Co to się porobiło, co to się porobiło. Poeci i poetki wpadają w depresję bo wciągu roku od zamknięcia książki nie udaje im się znaleźć wydawcy, wydawcy nie chcą się dzielić ceną okładkową. Na ich wybujałych ambicjach budują swoje zyski firmy krzaki od slef-publishingu ocierając się w swoich metodach naciągania o lichwę. Pewnie dzisiaj w wielu gminnych bibliotekach, miejskich czytelniach coś się odbędzie, odhaczy się (nie)zbędne święto, a tymczasem chciałem w ramach prorodzinnej polityki autorskiej bez ściemy podzielić się z Państwem garścią danych na temat mojej twórczości. Dla ułatwienia uznałem, że będą to dane stricte liczbowe, które pomogą być może w pianie słów, kipieli oczekiwań, powodzi roszczeń, szczególnie autorów i autorek młodszego pokolenia – dostrzec jakiś kontur, zarys rzeczywistości, realnej zjawy kształt – jak powiedziałby poeta.
Zdjęcie0130
Debiutowałem samodzielną książką w roku 2003, dopłaciłem do interesu kilkaset złotych bo chciałem mieć większą pulę autorską niż zazwyczaj i najtańszą opcją było dołożyć się finansowo na etapie druku głównego nakładu – wiadomo koszty stałe są największe i są niezależne od ilości zamówionych egzemplarzy. A wtedy, w 2003 roku, były w ogóle dość wysokie. Wyszło tego 1100 sztuk, z czego – co pamiętam 100 wydawca przekazał mnie, a 1000 poszło zafoliowane z pismem do dystrybucji i promocji. Za te stówę dopłaciłem chyba 400 złotych. Ale to była moja inicjatywa – nie wydawcy. Zeszło wszystko, ale że cena pisma była dumpingowa, to i nikt specjalnie nie zarobił, nie było nawet na następny numer pisma, a wydawca – ekipa ze studiów mieszkająca na jednej kwaterze w Toruniu – pracował przy piśmie i jego serii oczywiście społecznie. Nikt do nikogo nie miał pretensji, wszyscy byli zadowoleni, że coś udało się zrobić fajnego. Jedliśmy chińskie zupki w styropianie, a ja pouczałem kolegów, że żeby taka zupka nie miała ujemnego czi, trzeba wbić do niej jajo i plasterek sera oraz łyżeczkę masła. Życie miało swój smak. Mówcie co chcecie. Nikt też nie słyszał jeszcze o mnogości nagród do których książkę należałoby zgłosić, bo ich nie było. Była „Nike”, „Paszporty Polityki” do których nikt z tzw. młodej poezji nawet nie aspirował i nie roił sobie że tam błyśnie. Było kilka recenzji w prasie, kilka spotkań autorskich, sporo było też jakichś spędów, na festwialikach bywania – a książka – wiadomo – pretekst, żeby bywać.
Guilala_2449890811_b54ea20562_o
Drugą książkę „Albedo” wydałem w 2006 roku w serii „Studium”. Nie wiem ile chłopcy ze „Studium” wtedy drukowali sztuk kolejnych tytułów, umawialiśmy się na gębę na jakieś 700-800 sztuk, tak około, z czego miałem prawo sobie dobierać pierwsze sto za darmo do autorskiego, a kolejne kupowałem za jakieś 20% ceny rynkowej. Książka wypływała jeszcze przez całe lata na wyprzedażach tanich książek, w internecie, ile się sprzedało egzemplarzy nie wiem do dzisiaj. No ale też nic nie dopłacałem, ani nie kombinowałem ze stypendium od burmistrza. Były ze dwie recenzje, kilka spotkań autorskich i kilka nietypowych inscenizacji jakie zrobilimy z znajomymi z Teatru Dnia Niepowszedniego w Brzegu – łącznie chyba ze 4, może 5 odsłon (pomnę Olsztyn, Rzeszów, Bielawę, Brzeg, Świdnicę). Efekt sprzedażowy – żaden, kłopoty logistyczne – i to jakie! – ale przygoda była.
