- No dobra, proszę pakować co się da i porządkować co się da czyli rzeczy osobiste – zakomenderował kapitan. – a dokładny klar zrobimy pewnie i tak w porcie. Panie pierwszy Pan przejmie wachtę, a ja pójdę ciąć komara i jakby coś się działo to mnie obudzicie, oczywiście.

Nie powiedział tego głośno, ale przypuszczał, że wejdziecie do Gdyni w nocy, względnie wcześnie nad ranem. Ale przecież nie mówi się kiedy będziesz w porcie a tylko ile mil przed tobą. Więc nikt nic nie powiedział a za to wszyscy, którzy nie byli na wachcie zaczęli szukać w bajzlu, w jaki zamieniło się wnętrze jachtu przez kilkanaście dni swoich rzeczy i zbierać je powoli do plecaków. Rzeczy mokre wyrzucano na pokład, w celu podsuszenia w popołudniowym słońcu, ale było ich oczywiście za dużo jak na powierzchnię pokładu i po chwili majtki, koszulki, ręczniki, śpiwory pojawiły się na linkach relingów, fałach, zawiązane do rączek otwartych luków a także przyklejonych na silikon odpowietrzników i nawiewników. W ciągu kilkunastu minut jacht stał się bardziej podobny do cygańskiego taboru, tyle że w wersji pełnomorskiej. Marecki przez ten czas miotał się magazynku materiałów sanitarnych na jaki zamieniono bezużyteczny kibel, a potem wynurzył się bez słowa z naręczem kilkunastu niewykorzystanych rolek papieru toaletowego. Zdjął uprząż bezpieczeństwa i zaczął owijać się srajtaśmą, łapczywie, chaotycznie, tak jakby chciał zrobić z siebie mumię, co było niemożliwe bo wówczas nie mógłby się ruszać, a ruszał się przecież cały czas usiłując zaplątać się w jak największą ilość rolek. Z zejściówki wychynęła po chwili postać Dedasa, który wyciągnął spod stołu w nawigacyjnej boom-boxa na baterie, z którego słuchaliście co wieczór rybackiej prognozy pogody na kolejny dzień dla środkowego i południowego Bałtyku. Ustawił go na repetytorze kompasu nad zejściówką, złapał jakieś radio z lądu i ryknął na cały regulator, jakby odpowiadał ogniem jakiemuś wczasowiczowi z plaży koło Władysławowa. Radiomagnetofon  harczał tak jakby czuł, że to ostatnie godziny jego życia refrenem hitu poprzedniego sezonu zespołu O-Zone:

Vrei sa pleci dar nu ma, nu ma iei,
Nu ma, nu ma iei, nu ma, nu ma, nu ma iei.
Chipul tau si dragostea din tei,
Mi-amintesc de ochii tai. 

Dedas zawiązał sobie mokre niedosuszone kalesony Guzmana na głowie jak turban, a Guzman z kolei założył na głowę ręcznik i obaj rozpoczęli niejasnej prowieninecji taniec rytualny, w którym głównie gibali się na boki w takt muzyki lub kadłuba i wykonywali szybkie, rytmiczne, okrężne wymachy rękami zaciśniętymi w pięści. Marecki w tym czasie zawinięty w kilkadziesiąt metrów papieru toaletowego doczłapał do kosza dziobowego, chwycił jedną ręką sztag i zamarł wychylony ku morzu jakby był Kate Winslet podtrzymywaną na flagsztoku „Titanica” przez Leonardo Di Caprio w jednym. Drugą ręką zaczął teatralnym gestem w rzucać niezużyte rolki przed dziób jachtu na prawo i lewo. Część z nich drugim końcem zawinięta była wokół jego ciała, przez co po wykonaniu wspieranego słabym wiatrem na skos od rufy parabolicznego lotu, rozkładały się promieniście wokół dziobu jak skomplikowana rozeta, której centrum był on sam, Marecki. Po tych rolkach, którymi częściowo był owinięty Marecki przyszła kolej na te, które były zupełnie nietknięte. Te leciały dalej i wyżej, były bowiem cięższe i rozwijały się dopiero w locie łapiąc opór powietrza.

- Jezu jak my musimy wyglądać z brzegu – jęknął Paweł, któremu Baku zdał komendę – szczególnie ten pajac na dziobie…

- Jak to jak, jak łódź Świtezianki – odpowiedziałeś i spróbowałeś sobie wyobrazić jak was widzą wczasowicze niewątpliwie licznego, ale jednego z ostatnich turnusów we Władysławowie odlegli na oko o jakieś kilkaset metrów. – zastanów się, czy to nie okazja, żeby obudzić Baka? Może właśnie takie coś miał na myśli, kiedy mówił „obudźcie mnie jak coś się będzie działo”…

- Kapitanie! – ryknął Paweł do zejściówki skąd dobiegło stłumione stęknięcie.

- No ja jeszcze nie zdążyłem oka zmrużyć Panie Pierwszy – odezwał się jowialnie kapitan i po chwili jego owalna twarz pojawiła się w zejściówce. Spojrzał na pląsającego Dedasa z kalesonami Guzmana na głowie z we własnej osobie i ręczniku na głowie Guzmanem obok. Postąpił krok wyżej i ujrzał na Mareckiego-Świteziankę na dziobie od którego rozchodziło się promieniście kilkanaście taśm papieru toaletowego.

