male_sine_dąbki

Czuć było, że tymi budynkami nikt się nie interesował, nikt tam nie mieszkał pokątnie, nie spożywał alkoholu, nie kopulował, nie oddawał kału i moczu w rogach pokoi. To coś stało i niszczało w pokorze i cichości ducha. W dni sezonu każdy ma tu przecież lepsze lokum, a po sezonie nie ma nikogo. Obecna tu przez dwa miesiące nadludzkość jest wypierana przez depresyjną bezludność i chociaż pełno ludzi wokół. to chowają się oni przed duchami powierza, jak kutry rybackie do portów, do większych miast, miasteczek opodal wybrzeża, aby nie za blisko brzegu. Mieszkać pozostałe miesiące nad brzegiem to wystawiać się na liczne głosy, które niesie wiatr, sztorm, fala. Wiadomo, że jesienne, zimowe, miesiące znaczone są odcięciami wisielców z nadmorskich sosen, wyciąganiem samobójców z rzek, ich rozlewisk, starorzeczy i ujść, zawodzeniem upiorów tych, którzy rzucili się pod nieliczne pociągi. Straszne są te miesiące bezludności, przerażające rzeczy widują tutaj ludzie w ten czas bywający i krótka jest amnestia lata dla tej krainy wszetecznej. Ale o tym jeszcze nikt nie myśli bo oto ciągle jest resztka lata i nadmorze obejmuje w posiadanie morze i wszystko wokół, proponując gofry, zakręcone frytki, góralskie sery a także ryby z własnego kutra, zapewne. Ale zapytaj w barze, a z którego to kutra te ryby konkretnie to pani zamilknie, a oczami zabije, pokroi, posieka i doda do najnowszej sałatki z kiszonej kapusty do podania klientom, którzy są grzeczni i gębę otwierają wtedy gdy trzeba jeść, kłapać. Kłapanie, nade wszystko kłapanie jest tutaj ważne. I te stragany gdzie koszulki z „logiem” jak to mówią teraz Polski Walczącej, Armii Krajowej i przede wszystkim Narodowych Sił Zbrojnych, z których to nazwy wynika że były najważniejsze bo były narodowe oraz zbrojne – wiszą obok opowieści o piwie, trawie, seksie oraz ginekologii i znowu obok wyjące wilki, wyklęci i pamiętamy, pamiętamy. A chuja pamiętacie, nie było was wtedy na świecie ani waszych rodziców co nie uważali na lekcjach historii tak samo jak wy, a wy tym bardziej bo mniej żeście mieli lekcji historii niż lekcji religii. A zatem powolne odkurzanie lustra, dogasanie jarmarcznych świateł i lampionów bez których migotania rozpływa się też większość tutejszych hologramów. Ach, przejść piechotą ten pas wybrzeża i być tutaj przez dziesięć miesięcy między sierpniem jednego roku a czerwcem następnego. Zobaczyć prawdziwego mieszkańca Dąbek, Bobolina, Darłowa, Łeby, Ustki, Jastarni. Zobaczyć prawdziwy kuter wracający z prawdziwego jesiennego połowu, puste plaże na których nie zostaną nawet doły po tych wszystkich śmiesznych fortach, szańcach, zamkach jakie wznosi się tutaj z dziećmi i bez, całe potężne i solidne, czyli zdolne do przetrwania jednej nocy. Przejść wszystkimi plażami, nie naznaczonymi już grobami na niby, na niby zamkami, na niby dobrobytem. Poznać pustkę i nie zagłuszać jej niczym. Wyjść na spotkanie duchów tego zimnego wiatru, północnego sztormu idącego niezachwianie po polarnych prowadnicach, chociażby się miało za to zapłacić wysoką cenę, bo przecież spotkania z tym co jest – nie są za darmo. Wiedziałeś o tym, bowiem zupełnie przypadkiem na jednym z targów taniej książki w ręce wpadła ci pięknie wydana na kredowym papierze, oprawna w twardą oprawę kronika jednej z protestanckich parafii środkowego Pomorza u przełomu wieków. Książka nie zachęcała niczym, do tego aby ją otworzyć, a jednak otworzyłeś. Pisał proboszcz, nazywający siebie sam w trzeciej osobie „pierwszym duchownym”, który przyjechał tutaj z głębokiego interioru pasać owce nad wschodnim morzem, bowiem w tamtejszym języku mówiło się Ostsee i mówi do tej pory. Jak sam napisał w prowadzonej przez siebie kronice:

[…]Napisał do mnie mój drogi superintendent Braun z Medow w swoim lapidarnym stylu: „Stanowiska pierwszego proboszcza parafii w Rügenwalde oraz urząd eforalny synodu tej samej nazwy jest wakatem – duża parafia, ziemia kościelna – to byłoby stanowisko dla Pana.” Po pewnym czasie odpisałem: „Nie mam na znaczek potrzebny na podanie.” Natychmiast otrzymałem zabawną odpowiedź: „Poniosę koszty znaczka na podanie do Rügenawlde.” Nie zareagowałem jednak na to.

