RIAN_archive_482282_Mounted_guards_at_frontier's_alpine_section

- Poproszę sygnał faksu – powiedział żeński głos po drugiej stronie słuchawki. Nacisnąłeś odpowiedni przycisk maszyny biurowej i zamarłeś w oczekiwaniu. Najpierw strona tytułowa. Sudecki Oddział Straży Granicznej, pod spodem logo, numer sprawy, data. Potem pismo przewodnie o tym, że w dalszej części faksu znajdzie się raport z działania Mobilnej Grupy Operacyjno-Interwencyjnej Sudeckiego Oddziału Straży Granicznej wraz z wnioskiem o wydalenie do rozpatrzenia przez Wojewodę, czyli organ czyli ciebie, bo przecież to ty, Inspektor – rozpatrywałeś sprawy i przedstawiałeś propozycje prawnych rozwiązań przełożonym. Potem pierwsza strona raportu, skład Mobilnej Grupy Operacyjno-Interwencyjnej Sudeckiego Oddziału Straży Granicznej, imiona, nazwiska, stopnie. Zdjęć nie posłali. Następnie opis interwencji. Że w związku z powzięciem niejawnej informacji od źródła w terenie postawiono Mobilną Grupę Operacyjno-Interwencyjną Sudeckiego Oddziału Straży Granicznej w stan podwyższonej gotowości bojowej i zarządzono jej wyjazd na akcję, interwencję znaczy się. Można to sobie wyobrazić. Mroczny garaż, otwierana elektronicznie brama, dobrze zbudowane chłopaki wpadające do opancerzonych limuzyn, albo raczej podrasowanych terenówek. Było ich ośmiu, czyli biorąc pod uwagę, że taka grupa musiała mieć sprzęt, kamizelki kuloodporne, ręczny taran do wyłamywania drzwi i giwery, które musiały wyglądać nie na żarty i poważnie – potrzebne były dwie terenówki, mercedesy albo land rovery defendery na przykład. Wozy kolor khaki, żeby się wtapiać w tło, na przykład w centrum miasta. A zatem rośli chłopcy pędzą korytarzami strażnicy, zaszytej gdzieś w okołojeleniogórskich lasach, z głośnym tupotem zbiegają po schodach, trzaskają drzwiami, odpalają silniki, bo przecież ojczyzna w zagrożeniu.

b225e4ceb4263a9cd96f22d98fe69935

Kolejna strona z monotonnym skrzypieniem wyszła spomiędzy rolek maszyny biurowej, tym razem metryka zatrzymanej, chyba pierwszej zatrzymanej. Na kolejnej stronie zdjęcie en-face, prawie nieczytelne. Potem drugie z profilu. Kobieta. Valentyna Popovych. Urodzona 5 kwietnia 1937 roku w Dnieporopietrowsku, obecnie obywatelka Ukrainy. Kolejna strona – nieczytelna fotokopia paszportu. Dużo pieczątek z granicy. Skrzypienie. Początek wniosku o wydalenie. Co, tylko jedna?! No dobra, podstawa prawna z przywołaniem przepisu na całą stronę i opisem, tego co już było, czyli tak zwanego stanu faktycznego, a co w twojej wyobraźni znowu ułożyło się w szybką sekwencję sensacyjnego filmu. Grupa, kominiarki, taran, pistolety na ostrą amunicję, co wyglądają całkiem poważnie i nie na żarty, kamizelki taktyczne, hełmy, podświetlacze laserowe, dwa defendery ruszają z piskiem opon z garażu obok strażnicy gdzieś na uboczu, w jelenigórskich lasach i jadą dynamicznie, acz bezpiecznie przecież, ostrzegając niebiesko błyskającą lampą w stronę centrum Jeleniej Góry. Wpadają z piskiem opon na rynek i lokalizują optycznie wskazaną na nagraniu z kamery na podczerwień zamonotowanej w kadłubie drona unoszącego się tam gdzie trzeba i kiedy trzeba – Walentynę Popowicz. Samochody gwałtownie hamują i ustawiają się pod kątem czterdziestu pięciu stopni w skos od siebie. Dwóch rosłych chłopaków z bronią automatyczną wyskakują na boki i w pozycji z przyklęku zajmują się obserwacją wrogiego terenu. Są też gotowi do ostrzału osłonowego na dwie tylne ćwiartki za samochodami. Dwóch z kolei przyklęka z berylami gotowymi do strzału z prozdu samochodów i lustrują bacznym wzrokiem przednie dwie ćwiartki, przed samochodami. Pozostałych czterech biegnie w stronę Walentyny, która siedzi na murku fontanny na przeciwko księgarni pakując w pośpiechu do pasiastej torby dowody przestępczej działalności. Biegnąc, zaś krzyczą dla dodania sobie animuszu:

