183766d1d31f105419e6dc88bd96a03fa621 „Zagłada IV Odcinka” Cezarego Chlebowskiego kosztowała w antykwariacie internetowy 2,25 złotych plus koszty przesyłki. Świetna rzecz, napisana z pasją dokumentalisty i historyka zarazem, do dzisiaj chyba unikatowa. Książka dotyczy spektakularnej wsypy która zakończyła działalność IV, najważniejszego odcinka specjalnej organizacji sabotażowej AK – „Wachlarz”. Początkowo organizacja miała zainstalować się na tyłach przewidywanego frontu wschodniego i umieścić magazyny broni oraz ludzi w pobliżu strategicznie ważnych przepraw na rzekach i węzłów kolejowych a potem w przypadku powstania powszechnego, do którego miało dojść w odpowiednim momencie, miała te ważne obiekty zaatakować odcinając na jakiś czas możliwość interwencji armii niemieckiej lub/i sowieckiej. Taki był cel tworzenia tej organizacji. Istota działania „Wachlarza” miało być też to, że miał działać poza dawnymi terenami II R.P., żeby w razie czego chronić ludność cywilną i zatrzymać czy spowolnić przeciwnika z dala od własnego terytorium. Dopiero pod naporem wydarzeń, kiedy okazało się że ZSRR jest sprzymierzeńcem naszych sprzymierzeńców, po układzie Sikorski-Majski, pojawiły się naciski, żeby „Wachlarz” skoro już jest zakonspirowany na tyłach Ost Frontu podjął bieżącą walkę dywersyjną z Niemcami. Chlebowski tego wątku specjalnie nie rozwija w tej książce, ale wiadomo z innych źródeł, że „Wachlarz” i jego działalność był argumentem w wyszarpywaniu od aliantów wsparcia dla podziemia w kraju. Dość powiedzieć, że z finansowej dotacji od aliantów dla AK ponad połowę stanowił budżet dedykowany na działania „Wachlarza” i uzasadniany jego potrzebami w działaniu na tyłach Frontu Wschodniego. To jak „Wachlarz” działał to zupełnie osobna opowieść, daleka jednak od komiksowych ideałów jakimi teraz się próbuje karmić wszelkie grupowe odruchy wzmożenia narodowego. Książka Chlebowskiego, kupiona i przeczytana po 30 latach od  wydania jej trzeciego, poprawionego wydania w idealny sposób pokazuje czym się różni muralowa narracja jak to się dzisiaj modnie określa, od realnej historii, pisanej ludzkimi losami pełna brawury, odwagi, ale także fuszerek, nieróbstwa, lekkomyślności i – jak w tym przypadku – krwi.  IV Odcinek początkowo był tworzony przez pułkownika Witolda Komierowskiego ps. „Niedźwiedź” który meldował wiosną 1942 roku, że ma kilka tysięcy (dosłownie!) członków organizacji, sprzeciwiał się jednak bieżącej akcji dywersyjnej i zbrojnej. Dosyć szybko okazało się, że kierownictwo „Wachlarza” nabrało podejrzeń w stosunku do meldunków, które brzmiały zbyt fantastycznie. Inspekcja przeprowadzona wiosną 1942 wykazała, że prawdopodobnie większość meldunków była zmyślona albo co najmniej przekoloryzowana. Lokale nie istniały, kontaktów nie było, skrytki z bronią i ładunkami wybuchowymi były nie do namierzenia. Wyglądało to tak, jakby cała organizacja istniała tylko w głowie dowódcy i na jego mapach. A w tle były spore jak na warunki polskiego podziemia pieniądze, jakie centrala wysyłała na rzecz organizowania  ”Niedźwiedzia” zdjęto z dowództwa i kolejno Odcinkiem dowodzili „Zygmunt” (Zygmunt Reliszko), a potem „Trop” (Tadeusz Sokołowski), który jako nieformalną prawą rękę, zastępce przysposobił sobie człowieka znanego pod pseudonimem-nazwiskiem „Drewnikowski”. Także w ciągu roku istnienia IV Odcinek „Wachlarza” miał trzech dowódców przy czym każdy kolejny był co najmniej z rezerwą traktowany przez poprzedniego. W normalnych warunkach nie miałoby to znaczenia, ale w warunkach konspiracji i to na obcym terenie, bez oparcia we własnej ludności – było bardzo złym prognostykiem. Sprawa płk. „Niedźwiedzia” trafiła latem 1942 przed sąd wojskowy AK, a sam „Niedźwiedź” szybko