SEN 15511 O TYM ŻE IMMANUEL KANT MIAŁ RACJĘ, IŻ NALEŻY SIĘ WYSTRZEGAĆ ZŁYCH SNÓW

 

Władza w wasze przebrana mundury
I bandyci przebrani za władzę
Znów na placu defilad u góry
Na przysięgę żołnierzy prowadzą

(Ostatnia szychta KWK „Piast”, Jan Michał Zazula)

 

- daj spokój z tą astmą - mówi ktoś z boku i podaje mi lufkę gandzi.

- to pomaga na duchoty, wciągaj śmiało! - jest ciemno w klatce

schodowej jest ciemno na zewnątrz, kiedy ruszamy w stronę

skrzyżowania Świdnickiej i Piłsudskiego ale już widać szpaler,

ciężarówki, hełmy, broń maszynowa. Skanują nasze dowody,

opornym podają na siłę alkomaty do ust. Dobrze, że zaciągnąłem się

tylko raz, może nie wykryją, myślę i odkładam lufkę na stertkę liści

koło wylotu rynny, może kiedyś wrócę we śnie i odzyskam.

-Taka dobra lufka, trzeba było tylko wysypać zioło – rzuca z boku

Konrad. Próbuję wmieszać się w tłum, żeby nie zbadali mnie

osobno. Czuć ode mnie ziołem, czuć, że ktoś palił w tej łapance.

Pomagają nam wsiąść do ciężarówek, wiozą do koszar na przedmieściach.

W wielkiej poczekalni wydają nam peleryny z folii. Mamy je nakładać na

ubrania. Niebieska pod spód biała na wierzch. W niebieskiej nas pochowają,

białana zewnątrz, żeby zebrała bryzgi krwi, która nie powinna zabrudzić

ubrań. Ubrania zwrócą rodzinom nienaruszone. Tak jakby nas nigdy nie było.

Na ostatnim piętrze pokazują nam podłogę w pustej sali wykładowej.

- To niemożliwe! - krzyczy ktoś – przecież w tych koszarach też są Polacy

chyba nie będą naprawdę do nas strzelać?! Chyba się zbuntują!

- Chyba jednak nie - mówi z boku facet podobny do Stanleya Milgrama.

Zapada noc. Leżymy na podłodze. Trzymam żonę za rękę, szeleści folia,

kiedy podnosi głowę całuje mnie i mówi - dobrze, że dzieci zostały w domu,

może ich nie znajdą, to chyba nic politycznego, zwykła łapanka, jakich teraz

wiele, nie pójdą naszym tropem, po prostu wrzucą do dołu i tyle.

Obok leży biskup, worki ciasno opinają ornat - pięknie wyglądacie

gołąbeczki - mówi i w przypływie dobroci serca próbuje nam wepchnąć

swój biskupi pierścień do pocałowania, że taki jest teraz otwarty na

wszystkich, nie zapyta nawet czy dzieci nie mamy z in vitro i czy nie

współżyjemy od tyłu. Klepię go po dłoni i odpycham to tłuste łapsko.

- Już dobrze ojczulku, dobrze, ksiądz śpi, jutro wielki dzień dla księdza,

wniebowstąpienie. Nie chcę ranić jego serca informacją o tym, że żyjemy

bez ślubu kościelnego. Zimno. Już świta.

 

59a