Było późne popołudnie, na zewnątrz ciemno, wilgotno i wiał przenikliwy, listopadowy wiatr. Wysokie żebrowanie katedry na Ostrowie Tumskim w kontraście do rozmemłanej, zimnej polskiej jesieni robiło wrażenie niemal przytulne. Najpierw trzeba było się udać do osoby, która przyjmowała zapisy do ceremonii bierzmowania dla dorosłych. Była to dziewczyna o niezidentyfikowanej urodzie w chuście na głowie zawiązanej tak jakby ze wszystkich swoich sił chciała być Antoniną Krzysztoń, którą jednak z całą pewnością nie była. Całą sobą wykazywała wielki entuzjazm i zaangażowanie w wykonywaną posługę, bo przecież pracą tego nazwać było nie sposób. Każdy kandydat do bierzmowania, spóźniony, wyciągnięty za uszy przyszły, już niebawem małżonek, ojciec chrzestny czy świadek musiał stanąć przy jej stoliku i podać potwierdzoną odpowiednią pieczęcią kartkę z imieniem jakie zostanie mu nadane w ramach sakramentu bierzmowania. Kiedy przyszłą twoja kolej spojrzała najpierw na kartkę, potem na ciebie i znowu na kartkę a potem westchnęła teatralnie.

- Ale takiego imienia nie ma – powiedziała z dużą pewnością i nutą irytacji, że ktoś sobie żarty stroi z poważnego sakramentu. – w każdym razie na pewno nie wśród świętych patronów.

- Jest – odpowiedziałeś równie pewnie co szorstko – mogę ci opowiedzieć życiorys tego, który nosił to imię i z czego zasłynął. Był mnichem i wielkim żeglarzem, w piątym wieku naszej ery na łodzi ze skóry wyruszył z Irlandii i dopłynął do Islandii a potem do Ameryki, na pięćset lat przed wikingami, na tysiąc przed Kolumbem…

- …Mnie nic do tego, ja mogę też opowiedzieć dowolny życiorys, chodzi o to, że takiego imienia nie ma wśród tych jakie mogą być użyte w tym sakramencie – dziewczyna spojrzała ci w oczy a oczy jej płonęły żarliwością, gdyż powiedziane jest żarliwość o dom Twój spala mnie.

- To proszę może sprawdzić jeszcze raz? Z czego to wynika, że tego imienia nie można użyć? – nie ustępowałeś. Zbyt wiele lat nosiłeś to imię w ukryciu by teraz zrezygnować.

- Ja tu mam taki notatnik – zaczęła z zakłopotaniem grzebać w swojej kolorowej torbie z wełny alpaki albo lamy, niewątpliwie podarowanej jej w ramach jakichś rekolekcji z księdzem misjonarzem – ojcowie franciszkanie mi go przygotowali i tutaj są wszystkie imiona… – wygrzebała zeszycik, otworzyła na stronie zaznaczonej odpowiednią literą i postukała palcem w kartkę w kratkę.

- Nie ma – uśmiechnęła się zadowolona, że pamięć jej nie myliła.

- Może ojcowie franciszkanie nie wszystko wiedzą? – zapytałeś ironicznie a jej czoło spochmurniało wyraźnie.

- Jeżeli oni nie wiedzą to będzie wiedział biskup sufragan – jej wzrok był zimny, jakby rzucała ci wyzwanie.

- No to może trzeba go zapytać?

Dziewczyna burknęła coś pod nosem, wzniosła oczy ku sklepieniu katedry i zniknęła na chwilę. Wróciła po chwili idąc krok w krok z biskupem sufraganem, który idąc w stronę stolika ciągniony przez dziewczynę w chuście jakby zabranej Antoninie Krzysztoń, coś szeptał teatralnym tembrem, żeby mu nie zawracać głowy takimi duperelami przed mszą. Ale dziewczyna coś odpowiadała słyszalnym, chociaż niewyraźnym i żmijowatym sykiem. Biskup podszedł do stolika spojrzał na kartkę leżącą na blacie, podniósł brwi do góry i powiedział:

- Jak takiego świętego nie ma to sakrament wadliwie udzielony i nieważny, no… i tyle – odwrócił się na pięcie jakby wyraźnie nie miał ochoty na dalszą rozmowę. Dziewczyna wywróciła na chwilę białkami oczu, co robiła nad wyraz sprawnie, wręcz zawodowo westchnęła, co także wychodziło jej tak perfekcyjnie, jakby ćwiczyła to godzinami w domu – i zapisała sobie twoje nowe imię.