Być może Pierwszy Duchowny czuł, że coś go spotka, co nie pozwoli mu być tym samym, za kogo się miał i nie ma to nic wspólnego z jasnością idącą znad Galiliei ale z chmurami, które zbierają się nad Morzem Martwym i przyjdą popołudniu pod postacią burzy, w której będzie słychać dużo więcej niż w zwykłej burzy. Mimo oporu – Bóg nie przeszkodził a nawet dopomagał do pewnego czasu i zechciał Pierwszego Duchownego osadzić nad Ostsee by wiele lat pełnił pokornie posługę, co roku jak to sam wylicza chrzcząc nie mniej niż 20% nieślubnych dzieci swoich parafian. Jednak po kilku latach duchy wiatrów i powietrza upomniały się o swoje i kiedy szarość dnia niewiele różniło od ponurości nocy, w jakieś marcowe pomroczności, głód przednówka stało się, to co stać się musiało, o czym pisał w sposób nader zdystansowany pod odpowiednią datą jak następuje:

W marcu tego roku pierwszy duchowny doznał całkowitego załamania. Nie był w stanie przeczytać ani linijki, nie mówiąc już o pisaniu, i musiał udać się do kliniki nerwowo chorych. Już od grudnia ubiegłego roku nawiedzały go często zawroty głowy, zwłaszcza przy łóżkach chorych parafian, a od pierwszych dni stycznia – po szczególnie ciężkim ataku – nie opuszczał go już zupełnie ciężki ucisk w skroniach oraz niepewne uczucie w stopach przy chodzeniu. Brakowało mu snu, a niepewność i niepokój przybierały na sile z dnia na dzień. Niestety nie spełniła się jego nadzieja, że może wytrwa na służbie aż do błogosławieństwa konfirmantów, których nie chciał przekazać żadnemu zastępcy. Po kazaniu przed Wielkanocą z trudem dotarł do zakrystii, gdzie doznał całkowitego załamania. Przez cudowną Bożą łaskę powrócił jednak całkowicie do zdrowia. Już na Dziękczynne Święto Żniw tego roku odprawił nabożeństwo przed wypełnionym kościołem swojej parafii. Oczywiście trwało jeszcze parę lat, aż przezwyciężył wszystkie skutki tego załamania.

Milczą dzieje nad naturą tego załamania i drogami, jakimi z załamania wychodził Pierwszy Duchowny poprzez całe lata. Kluczowy był być może niepokój, nie wzmiankowany wcześniej a jakoby przybierający z dnia na dzień. Struktura znanego świata rozeszła się i rozwarła się czeluść, bezmiar, ciężko było na nowo zszywać draperie, zasnuwać wybite okno starą firaną. Dziura, była dziurą, wiatry wchodziły w Pierwszego Duchownego jakby był opustoszałym pawilonem „Rekin”, a niesione wraz z nimi upiory powietrza urządzały sobie w nim huczną żertwę, na znak, że żyje jeszcze coś wrzuconego wiele lat temu w wody zatoki, chociaż toczone przez świdraki i przysypane piaskiem, ale jest i schodzą nocą cienie z Góry Rowokół i dziwne są kształty mgły nad Jamnem, Łebskiem, Gardnem i Sławskiem.

- To tutaj – powiedziałeś patrząc na okolony drzewami wlot betonowej drogi która skręcała w lewo od alejki, którą szliście od domu „Rekin” na skraju ośrodka kolonijnego dawnego Ministerstwa Sprawiedliwości. Po prawej stronie okolonej niskimi koronami drzew drogi stał znak zakazu wjazdu, z dopiskiem, że wolno tutaj jechać tylko osobom zameldowanym w Dąbkowicy. 

[Reszta puzzli do uzupełnienia znajdzie się w książce, jeżeli znajdzie się na nią wydawca a jak nie - to nie. Niniejszym kończę cykl publikacji kawałków "Transu" na tym blogu. Sporo fragmentów czeka w różnych redakcjach, a o przemianie tych fragmentów z oczekujących na druk na już wyrdukowane będę donosił poprzez profil na tak zwanym fejsbogu. Nieocenzurowana i niepocięta całość ma teraz 867128 znaków, Dziękuję za uwagę.]