(Fragment 3 rozdziału – całość niebawem, w czerwcowej „Odrze”. Zauważyłem, że jutro minie 200 lat od tragicznej śmierci Sama Barkera, o którym nie wiem nic więcej, ponad to, co stoi na tablicy w Muzeum Rybołóstwa na Helu.)

[...]

Widywałeś ten prom z wysokości Srebrnej Baszty w murach Visby we wrześniowe sztormy, w sierpniowe upały, a był on niezawodny w swoim przybyciu jak żaden pospieszny znany ci z czasów schyłkowej komuny. A byli też tacy, którzy widywali go zimą i późną jesienią, gdy Bałtyk od północy zaczyna skuwać lód, a na wyspie pada śnieg – i zawsze płynął z tą samą prędkością spóźniając się najwyżej o kilka minut. Jakby nie był statkiem mierzącym się z żywiołami, łupiną na morzu możliwości, ale suwakiem zamka błyskawicznego spinającego dwa brzegi tkaniny na życzenie będących raz jedną materią to znów materiami osobnymi. Wszystko precyzyjnie wyliczone i wkalkulowane. Czas zapełniania wnętrza ciężarówkami, naczepami, cysternami, kontenerami zawierającymi wszystko czego może potrzebować wyspa od lądu – wliczony. Czas załadunku tysiąc, dwóch tysięcy pasażerów, samochodów, rowerów, motocykli – wliczony. Nawet czas kręcenia piruetu na środku szkieru Nynashamn i później podobnego piruetu na środku basenu portowego w porcie Visby – wliczony. A przecież stary żeglarski przesąd mówi, że gdy w morzu jesteś, nie wolno snuć planów o której to, którego dnia zawiniesz do portu. Możesz tylko patrzyć w mapę i liczyć mile a na pytanie załoganta, oficera, samego siebie „za ile będziemy?” możesz odpowiadać tylko – za tyle a tyle mil. Bo tylko tyle wiesz i tyle jest w Twoim ręku, nie więcej. W twoim ręku jest ster, ilość mil do portu przed Tobą ale nie dzień, godzina kiedy dobijesz do brzegu już nie. I chociażby wydawało się, że nic już nie może stanąć między Tobą a tą chwilą właśnie – czas nie należy do ciebie. I jest w tym mądrość tych, którzy byli blisko a ginęli często u główek portu, widząc zbawczy brzeg, mając w zasięgu wzroku szalupę, ratunkowy okręt, śmigłowiec amerykańskiej Coast Guard, wzrok kolegi, ręce wyciągnięte ku sobie. Ginęli widząc ratunkową łódź, ale nie mogąc przekrzyczeć się przez dźwięk morza. Bowiem wiedzieć trzeba, że morze ma swój głos i on jest tej samej wysokości, co głos ludzki i możesz w nocy minąć wzywającego pomocy o kilka metrów a nie usłyszysz jak Ciebie wzywa. Tylko gwizdek potrafi przebić się ponad szumem fal do ludzkiego ucha i być może dlatego żeglarze nie znoszą jak się na pokładzie gwiżdże dla rozrywki. Ginęli zatem krzycząc, a będąc nie słyszanymi, ginęli w portach, na redach, zatokach, przy wybrzeżu, przy brzegu, na skałach, na plażach w falach przyboju, czując przez chwilę zbawczy grunt pod stopami. Ginęli wszędzie tam, gdzie było jeszcze morze, a nie było jeszcze portu, w którym zarazem jakby już przez chwilę byli. O chwilę za wcześnie. Tak, jak ten, którego ślad znalazłeś lata temu na ścianie kościoła ewangelickiego na Helu, obecnie Muzeum Rybołóstwa. Od lat próbujesz odtworzyć tę historię – znając miejsce i mając garść informacji z kamiennej inskrypcji. Żeglowali z North Yarmouth w Anglii we trzech – Sam Barker lat 27 oraz niewymienieni z imienia – jego przyjaciel i żeglarz. Nie jest jasne czy ten żeglarz był przyjacielem czy też to były dwie osoby. Inskrypcja nie określa tego jednoznacznie a jest jedynym śladem po serii zdarzeń, które zajmują Ciebie, gdy myślisz o porcie a nie o drodze, która została do przebycia. Kiedy staniesz na samym cyplu kosy Helu i spojrzysz w stronę Sambii – zobaczysz jak ściera się otwarte morze z zatoką i z tego ścierania się, dałbyś głowę w linii od czubka półwyspu w kierunku południowo wschodnim widać podwodną wydmę, odsypisko, gdzie płyciej jest od strony otwartego morza, a dno opada stromo od strony zatoki. Widać to po kolorze wody, który z jednej strony jest jaśniejszy, błękitny, a z drugiej poważnieje, wpada w siność i ciemną nicość. Poznać te płytszą część po falach, co od strony morza łamią się jakby podcięte niewidzialną linią, a od strony zatoki znów wygładzają się, wydłużają jakby wpadły w tę toń i napiły się same siebie, jakby nerwowo szukały oparcia do skoku i nie mogły go znaleźć. Był pewnie jeden z tych wczesnowiosennych dni z silnym, chociaż nie sztormowym wiatrem. Krótka fala szła z północnego-zachodu, bo wtedy, wiosną, przeważnie silnie wieje z tamtej strony. Woda niosła piach wzdłuż wybrzeża kosy i usypywała tę podwodną wydmę. Łódź Sama Barkera szła prawdopodobnie dziobem na wschód jednym z pełnych kursów względem wiatru, prawym baksztagiem na przykład. Wiatr był silny więc płynęli dość szybko, bez wrażenia wysiłku jakie daje żegluga ostro do wiatru. Dzisiejszy półwysep zapewne był jeszcze wtedy wyspą z ukształtowanym szerokim wierzchołkiem i wąską, zalewaną falami kosą porośniętą namorzynami, gdzieniegdzie pojedynczymi drzewami. Łódź była odkryta, lekka, zapewne z jednym masztem, dwoma żaglami, żeby dało się sterować w pojedynkę, gdy pozostali próbowali spać lub odpocząć układając się do snu na skrzyniach, pakunkach. Być może w prześwicie między grzbietami fal a chmurami w jakimś przebłysku Sam Barker widział już przed sobą brzeg zatoki, czuł bliskość portu, czuł, że fale pędzące go z pełnego morza tracą powoli na sile, rozpadają na płyciznach wokół zadrzewionej wyspy z prawej burty. Wypiętrzają się wprawdzie, łamią z łoskotem, skracają, ale brzeg był w zasięgu wzroku a to zawsze dodaje otuchy. A kiedy się płynie pełnym kursem, łaskawym gdy żegluje się w sztormie czy silniejszych tylko wiatrach to wydaje się, że fale nie są aż tak straszne jak są w istocie. Nie uderzają od dzioba ale podbierają rufę unoszą ją i przechodz pod kadłubem. Rzadko wchodzą na pokład by czynić tam chaos i bałagan, oodebrać dech, równowagę a na długo – poczucie bezpieczeństwa i ciepło ubrań. Może Sam Barker pomyślał wtedy – „jeszcze dzisiaj będziemy wieczerzali w porcie”. I może był już na ulicy i czuł przez chwilę wszystkie portowe zapachy i napawał się możliwymi smakami i tym zabawnym poczuciem stałości gruntu pod nogami. I wtedy słychać huk i zgrzyt poszycia trącego o usypaną pryzmę piachu pod kilem i łódź staje, podczas, gdy ciało Sama Barkera ciągle jeszcze się poruszając siłą tak zwanej bezwładności, jeszcze żywe, pełne wigoru i siły – wylatuje z ławki sternika prosto na gretingi przykrywające dno łodzi. Być może przypadkiem podcina nogi przyjaciela, który stał na ławce oparty jedną nogą o nadburcie a ramieniem obejmując wantę i także nierozważnie rozmyślał, że może jeszcze dzisiaj napije się grzanego gdańskiego piwa.

