- Dobra – powiesz z radosnym mrowieniem w okolicach serca, pociągając kolejny łyk kawy, który była dobra na każdą porę dnia – Chętnie poprowadzę wam tę księgarnię, jeżeli tylko obok jest jakiś czynny wulkan, tym bardziej, że nigdy tego nie robiłem!

- Jaka księgarnia?! – wybuchnie Filaret, patrząc z politowaniem na swojego misyjnego szefa Pawła, stojącego obok – No, kurde Pablo, jaka księgarnia?! Chcesz zniszczyć naszą prowincję finansowo?!

- Słuchaj… – odpowiedział spokojnie Paweł – Gadałem już w tej sprawie z arcybiskupem. Arcybiskup da lokal, mieszkanie dla księgarza nad księgarnią, utrzymanie lokalu przez rok, razem z mieszkaniem, trochę książek na początek, jakieś dewocjonalia, medaliki, książeczki do nabożeństwa..

Paweł poczuł się chyba urażony przez brak entuzjazmu swojego współbrata i jednak, bądź co bądź podwładnego. Ty w tym czasie kalkulowałeś, że nawet jakby przez rok nie sprzedał się ani jeden egzemplarz biblii, dzienniczek siostry Faustyny w tłumaczeniu na hiszpański, to masz i tak przez rok mieszkanie w ciepłym kraju, gdzie fiesta będzie nawet w grudniu. Że nikt od ciebie nic nie będzie chciał, przez cały rok. Nie będziesz miał znajomych, zatem nie będą ciebie odwiedzać, nie będziesz miał zbyt wielu obowiązków, zatem nie będzie z czego ciebie rozliczać. Będziesz ty, wulkan na horyzoncie, niebieskie niebo nad tobą i ciepłe powietrze wokół, a sprawy tamtej ziemi, tamtego świata będą zabawnie odległe, niebyłe.

- Nie słuchaj go – wyrwał cię ze snu na jawie głos Filareta – Nie słuchaj. Ja ci coś opowiem i tego posłuchaj. Jak tu wpadli chłopcy ze Stanów obalić Noriegę dwadzieścia parę lat temu, to przez trzy dni było kompletne bezhołowie, ludzie rabowali sklepy, gwałty, napady, porachunki mafijne, strach było wyjść z domu. I tylko księgarnie ocalały, wiesz? A wiesz dlaczego? Bo oni nie wiedzieli, co z tym robić. Po prostu, nie rabowali ich, bo to nie miało dla nich żadnej wartości. Nie wiedzieli co to jest w tych dziwnych sklepach, czy to do tapetowania pokoju czy do czego.

- No to wiesz – próbowałeś łagodnie podtrzymać iluzję i temat – to może jest tak jak z butami w Afryce. Wiecie jak w tym dowcipie, kiedy pojechali nasi handlowcy z Otmętu Krapkowice do Somalii i depeszują do firmy matki, że fatalny rynek, nikt nie nosi butów, nie ma sensu kontynuować handlowej misji. A potem pojechali Czesi i depeszują do firmy matki w Ostrawie, że znakomity rynek, świetny, lepszy trudno sobie wyobrazić, nikt jeszcze nie ma butów…

- Oj stary – żachnął się Filaret – oni tutaj nic nie czytają. Przyszedł do mnie kiedyś taki poseł tutejszego parlamentu, że my misjonarze jesteśmy tacy postępowi, żebyśmy poparli ustawę, która zwiększy dostępność kondomów w szkołach, bo dzieciaki się zapładniają i to nie jest fajne. A ja mówię, pewnie, poprę, od razu na pniu, o , zdziwił się jak ty teraz, ale, mówię mu, mam swoje warunki. On pyta jakie warunki, a ja mówię – żeby wprowadzić kanon lektur szkolnych od podstawówki do końca liceum, jakikolwiek, nie będę się kłócił o tytuły i autorów. I on zaniemówił i pyta się, co ma jedno z drugim. A ja mówię, bo wiesz, kondomy kondomami, ale jest ciepło, dziewczyny się noszą lekko, od czternastego, piętnastego roku życia już mają co odsłaniać, spotykają się z chłopakami raz i drugi. No i co, na pierwszej randce popatrzą na za zachód słońca, na drugiej na ptaszki na drzewach, a na trzeciej – już idą w krzaki bo formy wyrazu się skończyły, rozumiesz, innych nie mają, nie znają. Ja ich nie winię o nic, po prostu nie potrafią inaczej wyrazić uczuć, to wyrażają tak jak potrafią…

- To, co z tą księgarnią? – przerwałeś niezbyt uprzejmie, bo fantom księgarni pod wulkanem zaczął się podejrzanie oddalać i rozmywać.

- Mam twój namiar, odezwiemy się – powiedział już bez entuzjazmu w głosie Paweł, chociaż czułeś już, że znaczy to raczej, że się nie odezwą. A jeżeli nawet – to na pewno nie w tej sprawie.

La-libreria-sullisola-Stromboli-insegna1