20120406531

Znowu głośno o kolejnej odsłonie rzezi czasopism literackich w Polsce. Ministerstwo odrzuciło wnioski co najmniej dwudziestu redakcji. Co roku w zasadzie powtarza się to samo – Ministerstwo jakieś dotacje przyznaje, jakichś nie, ktoś zostaje za burtą, a ktoś nie. To co różni ten nabór od poprzednich, to fakt,że za burtą zostali w zasadzie wszyscy, a na pokładzie zostały czasopisma, które w poprzednich latach załapały się na programy wieloletnie (czyli „eleWator” na ten przykład), pisma patronackie (np. „Odra”, „Twórczość”) i „Topos”. To chyba koniec pewnej epoki. Na placu boju zostaną zapewne te redakcje, które w jakimś marnym stopniu mogą liczyć na wsparcie lokalnej lub regionalnej władzy, która ma ambicje – pewnie redakcja gdyńskiej „Blizy”, pewnie „Arterie”, może „Opcje”, może „Autograf”, „Cegła” (właśnie dostała dotację z Wrocławskiego Programu Wydawniczego na rok 2017, podobnie jak dorzucona przez MKiDN „Rita Baum”). Jak lokalna czy regionalna władza się zmieni, zmienią się jej ambicje i priorytety to i one upadną. Bo za darmo czasopisma się nie da zrobić. Nawet w internecie, który jest niczym innym, jak odbiciem getta papierowego, a nie żadną nową jakością. Z tego punktu widzenia, tegoroczne rozdanie pieniędzy z priorytetu „Czasopisma” MKiDN w zasadzie nie jest rzezią, ale kolejnymi dożynkami. Pewnie dla wielu czasopism, będzie to koniec, dla wielu dalszy ciąg trwania w jakimś stanie pomiędzy życiem, hibernacją a śmiercią kliniczną. Jak w starym bluesie autorstwa Irka Dudka – „za dużo by umrzeć, za mało by żyć”. Nota bene czasopismo „Twój blues” tez nie dostało dofinansowania. Ciekawe dlaczego. Hm, bo muzyka wymyślona przez obcych rasowo Afroamerykanów?

red_i_baca

Mówię o wieloletnich dożynkach raczej niż jednorocznej rzezi jako były redaktor byłego czasopisma literackiego, które dzielnie walczyło o swoje miejsce na mapie w latach 2006-2013 i ostatecznie poległo. Nie da się zrobić też za pieniądze od czasu do czasu. I to brak tej stabilności niszczy wszelką działalność cykliczną, która wymaga właśnie takiej stabilności. Pisałem, mówiłem o tym dziesiątki razy. Jeżeli redakcja, albo załóżmy redaktor naczelny zaczyna rok w listopadzie roku poprzedzającego od pisania wniosków w rytm kolejnych ogłoszeń o konkursach i do marca, czasem kwietnia roku właściwego nie wiedzieć ile tak w zasadzie się ma pieniędzy i a co. Z kolei od jesieni danego roku trzeba już pisać rozliczenia wniosków, raporty, sprawozdania, ogarniać jakoś sprzedaż, wydatki, poganiać drukarnie, bo przecież po 15 grudnia a przed 6 stycznia roku następnego wszyscy w Polsce pomału tracą zapał do pracy. Nie mówię już o czymś takim, jak utrzymać redaktorów, autorów, ludzi od składu, korekty i brudnej, nudnej roboty takiej jak dystrybucja, wysyłka w garści bez wyraźnych widoków na zapłatę za prace czy chociażby bez widoków na satysfakcję, że się zrobiło coś ważnego.

red - plan pięcioletni

 