- Tę kartkę proszę trzymać w złożonych dłoniach – pouczyła cię – kiedy będziesz klęczał przy balaskach…

- Gdzie?!

- No tutaj przed ołtarzem jest taka poręcz, nie… no i podpierają ją takie ozdobne balaski…

- Chyba to się nazywa tralki…

- No to przy tralkach. I jak biskup sufragan podejdzie, żeby udzielić sakramentu trzeba mu podać, żeby wiedział, komu udziela tego sakramentu, tak?

To ostatnie „tak” ze retorycznym znakiem zapytania na końcu i akcentem sprawiło, że poczułeś się jak wśród publicystów pewnej informacyjnej rozgłośni późnym porankiem, gdzie wszyscy gdakali w powtarzalny, monotonny sposób, zaczynając zawsze wypowiedzi od „ja bym powiedział tak” a kończąc na owym retorycznym „tak?”. Nie odpowiedziałeś jednak nic, skinąłeś tylko głową i poszedłeś szukać swojego miejsca w szeregu przy tralkach podpierających poręcze oddzielające ołtarz od reszty katedry, nazwanych nie wiedzieć dlaczego balaskami. Mszę poprzedzała krótka próba chóralnego odpowiadania biskupowi, żeby od biedy jakoś to wyglądało na uroczystość, która to próba była prowadzona przez kościelnego. Szary, lekko zgarbiony szczupły facet wyglądał na śmiertelnie znudzonego całym seansem i swoim wyrazem twarzy dawał do zrozumienia, że on dobrze wie, że wszyscy traktują ten sakrament utylitarnie, że bez niego kłopot ze ślubem, chrztem własnych dzieci i tak dalej, więc zepnijmy się i miejmy te farsę możliwie szybko za sobą. Po chwili przerwy po nieudanych próbach chóralnych odpowiedzi zaczęła się właściwa msza. Ksiądz biskup sufragan też chyba gnał do celu po łebkach, bowiem zrezygnował z kazania, a czytania przeleciał tak szybko jakby czytał książkę telefoniczną. Można było go zrozumieć, przecież i bez tego msza miała trwać grubo ponad godzinę. Wreszcie nadszedł ten moment kiedy wypadało klęknąć przy tralkach zwanych balaskami, a sufragan w towarzystwie dwóch pomocników przesuwał się od kandydata do kandydata i nakładał ręce, robił znak krzyża oraz powtarzał formułę uzupełniając ją imieniem, którego brzmienie znał z wyciąganej z pobożnie złożonych dłoni karteczki przez jednego z jego pomocników. Pomocnik po wyjęciu karteczki ze świątobliwie złożonych rąk kandydata nachylał się do biskupiego ucha i podpowiadał teatralnym szeptem jakiego imienia w formule użyć. Kiedy podeszli do ciebie pomocnik stojący po lewej stronie biskupa wyjął trzymaną przez ciebie karteczkę, rozłożył ją, przeczytał po cichu, uniósł brwi i spojrzał rozszerzonymi źrenicami na pomocnika po prawej stronie biskupa, a usta wykrzywił w podkówkę jak małe dziecko rozkładając przy tym ręce. Pomocnik po prawej stronie biskupa wyrwał kartkę pomocnikowi po lewej stronie biskupa, rozłożył, przeczytał i też uniósł brwi a potem spojrzał rozszerzonymi oczami na swojego towarzysza niedoli po lewej stronie biskupa na co biskup groźnie zmarszczył brew bo cisza, kiedy nic się w kościele nie działo przedłużała się. Tym samym przedłużała się także msza, a tam pierogi stygły i kefir kwaśniał. Najpierw biskup łypnął na pomocnika po lewej ręce, potem na tego po prawej ręce i wreszcie sam chwycił za kartkę, która przed chwilą tkwiła jeszcze w twoich pobożnie złożonych dłoniach. Podniósł ją do oczu i sekundę wcześniej zmarszczone brwi uniosły się nagle bardzo wysoko, gdzieś za obrys infuły tak, że wydawało się, że ta pociągnięta nagłym przemieszczeniem się skóry na biskupiej czaszce zachwieje się i spadnie z łoskotem na posadzkę za balaskami, jak tutaj nazywano tralki podpierające poręcze. Wreszcie spojrzał na ciebie rozszerzonymi oczyma i zapytał cicho, z pewną taką nieśmiałością chociaż wybrzmiało to w kompletnej ciszy katedry piorunująco wyraźnie:

- To jak brzmi w końcu to imię?