- Gleba, kurwa, gleba, kładź się!!!!

- Straż Graniczna, ręce do góry!!!

- Nie ruszaj się bo będę strzelał!!!

- Na ziemię!!! Ręce za siebie!!!

2-1230

Ten z prawej rzuca w bok taran do wyważania drzwi, raczej nie będzie mu potrzebny, ale przypadkiem trafia w przechodzącego obok poetę imieniem Miłosz, któremu okulary upadają na jeleniogórski bruk i pękają jak ruskie kineskopy. Ten z lewej odbezpiecza pistolet i włącza podświetlacz laserowy przyczepiony do wielofunkcyjnej szyny picatinny pod lufą, a czerwony punkcik zaczyna błądzić bo piersi Walentyny Popowicz. Dwaj pozostali dopadają jej tygrysimi skokami, jeszcze w locie przewracają na ziemię i przygniatają swoimi krzepkimi ciałami jak piłkarze w lidze mistrzów. Jeden chwyta ją za nogi w kostkach i rozkłada je pod kątem czterdziestu pięciu stopni, zaraz szybko przelatując dłonią, aby sprawdzić czy Walentyna nie ma schowanej jakiejś broni, niebezpiecznego narzędzia. W tym samym czasie drugi, który przewracając starą Ukrainkę wylądował na jej klatce piersiowej wprawnym ruchem zawodowca wykręca ręce do tyłu i zatrzaskuje na nich kajdanki. Jeżeli nie zgniotła chemicznego zapalnika, detonatora, spłonki w pasie szachida, są względnie bezpieczni, stara banderówa leży pod nimi i ani zipnie. Mają ją. Cokolwiek zrobiła lub chciała zrobić – oto ją mają. Teraz już tylko warczą we czterech na zmianę:

- Leżysz kurwa babcia, leżysz…

- Nie ruszaj się kurwo stara bo ci łeb rozpierdolę, nie rusz, kurwaaaaaA…

- Siwy dzwoń po wsparcie, musimy mieć na nią więźniarkę!

- Aligator do Kapibary, aligator, tak mamy, obiekt zneutralizowany, przyślijcie budę…

