Zeszliście do portu, w którym zrobiło się tłoczno z powodu przygotowań do corocznych manewrów szwedzkiej floty, wszystkie nabrzeża poza mariną dla jachtów zostały odcięte barierkami i wstęp wyłącznie dla obywateli Szwecji. Nieco cofnięta w stosunku do kutrów desantowych i jednej korwety typu „Visby” stała szwedzka łódź podwodna, piękna i obła. Podeszliście do bramki, przy której stał szwedzki marynarz i zapytaliście czy wolno wejść. Popatrzył na wasze paszporty i odpowiedział nienaganną angielszczyzną, że niestety, ale wstęp na okręty jest tylko dla obywateli szwedzkich i nikogo poza nimi. No, ale przecież jesteśmy brothers in arms z NATO, niemal jak bracia, że unia personalna za Wazów, że najlepszym sprzymierzeńcem w 1939 roku była licencja Boforsa, a nie Anglia i Francja, czyli w sumie Szwecja. Tutaj szwedzki marynarz spojrzał na ciebie zdziwiony jakby nie wiedział o czym mówisz i być może rzeczywiście nie wiedział. Jaki 1939, jaki Bofors, jaka wojna, jacy Wazowie? A przecież to wszystko prawda, popatrz tylko i te armatki przeciwpancerne od Mokrej, poprzez Tomaszów, Brochów, Borowskie Góry co łupiły w niemieckie pancerze – na szwedzkiej licencji. I popatrz tylko działka przeciwlotnicze, co to Brytyjczycy kupowali, a Sowieci skopiowali – polska produkcja, szwedzka licencja. I „Grom”, „Błyskawica”, „Gryf” – też artylerię miały Boforsa. I bateria „Cyplowa” na Helu, jedyna z prawdziwego zdarzenia na wybrzeżu w 1939 co chwacko i skutecznie grzmociła po „Schleswigu-Holsteinie” jak tylko wysunął tępy pysk zza zakrętu pięciu gwizdków.

Popatrz, wszystko szwedzka licencja, stosunek opisany przez kodeks handlowy wyszedł nam lepiej w godzinie próby niż szumne traktaty, gwarancje, dezyderaty, przemówienia i machanie papierami. Nie czarujmy się, w życiu powinny być wyłącznie licencje. Gdyby 10 maja Adolf nie wjechał szeroką, pancerną ławą od Morza Północnego po Szwajcarię we Francję, pewnie by się dogadali, nie tak to inaczej, nie teraz to później. Nie ma dwóch zdań. Bo kiedy Francja zaczyna się zabierać za układanie zgodnie ze swoimi wartościami wschodu Europy to prawie zawsze oznacza, że ten wschód jest ceną za francuskie wartości oraz francuski spokój i prawo do wpieprzania rzadkich serów oraz kultywowania swojej wyjątkowości – a wiedz, że są one bezcenne. Próbowałeś jakoś to wyrazić. Gestem, słowem, gdy tymczasem marynarz patrzył w tak zwaną dal i gdy w tobie przemijały całe eony i epoki w poczuciu niesprawiedliwości oraz zdrady, w jego świecie mijała sekunda, może dwie. Przecież należymy do Unii Europejskiej, popatrz, gwiazdki na moim prawie jazdy. Ale Pan nie jest Szwedem sir, odpowiada ciągle marynarz jakby połknął uszkodzony dyktafon. A przecież tak niewiele byłoby potrzeba, myślisz, kiedy znowu zalega chwila niezręcznego milczenia, żeby Gotlandia została poddana trudnym rygorom zmiękczającym języka polskiego, będąc swoistym zastawem dla zakonu Najświętszej Maryi Panny Domu Niemieckiego. Nie takie drobiazgi krzyżacy zachowywali dla siebie, biorąc niby w zastaw, pod opiekę, ratując od zaboru żeby potem nie oddać. Zupełnie jak Armia Czerwona, a wcześniej rosyjska