[www.nortfort.ru]

Wzdłuż ścieżki nad brzegiem morza, co sto, dwieście metrów wystawały z równo przystrzyżonego trawnika ambrazury schronów bojowych, nie bunkrów bynajmniej jak pouczał Pan Anatol Wat, pasjonat fortyfikacji polskich znad Narwi. Schrony były bojowe bez wątpienia aczkolwiek ustawione ambrazurami w stronę kamienistej plaży, niewiele więcej niż kilkanaście metrów od brzegu, tak, że po pierwsze były widoczne jak na dłoni od strony morza, a gdyby przypadkiem udało się jakiemuś desantowi wylądować na plaży – były w zasięgu rzutu wiązką granatów, zaś ich konstrukcja nie wydawała się zbyt solidna. To nie były polskie smoki spod Mławy, odwrócone bokiem w stronę przypuszczalnego ataku nieprzyjaciela, przypominające od frontu raczej łagodny pagórek, a ziejące ogniem bocznym na skrzydła i tyły przeciwnika, który by zechciał uderzyć na nie frontalnym atakiem. To były jakieś szwedzkie wariacje podobne raczej do niemieckich przewoźnych pół-schronów typu Tobruk, chociaż dużo większe od nich, przez trudniejsze do wkopania w ziemię, ukrycia i zamaskowania, szczególnie na wąskim pasie ziemi między zabytkowym murem a brzegiem morza. I akurat na niemieckie schrony bojowe Pan Anatol Wat pewnie by pozwolił tobie powiedzieć bunkier.

- Bunkier to niemieckie określenie, proszę pana, w języku polskim nie ma takiego słowa jak bunkier, chyba że przeładowuje pan węgiel na statek, to wtedy tak, można powiedzieć że pan bunkrujesz węgiel.- głos Pana Anatola był przyjemnie miękki i śpiewny. Znać było, że Pan Anatol nie jest postacią przypadkową na przypadkowym miejscu, ale wręcz odwrotnie. – zatem bunkry proszę Pana to są te nieliczne, które zostawili po sobie Niemcy, a cała reszta, to forty albo schrony bojowe i proszę to sobie raz na zawsze zapamiętać, jeżeli mamy dalej rozmawiać.

- Zapamiętam – odpowiedziałeś do słuchawki – zapamiętam, ale proszę mi powiedzieć, czy nie dałoby się czegoś zrobić w tej sprawie, o której mówiłem wcześniej, wie Pan, ja pracuję w administracji publicznej, mam znajomych, szkoda żeby tak niszczało to wszystko.

Po drugiej stronie nastąpiła chwila milczenia. Znaczącego.

- Bo wie Pan – rzuciłeś się w tę głębię znaczącego milczenia Pana Anatola z Białegostoku po drugiej stronie słuchawki – mamy w Polsce Wilczy Szaniec w Gierłoży i ludzie o tym wiedzą, płacą za sam parking dziesięć złotych, ale to niemieckie i to do tego związane z historią haniebną. Dla mnie równie dobrze można by to miejsce zaorać, tak jak zrobiono z bunkrem po kancelarii III Rzeszy w Berlinie. Zakopali, wyrównali, zrobili parking przed mieszkalnym domem i koniec, nie ma śladu. A tutaj wie Pan, Panie Anatolu, mamy pod Wizną nasze Termopile, a jak byłem tam w tym roku przypadkiem to w schronie pod Strękową Górą śmietnisko dla całej wsi i jeszcze nasrane było. I wie Pan , jak jeździłem po wsiach i pytałem ludzi gdzie są jakieś pozostałości pozycji żołnierzy kapitana Raginisa – to nikt nie umiał mi powiedzieć. No nie wiem, uporządkować, zacząć rozmawiać, żeby jakąś ścieżkę dydaktyczną dla młodzieży zrobić, opowiadać o tych ludziach, że oni sami cały korpus zatrzymali tam, wtedy…