- I to jest ten powód dla którego nie poszedłem spać? – odwrócił się z uśmiechem do Ciebie i Pawła – A co to ja nie wiem jaki jest mój los na tej łajbie? Całe życie z wariatami i znikąd pomocy, ot, co. Ale Panie pierwszy jak już to wszystko minie proszę jakoś używając własnego autorytetu dowódczego doprowadzić do porządku pokład, żeby nie wyglądał jakby granat w burdel pierdolnął to raz, a dwa proszę o dopilnowanie żeby wszelkie nadłamane, uszkodzone części doprowadzić do stanu, w którym nie będą na takie wyglądały przy zdawaniu łajby i negocjowaniu zwrotu kaucji, bo inaczej nici z obiadu kapitańskiego. Gdzie jest karton „Łaciatego”, strzykawy z silikonem oraz inne rzeczy do naprawy i maskowania uszkodzeń wie załogant…ekhm… załogant Świtezianka…

Kapitan zsunął się do wnętrza jachtu i jak na zawołanie w żagle uderzył silniejszy podmuch wiatru, tak jakby jego zelżenie było tylko chwilowym kaprysem. I rzeczywiście. Wiatr znowu zaczął przybierać na sile i mokre szmaty powywieszane gdzie się dało, nawet bez komendy oficera poznikały wszystkie we wnętrzu kabiny. Kiedy schodziłeś ze swojej wachty mijaliście właśnie cypel Helu z zapisów na mapie, wynikało jednoznacznie że zostało wam mniej niż 15 może 20 mil morskich. Kapitan wspomniał, że spadniecie jeszcze trochę za cypel Helu, żeby potem łatwiej było dojść jednym halsem do Gdyni.

- Blisko coraz dalej – mruknąłeś układając się na koi, zastanawiając się czy jest sens zdejmować sztormiak, kalosze, czy po prostu tylko wyciągnąć się płasko i przedrzemać. Jest coś uroczystego w tym powolnym, stopniowym ponownym wchodzeniu w zasięg. Najpierw światło, słabe jak światła promu widziane ze Srebrnej Baszty, potem wyraźniejsze, pewniejsze, błyskające w określonym interwale, ciągle w tym samym namiarze, to latarnia morska. I czujesz okruch tego, co musieli czuć tamci, chociażby na granicy życia i śmierci, kiedy znajdowali się w zasięgu światła latarni morskiej. Mimo tego, że to mogło być jeszcze wiele mil, to noc nie była już tak czarna, fale zdawały się mieć gdzieś kres. Tak sobie to wyobrażałeś, że tak mogli się czuć. Potem plaże, o ciepłym, żółtym odcieniu złamanym u góry zielenią linii drzew, jak wstążka w poprzek widnokręgu. Odgłosy swojskiego łupnia akustycznego jak to na wczasach, jak to w Polsce. Wejście zasięg nadajników telefonii komórkowej o czym świadczyła nagła lawina sygnałów nadejścia wiadomości tekstowej, którymi jacht rozbrzmiewał przez dobrych kilka minut. Odgłosy radia z brzegu i wieczór, zmierzch, pierwsza ciemność o której schodziłeś pod pokład gdy mijaliście cypel Helu, z którego biła przecież Cyplowa, wystaw sobie w sam pancernik „Schleswig Holstein” skoro tylko wystawił nosa zza Westerplatte. Ponowne wcielenie, ponowne nabieranie kształtów, powracanie do form, porzuconych ledwie chwilę temu. Tak jakby te formy też trochę żyły z tobą, dla ciebie i przez ciebie ale także obok, niezależnie. Bezpiecznie minęliście kosę piachu na przedłużeniu cypla i poszliście dalej w noc, jakby to nie był powrót, ale kołowrót. Wiatr przybrał na sile i zaczął zmieniać kierunek, co świadczyło, że zbliża się kolejne centrum niżowe

- Teraz raczej będzie się tylko wzmagał – doszło cię oderwane zdanie oficera wachtowego z góry. Leżałeś na koi trzeszczącego w mocowaniach jachtu. Nogami opierałeś się o stół nawigacyjny gdzie co pół godziny oficer nanosił pozycję, prędkość, kurs i dokonywał wpisu do dziennika pokładowego. Koło ucha morze za granicą życia i śmierci, czyli za dwoma klepkami położonymi wzdłużnie w poszycie wydawało dźwięki tłukąc coraz silniej o burty. Chciałoby się spać, ale było blisko i coraz dalej. A zatem leżałeś na koi, która była  wąska, twarda i wilgotna  w sposób jaki stają się wilgotne rzeczy po kilkunastu dniach rejsu, mimo wietrzenia kabiny, pompowania wody z zęzy. Udają, że nie da się z nich wycisnąć, wywabić ani kropli, a jednak wiesz, czujesz, że są wilgotne każdym swoim włóknem.

Na ściance u wezgłowia wisiała twoja uprząż i kolegi oraz wasze mokre sztormiaki, a wszystko się kolebało, obijało, stukało, przemieszczało i trzeszczało z cicha. W bakistach w takt skomplikowanych ruchów jachtu na fali turlały się resztki prowiantu w tym dwa słoiki gulaszu z serc kurzych. Podniosłeś się z koi, tak żeby nikogo nie obudzić założyłeś wilgotne wewnątrz kalosze, ubrałeś z powrotem sztormiak, uprząż i wyszedłeś na pokład. Dźwięk morza i wiatru zmienił się. Nie był to już chlupot zza burty ale ciągły szum, który – o czym się nie wie – ma tę samą częstotliwość co ludzka mowa. To dlatego dziecko nie słyszy rodziców gdy stoi nad brzegiem morza i patrzy w dal, z której kiedyś przyszło na świat, w obszerną nicość i nic nie wzrusza wówczas jego nieistniejącej duszy w tej kontemplacji.