- Brendan. – odpowiedziałeś spokojnie acz stanowczo, a oczy wielu zwróciły się na ciebie mimo woli bowiem i twoje słowa, mimo, że były mówione bez ostentacji – niemal zagrzmiały we wnętrzu katedry.

- Brendan …– powtórzył w zamyśleniu pomocnik po lewej.

- Brendan? – powtórzył z nieskrywaną wątpliwością w głosie pomocnik biskupa po prawej.

- Brendan… Brendan …. Brendan – powtórzył po trzykroć w zamyśleniu biskup sufragan, a brzmiało to jakby we wnętrzu katedry głośnym echem odbijał się ping pong. – No dobrze, Brendanie, przyjmij znamię Ducha Świętego!

- Amen – odpowiedziałeś i przymknąłeś oczy, a wydawało ci się, że potężny wiatr uderzył w ściany katedry od wewnątrz, wypełnił ją jak balon i uniósł ku górze odsłaniając łagodny pejzaż zielonej wyspy. Widziałeś płaski grzbiet pokryty soczystą trawą, rozcięty po środku ciemnym wąwozem, wiedziałeś, a może nawet widziałeś, że tam na dole, na wąskiej, kamienistej plaży kręci się kilku mnichów wokół kilkumetrowej łodzi z wyprawionej skóry naciągniętej na szkielet wiązany rzemieniami. Pachniało solą jaką niósł wiatr od morza i korą dębu, której wywarem nasączone były płaty poszycia łodzi. Chrzęst drobnych kamieni w rytm kroków załogantów noszących do łodzi zapasy, bukłaki z wodą, sakwy z suszoną rybą, liny, zwinięte w toboły ubrania, zapasowe żagle i inne pakunki. Nie wiedzieli nic o tym, co dzisiaj mówią mapy, satelity gps i Google streetview. To na progu czego stali z definicji nie miało kresu, a w tym bezkresie ich łódź, nawet gdyby była większa i tak byłaby żałośnie mała, a ocean taki wielki.

- Amen – echo twojego słowa wypowiedzianego tam ,w katedrze spowodowało, że jeden z mnichów odwrócił się w twoją stronę. Zobaczył ciebie mimo, że ciebie przecież tam nie było, a twoje stopy nie zapadały się w drobnych kamieniach plaży u stóp klifu. Wcale nie miał brody, tak jak go przedstawiała większość rzeźb, pomników, ikon o których nie słyszała dziewczyna w chuście posługująca przy zapisach ani biskup sufragan, niemal święty.

- Widzę, że jesteś tu nowy – powiedział Brendan, a wiatr od morza zdmuchnął mu kaptur i zaczął targać nieco przydługie, siwiejące miejscami włosy. Oczy miał osadzone głęboko, wielkie, brązowe. Patrzył nimi na ciebie a ty nie wiedziałeś co powiedzieć, dlatego to znowu on przemówił wskazując dłonią na skórzany stateczek – To dobra łódź, nie poddaje się, chociaż skrzypi, pójdzie na wiatr i z wiatrem, tak jak chcesz.

- Nikt ciebie nie zna – powiedziałeś w końcu – odpłyniesz i nawet biskup sufragan, ojcowie franciszkanie, nikt o tobie nie będzie pamiętał.

Brendan przestał się uśmiechać, odwrócił się w stronę łodzi i morza, które łagodnymi falami wchodziło z chrzęstem drobnych kamieni na brzeg. Zrobił krok jakby chciał już odejść, wskoczyć do łodzi i płynąć, wreszcie płynąć, ale odwrócił się jeszcze do ciebie, zajrzał ci w oczy i powiedział nieco donośniej niż poprzednio:

- Wiem, dlatego nadaję tobie imię i mówię ci płyń i nazywaj wszelką wodę i wszelkie stworzenie aż po krańce siebie!