przeniósł się do Narodowych Sił Zbrojnych, gdzie zresztą dostał awans na generała. Pewnie gdyby rzecz dotyczyła kogokolwiek innego wyrok zostałby wydany, jednak w związku z tym że ZWZ-AK prowadziła rozmowy z NSZ scaleniowe, nie za bardzo było politycznie skazać, a być może i zlikwidować, jednego z oficerów organizacji, którą się namawiało do scalenia. C3-feqoWEAAvKnl   Tymczasem od maja 1942 „Wachlarz” rozpoczął działalność dywersyjną posługując się wysyłanymi często prosto z Warszawy grupami szkolonymi i dowodzonymi przez „cichociemnych”.W czasie jeden z akcji na Odcinku IV wpadł patrol pod dowództwem tajemniczego, nie rozszyfrowanego do dzisiaj „Drewnikowskiego”, prawej ręki dowódcy odcinka. Wpadł i niemal natychmiast zaczął sypać wszystkich kolegów i wszystkie kontakty a znał ich wiele, dużo więcej niż przeciętny żołnierz „Wachlarza”. W ciągu niewielu dni z obsady odcinka aresztowano kilkanaście osób, kilkanaście uciekło i zaszyło się w terenie, z wieloma siatkami kontakt zupełnie się urwał, tym bardziej że zasadą „Wachlarza” było jednak że przeważnie ludzie nie znali więcej niż 3-5 innych ludzi z konspiracji. Wszyscy aresztowani trafili do więzienia w Mińsku, twierdzy o potężnych murach z silną obsadą. Do komendy głównej „Wachlarza” wszystkie informacje o katastrofie w Mińsku doszły z wielotygodniowym opóźnieniem. Ale , że świeżo co z sukcesem rozbił więzienie w Pińsku i uwolnił komendę III Odcinka niejaki major Jan Piwnik „Ponury” podjęto szybko decyzję o podjęciu analogicznej akcji w Mińsku. Nie wiadomo tylko dlaczego do koordynowania tej akcji wybrano szefa sztabu całego „Wachlarza” – majora „Tumrego”, a do grupy zewnętrznej, która miała odbić więźniów dołączono dwie osoby uprzednio w Mińsku spalone, których rysopis znało gestapo. Cała akcja zakończyła się klęską 6 lutego i kolejną wsypą, tym razem za sprawą jednego z przekupionych strażników więziennych, śmiercią części grupy odbijającej w tym szefa sztabu „Wachlarza”, rozstrzelaniem części aresztantów, oraz wywózką pozostałych do Auschwitz,a na koniec 16 lutego, 10 dni po katastrofie i śmierci szefa sztabu „Wachlarza” do Mińska na spalone już adresy dojechały zWarszawy samochody specjalnie przerobione na potrzeby ucieczki. Cud że nie wpadli kolejni ludzie. Bo i tutaj zawiodła łączność, koordynacja i koncepcja akcji. To wszystko jest podane u Chlebowskiego z wielkim talentem narracyjnym, ale też bardzo pilną praca u źródeł. Na 177 stron jest chyba koło 300 przypisów źródłowych, więc niemal każde zdanie jest tutaj uzasadnione, podparte materiałem dowodowym. Fantastyczna robota, której mogliby się dzisiaj uczyć niektórzy historycy przepisujący jakieś komunały i podpierający brak dokumentów i relacji swoim słusznym przekonaniem o własnej słuszności. Autor  często sam odszukiwał po wielu latach bohaterów opisywanych zdarzeń i swoją relację budował ściśle w powiązaniu z krytyką uzyskanych od różnych osób i dokumentów, strzępów informacji, wydobytych dokumentów. Wśród dokumentów, które przytaczane są w całości szczególne wrażenie robią grypsy jednego z żołnierzy „Wachlarza” – „Mirka” wysyłane przez strażników na zewnątrz z mińskiego więzienia przytaczane w książce bez skrótów, w oryginalnej pisowni. To dotkliwe studium ludzkiej psychiki poddanej torturom, głodowi izolacji, która trwała w przypadku żołnierzy przez 58 dni przesłuchań, bicia, znęcania się nad nimi a przede wszystkim głodu. Wysłani prosto ze śledztwa do Auschwitz więźniowie w relacjach przebąkiwali, że obozie koncentracyjnym karmiono ich lepiej niż w czasie śledztwa. Co warte podkreślenia – żaden z aresztowanych za sprawą wsypy „Drewnikowskiego” kilkunastu oficerów i kilkudziesięciu mniej lub bardziej świadomych współpracowników