "PISiory", nie widząc, że w ten sposób lejemy wodę na młyn którejś ze stron. A degrengolada ogarnia cały system i to raczej tam należałoby uderzyć. Trafnie pisze JS: jak można dalej bronić którejś ze stron, skoro za naszymi plecami PIS wchodzi w całkiem udany deal medialny z komuchami z SLD. Z największym wrogiem!

Druga rzecz, to już uwaga nie do Ciebie, bardziej ogólna: Polski nie da się zamknąć w społeczeństwie konserwatystów albo lewicowych-liberałów, Polska jest dla każdego. Błąd popełniamy, moim zdaniem, myśląc, że będzie źle, dopóki obok nas będą żyć wredni euroentuzjaści albo wredni katole. A mam wrażenie, że niektóre grupy nie zaznają szczęścia, dopóki panuje różnorodność.


Jarosław |
2010-01-06 21:58:02 | 77.252.168.92
  Plugawieje nam nie społeczeństwo, ale jego intelektualna emanacja w postaci pseudopatriotów z PO.