No właśnie, bo sprzedaż czasopism nie jest rewelacyjna. W czasach mojego poetyckiego debiutu „Undergrunt” wychodził w nakładzie około 1000 sztuk i w zasadzie z dystrybucji wracały tylko egzemplarze zdefektowane. Kilka lat wcześniej „Nowy Nurt” podobno miewał 90-97% zejścia, „Studium” podobno tez około 90%. A potem coś zaczęło się psuć. „Red.” w najlepszych czasach miewał w zależności od sieci dystrybucji nawet do 70%. Tyle, że oczywiście cena sprzedaży nijak się miała do kosztów wytworzenia (żeby się miała, sprzedaż musiała by sięgać 95% a cena okładkowa musiałaby być w okolicach 29-30 złotych, wtedy, około roku 2006-2007). Mniejsza z tym. Ogólnie – zgadzając się, że polityka MKiDN względem czasopism jest i była chimeryczna, trzeba uznać, że ten rok niczego specjalnie nowego nie przyniósł. Czytelnictwo niedomaga, czasopiśmiennictwo żyje na krawędzi przetrwania i nie ma nawet grupy społecznej, poza redaktorami i autorami, która by się gromko o jego prawa upomniała. No bo kto? W kraju gdzie nawet poloniści nie czytają czasopism literackich, ktoś miałby szlochać, że upadnie redakcja „Kwartalnika Artystycznego. Kujawy i Pomorze.”

URODZONY 4 LIPCA(1)

Z drugiej strony mnogość redakcji i czasopism w Polsce od dawna była unikalnym fenomenem, na co wielu zwracało uwagę. Fenomenem barwnym, ale jeżeli chodzi o pragmatykę – nie do utrzymania. Chociażby dlatego, że czasopisma, od dawna cisnące się na coraz węższych półkach w „empikach” grały do tej samej bramki, walczyły o uwagę tego samego czytelnika. Ile ten wymyślony odbiorca czasopisma literackiego ma mieć czasu na lekturę? Jeżeli nie jest pracownikiem naukowym i prowadzi normalne życie ma szansę stale towarzyszyć w ciągu swojego życia jednemu miesięcznikowi literackiemu, jednemu kwartalnikowi i czasem coś łyknąć okazjonalnie, jak będzie ciekawy numer. A tak się składa, że miesięcznika literackiego od lat nie ma. Nie mówiąc o tym, żeby było np. branżowe pismo o samej tylko poezji, niechby i pod tytułem „Poezja dla ciebie”. No ale nie ma.

Z trzeciej strony – pism wiele, a zarazem jak im się przyjrzeć, drastycznie niewiele się różnią tak gdy chodzi o linię, dobór autorów, tekstów, recenzowane książki i tak dalej. Nie da się ukryć, że podobnie jak kiedyś my, ludek lit-zinowy, art-zinowy, poe-zinowy – dublują się zbory nadawców i odbiorców. Nic by się nie stało, gdyby zamiast publikować wiersze, prozę, recenzje, noty, publicystykę po kawałku, średnio pod 20 różnymi winietami w ciągu roku – publikowałbym, jako trzecioligowy autor pięć razy mniej za to w czasopiśmie które byłoby ośrodkiem jakiejś dyskusji o literaturze a nie jedynie wieszakiem tekstów, które mało kogo obchodzą. I powiedzmy w nakładzie nie 300 czy 800 egzemplarzy ale 5, 10 albo 15 tys. Oczywiście w warunkach istnienia 100 czy 200 redakcji i tytułów walczących o ten sam skraj boiska, tuż przy linii autowej – ani taki nakład ani taka częstotliwość nie ma szans się zdarzyć. Musi nastąpić selekcja, jakieś naturalne albo wymuszone ruchy konsolidujące, zmuszające do współpracy, oduczające partykularyzmu, wypychające z ciepłego, ubogiego, ale własnego zaścianka. W tym kontekście ta rzeź, czy raczej dorzynka roku 2017 dla grajdołka czasopism społeczno-kulturalnych może być ukrytą szansą. To niekoniecznie musi przybrać formę oficjalnych fuzji, czy synergii, ale przecież autorzy, redaktorzy będą się transferować tam gdzie będą mogli publikować. A kiedy upadną wszystkie czasopisma i redakcje a zostanie chociażby jeden redaktor, on będzie niósł pismo po drogach wygnania, on będzie pismo, że tak sparafrazuję klasyka.

_bregart_2

A skoro tak, będzie można wrócić do robienia rzeczy w alternatywnym obiegu. Jakichś zinów, e-bibuły. Drugi obieg już był, zatem teraz może „Ukryta Opcja Literacka”? Tymczasem zapraszam do wróconego po śmierci „Red.”-a – „Nowego Bregartu”, w skrócie – NBA