O, i akurat z podajnika wychodzi kolejna strona zawierająca ciąg dalszy opisu zdarzeń, które doprowadziły do uruchomienia Mobilnej Grupy Operacyjno-Interwencyjnej Sudeckiego Oddziału Straży Granicznej, a następnie zatrzymania i skierowania odnośnego wniosku o wydalenie z terytorium Rzeczpospolitej Polskiej Walentyny Popowicz do Wojewody. Dwa defendery, ośmiu wybitnie uzdolnionych funkcjonariuszy, członków Mobilnej Grupy Operacyjno-Interwencyjnej Sudeckiego Oddziału Straży Granicznej, broń, kamizelki, gogle noktowizyjne, a nawet taran musiały zostać użyte wobec powzięcia informacji, że Walentyna Popowicz pokątnie handluje na jelenigórskim rynku używaną, tanią bielizną damską, znaczy gaciami, biustonoszami oraz kalesonami i tym samym stanowiła zagrożenie dla bezpieczeństwa, porządku prawnego i publicznego Rzeczypospolitej Polskiej. A Rzeczpospolita jest surową i wymagającą matką. Karze surowo tych, co są słabi i chroni mocnych, grabi biednych, by oddać bogatym i kochają ją jej dzieci rozsiane po całym świecie i łkają za wierzbą, dzięcieliną, gryką, rumiankiem i szczawiem rwanym przy torach. Czyż nie ma ona matka nasza, wyśniona, nieudana własnych gaci i kaleson, nie gorszych od oferowanych pokątnie przez starą banderówę na jelenigórskim rynku przy fontannie? Ktokolwiek z was spośród moich rodaków braci jest bez gaci, niech pierwszy rzuci w nią kalesonami. W banderówkę starą, nie matkę, Ojczyznę naszą, wyśnioną, nieudaną. Nie jest godna matka owa by ją chronić z jej gaciami, kalesonami, zapaskami, halkami, pampersami? Ma przecież matka ona chłopców zbrojnych w stal, żeliwo, landrovery defendery, ryngraf z Matką Boską, orzełka, glocki i inną broń automatyczną, hełmy, zakute łby oraz napakowane karki. Ona ich ma i nie zawaha się ich użyć i więcej się już zaskoczyć nie da. Nie da się, powiadam, nie podda się i dzielnie ścigać będzie wszystkich zagrażających porządkowi publicznemu i prawnemu. Pogoni zbieraczy ogórków gruntowych, pomywaczki naczyń w schroniskach Karkonoszy, robotników sezonowych w szklarniach Siechnic, gajach Grójca i Korytnicy Starej, murarzy, malarzy pokojowych, muzyków ulicznych, sprzątaczki, fryzjerów, żywe kombajny truskawkowe, wiśniowe, czereśniowe, wielonogie, wielorękie twory wysypujące się z autobusów w Rzeszowie, Wrocławiu, Lublinie, Terespolu by rwać to czego porządny Polak rwać nie chce, nie potrzebuje, bo dostanie przecież pincet plus na dziecko drugie i kolejne. Ochroni nas ona rękami chłopców repetujących beryle, kałachy oraz inną broń maszynową przed wszetecznicami na poboczach publicznych dróg, nabijaczami kiszek z mielonym mięsem, wykwalifikowanymi śmieciarzami sortującymi odpadki w spalarniach od Pawłowa po Piotrowice, szorującymi kible od Kasprowego po Łebę. Już nigdy więcej nie zostaniemy zdradzeni o świcie, zmierzchu, w południe, o pierwszej po południu, wieczorem, w nocy, w trakcie kopulacji, w trakcie konsumpcji owocu zakazanego, hamburgera z macdonalda, steku z grilla, pierogów ruskich, bigosu, sałatki warzywnej, wigilijnego karpia – nie, nie, i jeszcze raz nie. No pasaran, nie uda się przejść gnidzie nieczystej, allachowi, pastowanemu, banderowcowi, lewakowi z zachodu, ruskiemu, litewskiemu chamowi, Amerykaninowi co jeszcze był zygotą, gdy nasi ojcowie już błoto przesiali na wałach pod Biskupinem. Zagrodzimy, nie pozwolimy przejść i kobiet naszych porwać durnemu pepikowi, Słowakowi co przecież jest udającym Polaka Czechem, bezdomnemu Rumunowi, śmierdzącemu Cyganowi. Nasza armia, służby nasze, obrona terytorialna i akademia sztuki wojennej, straż graniczna, służba ochrony kolei w pomarańczowych kufajkach goniąca szczyli, co przyszli po szczaw na tory, a podkładali kamienie, milicja obywatelska w garniturkach spod których opięte wystawały dupki nie pozwalające szanować funkcjonariuszy z białymi pałami – wszyscy staną jak śpiący rycerze spod Giewontu i powiedzą, że nie będą nam śpiewali muezini gdy im podstawimy łeb od świni. A jeżeli nastanie na nas więcej niż siedem tysięcy uchodźców z Syrii to zawsze będziemy mogli znowu przegrać, zebrać honorowy wpierdol, ale przynajmniej na dumną, wypiętą dupę. Bo dumni jesteśmy, głośni trąbą i bębnami, bieżąc borem lasem, dla sławy dla zysku czasem. 

photo_gallery_20140310_151209_1394457129