9788311139466

O karbatach, czyli batalionach karnych, a także oddziałach zaporowych w Armii Czerwonej krążyło wiele opowieści, bez mała legend, podawanych z ust do ust. Tymczasem jak świat światem żadna armia bez żandarmerii polowej, sądów wojskowych, walki z dezercją, szabrownictwem i samookaleczeniami sobie nie radziła, więc można by zapytać skąd te legendy? Otóż mówiło się, że sowiecka armia rozliczne metody stosowane przez innych selektywnie, indywidualnie, stosowała wobec swoich masowo i bezlitośnie, w myśl naczelnego hasła strategów radzieckich, które jak wiadomo brzmiało „u nas ludi mnogo”. Książka Władimira Dajnesa „Bataliony karne i oddziały zaporowe Armii Czerwonej” obudziła moją nadzieję na rzetelne rozprawienie się z tematem i rozświetlenie pomroków ciemnej, nie ma co ukrywać, legendy. W jakimś stopniu to się Dajnesowi udaje. Dosyć precyzyjnie autor wskazuje umocowanie prawne instytucji tak oddziałów zaporowych jak i batalionów karnych, powołuje się na liczne źródła, w tym relacje uczestników walk, praz, na ile to możliwe, pokazuje przykłady zastosowania obu formacji, próbuje szacować ich liczebność, strukture organizacyjną. Wydaje się zatem, że książka powinna zaspakajać głód poznawczy. A jednak nie jest tak do końca. To prawda, obficie są cytowane i przywoływane źródła, a wiele z nich brzmi smakowicie jak proza Izaaka Babla, co jest sporą zaletą książki Dajnesa. Jednak samo odnalezienie źródeł i ich obfite cytowanie nie wystarcza, bowiem brakuje komentarza historyka, szczególnie, kiedy źródła nawzajem sobie przeczą. Czytelnik nie powinien być z tym kłopotem pozostawiony sam sobie, bezradny. A tak jest co i raz. Jedni świadkowie mówią, że oddziały zaporowe strzelały w plecy atakującym czerwonoarmistom, a inni świadkowie zeznają, że tylko wzmacniały ogniem pierwszą linię, a jeszcze inni, że w ogóle u nich to te zaporowe oddziały siedziały na tyłach i jedni pracowali w kuchni, a drudzy w kancelarii i w ogóle trzeba było ten oddział zlikwidować, bo do niczego nie był potrzebny. Jedni się z tymi oddziałami zetknęli, inni tylko słyszeli, jedni mówili, że w tych oddziałach byli sami dekownicy, inni, że najbardziej doświadczeni żołnierze. Jak było naprawdę – Dajnes nie mówi wyraźnie. Także co się tyczy morale oraz sposobów użycia jednostek karnych samodzielnych kompanii i batalionów – cytowane dokumenty bywają sprzeczne, zaś autor, co trochę można mieć mu za złe, pozostawia czytelnika z tymi sprzecznościami, nie próbuje nad nimi zapanować, nie próbuje ich interpretować. A to dosyć dziwne, bo praca historyka jest zdaje się w równym stopniu umiejętnością zbierania i kwalifikowania źródeł, co ich interpretacji, szczególnie tam, gdzie wydają się być sprzeczne lub przynajmniej niejednoznaczne. Tymczasem na jednym poziomie autor stawia świadectwa indywidualnych żołnierzy, raporty wywiadu, kontrwywiadu, oficjalne wspomnienia sowieckich marszałków i generałów z różnych okresów historycznych (a przecież inaczej pisało się przed referatem Chruszczowa a inaczej po!). Żeby dodatkowo zaciemnić obraz autor na równych prawach oddaje głos tekstom kultury, scenariuszom filmowym, powieściom. Przy braku komentarza, wydaje się to być o jeden ryzykowny krok za daleko.

Ale Dajnes nie tylko dość luźno zestawia źródła, ale przede wszystkim nie próbuje wysnuć z nich wniosków bardziej ogólnych, obarczonych ryzykiem, ale od których nie da się uciec. Bo ostatecznie nie wiadomo czy rzeczywiście karbaty były czymś wyjątkowym i unikalnym na skalę światową czy też nie? Jaka była praktyka użycia jednych i drugich jednostek? Czy były skuteczne? Jakie były ich realne straty? I te pytania bez próby odpowiedzi można by mnożyć i pozostaje pytanie dlaczego te pytania pozostają bez odpowiedzi. Czy autor bał się je zadać?

Największą zaletą książki okazują się zatem przytaczane in extenso fragmenty źródeł, dla przykładu:

 s. 95

[Reakcje w Armii Czerwonej na rozkaz Stalina nr 227, zwany także „ani kroku w tył”.]

Z raportu naczelnika wydziały specjalnego NKWD Frontu Stalingradzkiego z dnia 8 sierpnia 1942 r.

„[…] Informator przekazuje, że poeta Pierwomajski zawziął się, jest rozdrażniony, prawie nie rozmawia z ludźmi, całymi dniami leży n stole w zamyśleniu, w ciągu dnia pisze tylko jedną notatkę, wiersze przestał pisać, bo nie jest w nastroju.”

Z raportu naczelnika Zarządu Politycznego Frontu Wołochowskiego z 6 sierpnia 1942 r.

„[…]W 50 Dywizji Kawalerii 4 armii do pracy w charakterze agitatora politruk Duwinow dopuścił mało rozgarniętego czerwonoarmistę Gumiennikowa. Gumiennikow, rzecz jasna nie mógł wyjaśnić sensu rozkazu. Wtedy żołnierze oświadczyli mu, że on sam nie rozumie rozkazu, a bierze się go wyjaśniać. […]

albo też i tak:

s.133

[Z rozkazu Marszałka ZSRR A.W. Wasilewskiego o zwalczaniu grabieży i zbrojnych napaści na ludność cywilną wyzwalanych terenów:]

„Tylko w ostatnim czasie ujawniono następujące ciężkie przestępcze incydenty:

  1. 1.      21 lutego w miejscowości Jurowicze […] czterej żołnierze  pod groźbą użycia broni zabrali obywatelce Telesz dwie poduszki, koc, spodnie i inne rzeczy dobytku domowego, zastrzelili z rewolweru wieprza, który znajdował się w stodole i zabierając wszystkie skradzione rzeczy, uciekli. 23 lutego ta sama grupa wpadła do izby ob. Klemańczuk i Kletczuk […] zabierając 2 damskie spódnice, bluzki, 3 chusty na głowę, dwie pary spodni i inne rzeczy, później ukryła się.”

Zdarzało się i mistrzostwo wojskowej zwięzłości w opisie tego, jak dana osoba trafiła do jednostki karnej:

s. 217 [P.S. Amosow opisuje jak i za co trafiła do sztrafbatu:]

[…]W tym momencie w okolicy Niedajwody ja wykonywałem pole minowe z boku od drogi, stawiałem niemieckie miny przeciwpancerne z zapalnikami napinającymi (innych nie było). Po otrzymaniu niedokładnych danych o pozycji nieprzyjaciela, pułkownik Jemielianow na „Willisie” przejechał obok nas w stronę nieprzyjaciela. Mina zadziałała.”

 

I jak tu nie wierzyć, że Rosja to jednak zupełnie inna rzeczywistość?

(Władimir Dajnes „Bataliony karne i oddziały zaporowe Armii Czerwonej”, Warszawa 2015)