i później też rosyjska, która jak dobrze się wczytać w historiografię jej samej nigdy nie atakowała tylko zawsze się broniła. Broniła, żeby zabrać i nie oddać. Od Mongolii po Sachalin i Kuryle, od Krymu po Półwysep Rybacki. I broni się do dzisiaj wszędzie i zawsze, dlatego z małego księstwa Moskiewskiego wyrosło największe państwo na świecie. Zatem mogliby Krzyżacy nie oddać wyspy po tym jak wytłukli na niej Braci Witalijskich, czyli po naszemu piratów, którzy opanowali całą wyspę cztery lata wcześniej zajmując także samo Visby i paraliżując handel na całym Bałtyku. Krzyżacy jednak szykując się do wojny z Polska sprzedali całą wyspę w 1409 Szwecji, a przecież nie musieli, albo mogli sprzedać i sprzedanego towaru nie wydać, co także mieli w praktyce opanowane. Albo mogli sprzedać komuś innemu coś innego. I tak Gotlandia mogła stać się towarem przetargowym w czasie kolejnych pokojów toruńskich. A gdyby Jagiełło nie nocował trzy noce na polach Grunwaldu, ale ruszył od razu na Malbork, to w ogóle nie byłoby pokoju toruńskiego, bo nie byłoby go z kim zawierać. I wtedy zapewne Litwa wzięłaby Inflanty, a Korona resztę – czyli tak zwane dzisiaj Prusy Wschodnie z Malborkiem i Królewcem, może także Marchię Zachodnią, Gdańsk. No i Gotlandię z innymi lennami krzyżackimi. I nie byłoby wiszących odwiecznie nad północnym Mazowszem Prus Wschodnich. I nie byłoby kolejnych wojen krzyżackich, kosztownych, drogich, niezakończonych jednoznacznym sukcesem. Być może nie przetrwałaby też unia z Litwą, bo nie byłoby wroga, który od początku scalał te konstrukcję. Turcja, Tatarzy, Moskwa – to wszystko miało się dopiero zdarzyć. I może Polska stała by się państwem o wiele bardziej morskim mając od początku piętnastego wieku niekwestionowany dostęp do Bałtyku, dwa duże porty w Zatoce Gdańskiej i jeden na Gotlandii. I nigdy nie powstałaby Gdynia, bo nie byłoby powodu, dla którego miałaby powstawać. A na Gotlandii mogłoby się pojawić polskie osadnictwo i polscy kupcy i żeglarze i możnowładcy i magnaci. I będąc krajem bardziej morskim niż ziemiańskim, Polska dopracowałaby się dużo szerszej warstwy mieszczańskiej. I może nawet z czasem miasta byłyby ważniejsze niż folwarki? Mając zaś takie możliwości, być może Jagiellonowie postawiliby w ogóle na jakąś inną ścieżkę rozwoju niż ekspansja na wschód? I Polska by się dopracowała swoich kolonii innych niż Dzikie Pola? A może nie byłoby żadnych kolonii, bo Szwedzi ostatecznie też ich nie mieli, a prowadzili politykę morską? I w ogóle być może nie byłoby zaborów.? A gdyby jednak historia potoczyła się podobnie, tyle że z Gotlandią jako polską domeną, to  mogłoby się zdarzyć, że wyspa przetrwałaby jako polska enklawa zabory i stała się polskim Piemontem albo i nie, albo była wchłonięta przez jakiś zabór na przykład rosyjski albo pruski, ale wróciłaby do macierzy w 1918 roku. I Mickiewicz zacząłby „Pana Tadeusza” od słów „Gotlandio, Ojczyzno moja”. A w ogóle to nie byłby „Pan Tadeusz”, tylko na przykład „Pan Haakon”. A gdyby w 1918 roku cała Polska odzyskała niepodległość, razem z Gotlandią, to wtedy,  w 1939 roku we wrześniu marynarka wojenna miałaby