- Pan mnie posłucha – przerwał milczenie Pan Anatol – ja Pana rozumiem i nawet troszku lubię przez ten telefon. Ale Pan posłucha mnie spokojnie, bo może nawet podobnie myślimy. Oni to się bronili dzielnie, że nie wiem, pod Wizną bo jakiś wielki generał ich zostawił samych, prawda, i to się nie mogło udać, i oni o tym wiedzieli, ale swoje zrobili i chwała im za to. Nikt im tego nie odbierze, a mnie nie zatrzyma w głoszeniu tej chwały. Ale Pan wie to tak samo dobrze jak ja, że oni nie powinni byli i nie musieli zostać sami przeciw wszystkim. I jak Pan się zna, a ja myślę, że Pan się troszku zna na tym, bo ja to u Pana słyszę, to niech Pan powie ile takich to historii było, że sami przeciw wszystkim, a generalicja spieprza samochodami na Zaleszczyki? Ja sam z młodzieżą dwa razy w roku ten schron, co Pan mi o nim mówił, że w nim nasrane – porządkuję, czyszczę, wywożę śmieci. Ale wie Pan ja sam bym nie chciał chyba, żeby tak wokół tego robić wielkie lada co. Pan mnie rozumie, ja to wiem. I rozumie Pan, że znowu kolejne muzeum wokół strasznej klęski i tragedii i jednak czyjegoś wyższego niedorobienia. Na całej linii Narwi tak zrobili. A zaraz obok przecież w Osowcu stał pułk a ci walczyli sami i trzy dni nikt się nie ruszył, a po śmierci nawet im nie podziękował porządnie.

- Panie Anatolu, ale ja nie o pomniku – wtrąciłeś się w wypowiedź społecznego konserwatora zabytków budownictwa obronnego i fortyfikacyjnego z Podlasia – tylko, żeby to jakoś wyglądało, trwale, a jak tam nie będzie coś, z czego ci miejscowi będą trochę dumni to może nie trzeba będzie sprzątać tego co pół roku, bo sami będą dbali.

- To się nie uda – powiedział smutno Pan Anatol – to się nie uda…

- Ale dlaczego?

- Bo wie Pan – odpowiedział ze śpiewnym podlaskim akcentem głos po drugiej stronie – nie chciałem Pana jakoś zasmucać, ale powiem to Panu. Pan mówi Wizna, kapitan Raginis i Pan widzi jedno miejsce, pozycję umocnioną „Wizna” i te kilka schronów, ze dwa działa, okopy. Dla Pana to jest jeden teatr. A dla mnie tutaj – to jest siedem gmin i trzy powiaty…

Był koniec lat 90-tych ubiegłego tysiąclecia, nie powstał nawet jeszcze szwedzki zespół tandet-metalowy „Sabaton”, który wśród kilkudziesięciu nagranych piosenek sławiących w równym stopniu obrońców Berlina w roku 1945, feldmarszałka Erwina Rommla co Karola XII – wykona także w roku 2010 piosenkę pod tytułem „40:1”. I będzie ta piosenka traktowała o obronie pozycji umocnionej Wizna przez kapitana Raginisa i porucznika Brykalskiego i nagle cała Polska się dowie, co ma nad Narwią. Tak jakby wcześniej była to wiedza niedostępna albo ukrywana, kiedy w latach 80-tych czytałeś o obronie Wizny w tomikach serii „żółtego tygrysa”. Zatem powstaną fundacje, stowarzyszenia, dojdzie do ekshumacji zwłok kapitana Raginisa, powstaną grupy rekonstrukcji historycznej, pojawią się we wsiach wielkie murale i pamięć przestanie być pamięcią, a okaże się towarem, biznesem i polityką oczywiście. I nagle siedem gmin i trzy powiaty znajdą drogę do siebie i połączą je schrony pozycji umocnionej „Wizna” dobrze wtopione w teren, rozproszone, trudne do wykrycia, chociaż nie dość gęste by chronić siebie nawzajem. Duże, mocne, projektowane indywidualnie pod konkretną rzeźbę terenu, ale niestety – bez wentylatorów, przez co załogi dusiły się od własnych gazów prochowych i musiały wychodzić na zewnątrz oddychać. Były masywniejsze, lepiej ukryte, wtopione w rzeźbę terenu, zupełnie inne niż te tutaj, mijane przez ciebie w nocnym marszu w kierunku mariny jachtowej wzdłuż murów. Te były trochę tandetne jak meble z „Ikei” albo militarne szlagiery „Sabatona”.