jurodiwy-pietruch - komentarze

[strona główna]

[dodaj komentarz]

ANTYRAPORT Z OBELŻYWEGO MIASTA
 

Są pisarze, którzy całe życie zdają się pisać jedną i tę samą książkę. W ramach kolejnych przybliżeń – wydają się osiągać optimum brzmienia swojego literackiego głosu. Takim pisarzem – przynajmniej gdy chodzi o prozę – wydaje się być Karol Maliszewski a kolejnym jego przybliżeniem do właściwego tonu wydaje się zbiór prozy „Sajgon” który właśnie ukazał się nakładem Biura Literackiego z Wrocławia. Głównym bohaterem Maliszewskiego, podobnie jak w jego poprzednich próbach prozy jest nie człowiek ale miasteczko i opowieść o nim, jego dziwactwach, wariactwach, ob jawieniach i zadławieniach. Narracja i jej język wydaje się wymykać narratorowi i żyć własnym życiem, przywdziewając rozliczne formy – od dziennikowych wstrzemięźliwych, reporterskich zapisków (ach niemal neoklasycznych!) po niepowstrzymane słowotoki, jakby prosto z baru mlecznego, piwiarni, ulicy, zasłyszane, zapisane. Tytułowy Sajgon to gorsza cześć miasteczka, pełna pijaków, elementów podejrzanych, socjalnych baraków, zasmarkanych dzieci z wszami we włosach, rejon gdzie nawet słońce rzadko zagląda. Sajgon mógłby nazywać się cieniem, szarą strefą, miastem podziemnym, odrzuconym, podzamczem. Zarazem opowieść o nim wydaje się być podobnie odrzuconym cieniem współczesnej prozy, dykcją odepchniętą. Nie tylko dlatego, że to dziwna narracja w której trudno wysnuć jednoznaczną intrygę, powiedzieć o kim o czym to książka, ale też dlatego, że język podmienia mówiące postaci i raz po raz wymywa już składający się do kupy świat, sens, sensik. Takiego świata nie ma, pozszywaj sobie sam czytelniku – zdaje się mówić starą prawdę narrator, zarazem nie ułatwiając zadania odbiorcy. Bo „Sajgon” to także dzikość języka, i dotkliwość świata; zdumienie, które każe przystanąć, zanotować, pomimo tego że Sajgon naokoło huczy. Może nawet się zachwycić. I niech nikt  nie da się nabrać na noworudzkość tej opowieści, ta Nowa Ruda o której pisze Karol Maliszewski pewnie gdzieś istnieje pomiędzy nim a światem, na szerokim międzypolu światów, czasów i zdarzeń. Jest i nie ma jej zarazem. I nie jest to żadna mała Ojczyzna dla żadnego z narratorów, raczej wielka bezdomność, która inaczej niż w eposie heroicznym - nie wypycha nikogo na zewnątrz w poszukiwaniu złotego runa czy czegoś w tym rodzaju. Raczej zachłannie zasysa, ściąga ku sobie jak czarna dziura. A co jest tam na dnie - zapyta czytelnik. Osobliwość i jeszcze  raz osobliwość, zdrzenie słowa z tym co niewsyłowione. Zatem może nie proza a poezja? Tak, to całkiem możliwe, bo Maliszewski jest przede wszystkim poetą. A ta proza, te recenzje, cóż mogą , cóż mogą proszę księdza.

 

 

 

2009-11-22 00:22:17

komentarzy: 2

Jurod |
2009-11-23 02:13:43 | 83.22.164.113
  Tak można mówić o wielu autorach


KczK |
2009-11-22 10:07:33 | 188.147.234.129
  "Jedną i tą samą książkę..." - Ostatnio o Dyckim tak mówiono.