organizacji nie sypnął nic. Pod wpływem przykładu kolegów sam „Drewnikowski” próbował mataczyć w swoich poprzednich zeznaniach aby ograniczyć wyrządzone organizacji szkody, chociaż było  za późno. Chociażby dla tej wstrząsającej lektury grypsów warto po te niewielką książkę sięgnąć. Pomijam fakt, że wygląda na to, że poza badaniami Cezarego Chlebowskiego prowadzonych w latach 60-tych i 70-tych wolna Polska niewiele zrobiła dla dalszego badania spraw „Wachlarza”. Myślę, chociaż nie jestem pewien, że brakuje całościowej pracy, która pokazywałaby jak wyglądała działalność i skuteczność tej działalności w świetle dokumentów niemieckich. Być może część dałoby się zweryfikować. No cóż, tego nie zrobiono, świadkowie odchodzą a na topie jest fikcyjna organizacja, która nigdy nie istniała jako organizacja czyli „żołnierze wyklęci”. Zresztą w wypadku tej ostatniej mitycznej narracji też zdaje się nie prowadzi się badań historycznych tylko bardziej hagiograficzne a to z nauką i wiedzą niewiele ma wspólnego. Trudno. Bywa. $_1 Natomiast tak zupełnie na koniec nachodzi mnie kilka refleksji po lekturze tej książki. Po pierwsze, jak mocno przemilczanym i chyba niezbadanym tematem w polskiej historiografii jest polski wkład w maszynę zbrojeniową i wysiłek wojskowy III Rzeszy. Oczywiście, że Polska była okupowana, a polskie przedsiębiorstwa musiały świadczyć usługi okupantowi. Pytanie jednak gdzie przebiegała granica pomiędzy tym co konieczne a tym co nosiło znamiona kolaboracji. Ta granica pewnie była płynna i cienka. A wobec odejścia wielu świadków pozostałyby jedynie dokumenty i relacje, w tym chyba jednak pod tym względem słabo zbadane – to znowu luźna hipoteza, nie znam stanu badań – dokumentów niemieckich. Działalność „Wachlarza” przynajmniej na IV Odcinku (ale i na innych bywało podobnie) nie mogła być prowadzona w oparciu o polską ludność, bo ta poza granicami dawnej II R.P. bo ta była nieliczna i rozproszona. Często była to ledwie ludność polskiego pochodzenia lub jedynie przychylna Polakom, ale nie polska. Dlatego regułą było kamuflowanie, często nie do końca udolne, członków dywersji wśród pracowników polskich firm pracujących na rzecz Niemców za marki w strefie przyfrontowej i na obszarach okupowanych. Firmy te nie były specjalnie zakładane dla swtorzenia przykrywki dla kogokolwiek. Nie, realnie współpracowały z niemieckimi władzami, a ich pracownicy mieli mundury organizacji Todt i sporo przywilejów w przemieszczaniu się przez tereny okupowane. To ciekawe zagadnienie, chyba do tej pory niezbadane jakoś szczegółowo. A szkoda.  Druga refleksja dotyczy tego jak bardzo cała historia „Wachlarza” wydaje się prefiguracją losu całego polskiego państwa podziemnego, budowanego ogromnym wysiłkiem a ostatecznie posłanego w bój, który nie mógł przynieść sukcesu ze względu na mniej lub bardziej doraźne, mniej lub bardziej realne kalkulacja geopolityczne. No cóż, nasza historia nie wydała nigdy polskiego Napoleona. Dzielni żołnierze, dowódcy niższych szczebli nadrabiający odwagą, brawurą, improwizacją, własną krwią niedowłady wyższych szczebli. Doprawdy w tej perspektywie niewiele się różni opowieść o wrześniu 1939, „Wachlarzu” i Powstaniu Warszawskim. W różnym natężeniu i rozłożeniu akcentów, ale co do zasady wszystko to wydaje się działać według podobnego schematu.  I trzecia refleksja, zupełnie współczesna. Okazuje się, że można bez oparcia w terenie i ludności organizować dywersję i terror. Tyle, że na zasadach działań niemal samobójczych. I teraz dam 2,25 złotych na książkę z internetowego antykwariatu każdemu, kto mi powie, dlaczego ta refleksja jest smutna, trochę straszna oraz bardzo, bardzo współczesna.

A bohaterom – oczywiście cześć i niski pokłon o zmroku.