GVV09
Niejako pomiędzy samodzielnymi książkami w 2005 i 2008 roku wydaliśmy z Darkiem Pado dwa maksi-single literackie – „Raj/Jar” i „Korzenie-Drzewa” oba po 1000 egzemplarzy dzielone solidarnie na pół i równie solidarnie rozdane w ciągu dwóch lat od wydania. Nie sprzedaliśmy chyba nią sztuki. Nie o to nam chodziło. Sami zapłaciliśmy – a ściślej anonimowi sponsorzy – sami rozdaliśmy. Taki kaprys.
Trzecia autorską książkę – „NeoNoe” – wydałem w 2009 roku w serii Fundacji „Pogranicze”. Jak to było w „Dniu Świra” – „…wydawało się nam że Boga za nogi chwyciliśmy, że oto nas przyjęto do szkoły poetów…”? Nie wiem jaki był ostateczny nakład, ale książka była ładnie wydana że nie wiem i do tego u tego wydawcy nie czekała długo – złożona w zimie – wiosną była już na targach. Dostałem 20 sztuk autorskiego nakładu i od razu zacząłem kupować kolejne egzemplarze po cenie autorskiej czyli 50% ceny z księgarni. Nie wiem ile tego było , ale chyba grubo powyżej 120 sztuk. Wydawca zaprosił mnie na jedno płatne, zresztą bardzo fajne, nobilitujące jak cholera spotkanie, ale książki do nagród już chyba nie wysłał. Coś tam się podziało, jakiś kryzys finansowo-personalny chyba był w ekipie. Po ośmiu latach od wydania zawarliśmy z Wydawcą aneks do umowy wydawniczej, z której wynikało, że w magazynie do sprzedaży ciągle leży gotowych 259 egzemplarzy i Wydawca dalej może je sobie sprzedawać. Także – zapraszam nadal do kupna. Książka ma osiem lat a ja dalej ją lubię. Może nie bez powodu wydaje mi się najfajniejsza w tym co napisałem do tej pory. Acha – ukazały się dwie recenzje, a  w związku z tym, że zamiast spotkania autorskiego wymyśliłem sobie formułę zespołu „Nangpa-La” – spotkań/koncertów było łącznie 2 albo 3. Formuła okazała się wprawdzie atrakcyjna, ale logistycznie złożona i droga. Spotkania wyszły na zero po przeliczeniu kosztów transportu perkusji i całego szpeju zespołu. No ale przygoda – bezcenna!
hqdefault (1)
Po czterech latach przerwy w 2013 roku wydałem „Abdykację” w Muzeum Gombrowicza we Wsoli, z tego co pamiętam 650 sztuk, dowolny nakład autorski, żadnych dopłat, wydawca sam pilnował terminów zgłaszania książki do nagród – bo się w międzyczasie narobiło tych nagród, że hoho. Wydawca także zrobił mi jedno, autentycznie niezapomniane, świetnie zmontowane pod każdym względem i tłumne (!) spotkanie autorskie, a do tego ja sam – trochę na bezczela sam zacząłem wciskać się w różne miejsca i okazje. Wyszedłem z założenia, że czterdziestka na karku i jak sam tego nie zrobię, to nikt się bardziej mną nie zaopiekuje. Bardziej niż ja sam sobą. Prowadziłem bardzo dokładną buchalterię, wyszło mi że sam lub poprzez Stowarzyszenie rozchodowałem 225 sztuk książki (rozdawnictwo plus sprzedaż), z czego 30 sztuk sprzedałem w ramach 15 spotkań autorskich w ciągu ponad dwóch lat. Z tego co pamiętam – około 1/3 nakładu ma ciągle wydawca – 4 lata po wydaniu książki. Wyliczyłem też ile w te ponad dwa lata zarobiłem na wszystkich działaniach wokół książki – po odliczeniu kosztów biletów, noclegów i wysyłki (bo prowadziłem ją także we własnym zakresie – tak się podzieliliśmy w z Wydawcą na mocy ustnej umowy – on wysyła do nagród, a ja do krytyków i redakcji) – wyszło mi 1700 złotych. No ale wiadomo jedne spotkania były za zwrot kosztów podróży (czasem niecały) i się do nich dokładało, a inne były za 500+. Z książki nie ukazała się ani jedna recenzja, może dlatego, że na okładce były dwa blurby – jeden od Andrzeja Franaszka a drugi od Jerzego Sosnowskiego.
hqdefault_o
W roku 2015 zupełnym rzutem na taśmę wyszły w Galerii BWA w Olkuszu „Inne Bluesy”, tutaj także dopłaciłem za pośrednictwem kasy Stowarzyszenia do wydania tylko po to żeby podwyższyć pulę nakładu do 400 sztuk. Ale znowu to była moja prywatna inicjatywa, bo chodziło o powiększenie nakładu autorskiego, co jest znacznie tańsze niż odkupywanie potem egz. po cenie autorskiej, która nigdy nie będzie tak tania jak koszty druku. Podobno jedna recenzja ukazała się w ostatniej „Twórczości”.