gdzie uciekać i by się nie internowała tylko walczyła dzielnie do ostatniej torpedy i  ostatniego pocisku. I to polskie schrony bojowe byś teraz oglądał na plażach i wzgórzach Gotlandii. A wtedy to Gotlandia byłaby tak naprawdę wyspą nadziei w historii Europy, a nie Wielka Brytania, bo to Gotlandia samotnie stawiałaby odpór Sowietom i Niemcom. I to na Gotlandię, a nie na Zaleszczyki by spieprzał sztab generalny z Rydzem- Śmigłym na czele. I spieprzaliby nie samochodami marki Opel, ale kutrami rybackimi albo okrętami podwodnymi. I żeby dać sztabowi przejście polskie armie zamiast walczyć nad Bzurą uderzałyby znad Osy na Elbląg, aby tylko wódz naczelny mógł na dłubance z pnia dopłynąć do wyspy ostatniej nadziei. I nie byłoby ewakuacji spod Dunkierki tylko spod Braniewa i setki tysięcy polskich żołnierzy obwarowałoby się na Gotlandii, a nie na przyczółku rumuńskim gdzie nic nie było ani nie było broni, ani amunicji, ani pomocy sojuszników, ani transportów z paliwem, ani nawet Polaków za wielu tam nie było. I ORP „Grom” by zatonął pod Visby a nie pod Narwikiem. I w cieśninie Fǻrösund byłaby baza polskich łodzi podwodnych a sama cieśnina nazywałaby się Farna, albo Farska. I ostatecznie Bergmann robiłby filmy jak Wajda a Wajda jak Bergmann, albo obaj by robili podobne filmy, tyle że Bergmann by nazywał się Igor Bergmański i byłby spolonizowanym Szwedem w piątym pokoleniu. A sama Gotlnadia nie nazywałaby się Gotlandią tylko Wyspa Gocięska.  A Visby nazywałoby się Wizbice albo Wizbica Gocięska. Bo u nas rzadko coś jest po prostu, zazwyczaj jest jakieś, czyjeś, niesamodzielne i niewprawne. Musi się doczepić, dokleić, w czymś większym od siebie szukać dopełnienia. Jak Biskupice to Oławskie, jak Łukowice to Brzeskie, jak Przywory to Opolskie, jak Bielany to Wrocławskie, jak Aleksandrów to Kujawski. Więc Wizbica nie mogłaby być po prostu Wizbicą ale byłaby Wizbicą Gocięską. I to by była nasza macierz, a historycy udowadnialiby, że ci którzy mieszkali tutaj przed 1410 rokiem to byli nieuświadomieni Polacy tak jak nieuświadomionymi Polakami byli wszyscy którzy zamieszkiwali tak zwane ziemie polskie przed powstaniem państwa polskiego. A te ziemie to przecież nawet nie wiadomo dokładnie które są, kiedy państwo bujało się między granicami jakby to nie państwo było ale jakaś huśtawka ogrodowa. A zatem szwedzki marynarzyku, który tak znowu zamarłeś z wzrokiem wlepionym gdzieś nad dachami portu, niewiele brakowało, albo też brakowało bardzo wiele a byśmy byli krajanami, może nawet kumplami z jednego liceum w Wizbicy Gocięskiej. O, wreszcie spojrzał na ciebie i powiedział, żebyś może porobił sobie zdjęcia z zewnątrz i nie blokował ruchu, chociaż jako żywo, nikt za tobą nie tłoczył się w kolejce do zajrzenia w czeluści szwedzkiego Das Boota. Powiedziałeś, że dzięki, lepsze zdjęcia znajdziesz sobie na stronie internetowej producenta i powlekliście się pod górę huczącym trombitami, pobrzękującym kolczugami miastem w stronę murów obronnych i dalej przez przedmurze do parkingu koło kliniki psychiatrycznej gdzie jak wiadomo wolno za darmo pisarzom i tłumaczom stawiać na noc samochody.