W tym samym mniej więcej czasie wyszedł „Psalm do św. Sabiny” na który sam przeprowadziłem akcję crowfundingową i pieniądze wpłaciłem do kasy Stowarzyszenia a Stowarzyszenie samo wydało – 600 sztuk. Jedna recenzja ukazała się na razie stronach „Biura Literackiego” autorstwa Przemka Rojka, druga, jako nota w „Odrze” kilka miesięcy temu.
Dystrybucja trwa.
Jak łatwo policzyć – łączny nakład wszystkich wydanych pod moim nazwiskiem książek z wierszami wynosi około 6 tys. egzemplarzy, przy czym trafiły one z grubsza do tego samego grona odbiorców, które liczy za każdym razem nie więcej niż 300-400 osób. Co więcej – śmiem twierdzić że grupa realnych odbiorców ostatnich 4 tytułów jest mniejsza niż 300 – no bo od rozdysponowanych egzemplarzy trzeba odliczyć te nadliczbowe tępo „wysyłane do nagród”, gdzie śmiem twierdzić jurorzy się powtarzają w kolejnych kapitułach, a nawet jeżeli nie, to i tak nie są w stanie czytać wszystkich książek z równą uwagą i niektóre z założenia wywalają przez lewe ramię do kosza.
1478548990_97ryrj_fb_plus
Teraz czekam na druk „Dzienników Zenona Kałuży”, które w różnych formach błąkały się od wydawcy do wydawcy 4 lata. To swoisty rekord. U jednego zostały odrzucone ze względów politycznych. U innych – z innych. Trzy razy były w jakiejś tam finałowej grupie konkursu na zbiór wierszy. W tym raz w pierwszej trójce.
Pytanie – co pokazuje tegoby liczenie?
Że po pierwsze wiersze mało kogo obchodzą. Kogoś tak. Ale to grupa rachityczna i rozproszona.
Że pisanie wierszy to nie jest i raczej w dającej się przewidzieć przyszłości praca jak na etacie. Chyba że ktoś chce zostać kimś takim jak Wencel Wojciech, grzecznym chłoptasiem na usługach którejś kolejnej emanacji władzy (wszystko jedno czy lewicowej czy prawicowej – buda i łańcuch dla psa to zawsze będzie buda, niezależnie od koloru).
Że ci, których obchodzą nie należą do środowiska literackiego, które jest znacznie liczniejsze niż 600 osób i gdyby poeci i poetki czytali siebie nawzajem – nakłady sięgałyby co najmniej kilku tysięcy sztuk, a nie kilkuset.
Że w czasach kiedy debiutowałem nie było tylu nagród literackich, ale więcej osób kupowało czasopisma artystyczno-literackie. Czyli chyba jednak było lepiej, bo odsetek osób, które przeczytały książkę był większy. Czyli, że dobrze to już było.
Że im dalej w las tym coraz bardziej muszę się sam zająć wszystkim przy wydawaniu poezji, a i tak nie przynosi to w zasadzie żadnych, większych efektów. No, ale przygoda jest, nie ma co ukrywać.
Że pisanie i wydawanie wierszy tak na prawdziwo i na serio – to zajęcie dla twardzieli i twardzielek odpornych na stres, frustrację, przemilczenie i lekceważenie.
Że naprawdę nie pisze się ani dla pieniędzy i sławy. Kto tak uważa temu współczuję. Czeka go ciężkie życie.
I że to co istotne w poezji, jej pisaniu, czytaniu i trwaniu w niej – to temat na zupełnie inną okazję i nie do końca poddający się liczbowemu przedstawieniu.
303428_649535785062403_88317469_n