- Zrzucać szmaty, zrzucać do cholery! – krzyknął ten trzeci, żeglarz o którym wiemy, że był tego majowego dnia na pokładzie, a który być może drzemał na dziobie przykryty zapasowymi żaglami na zwojach lekko wilgotnych, śmierdzących lin. Gdyby nie zrzucili szybko żagli – wiatr nadal by wciskał łódź dnem, kilem w mieliznę. Zerwali się z podłogi do fałów i po chwili szamotaniny pewnie udało im się zrzucić żagle. Zapewne nie obyło się bez umoczenia grota, bo wiatr wiał na skos od rufy, zatem wypychał żagiel w stronę dziobu, za burtę i wypełniał go swoją mocą, gdy oni go zwijali. Jeden przy maszcie, przy fałach, dwóch przy płótnie. Z fokiem poszło zapewne lepiej, chociaż i on mógł uciekać z wiatrem, tarmosić szoty, siec wolnym rogiem halsowym po rękach i twarzach. Czy wyrzucili coś z łodzi aby uczynić ją lżejszą, zwiększyć wypór? A może próbowali wywieźć kotwicę na głębszą wodę, żeby się wyciągnąć na cumie kotwicznej? Czy najpierw sondowali wodę wokół łodzi? A może po prostu wskoczyli do wody widząc żółtawy odcień wody zdradzający bliskość piaszczystego dna? Czy zapierali się o burtę czy raczej ciągnęli cumę? Pewne jest, że Sam Barker z własnej woli opuścił pokład łodzi, na którym nie miał na co czekać. Nie istniały jeszcze żadne stacje ratownictwa morskiego, nie było międzynarodowego sygnału wezwania pomocy, a gdyby nawet był, nie było go jak nadać. Bliskość brzegu po prawej dawała poczucie bezpieczeństwa. Wyobraźnia podpowiada, że musiał zrobić o jeden krok za dużo po tej podwodnej wydmie, której kształt tak dobrze zdawałeś się dostrzegać od czasu do czasu pod wodą, gdy spoglądałeś w kierunku wybrzeży Sambii. Czy osunął się po podwodnym zboczu w stronę głębszej wody po stronie zatoki, zdziwiony, że nogi, które przed chwilą znajdowały oparcie już go nie znajdują? Czy – jak wielu ówczesnych marynarzy – nie umiał pływać i utrata gruntu pod nogami równała się natychmiastowej śmierci? A może umiał pływać i trzymał się blisko łodzi, jednak został przykryty przez siódmą falę, która jak wiadomo jest falą najwyższą i ta właśnie pozbawiła go gruntu pod nogami, mimo tego, że przed chwilą stał na nim. Wciągnięty zaś pod wodę odruchowo otwiera się z przerażenia usta i zaciąga się płynem, krztusi i wpada w panikę. Trzeba być naprawdę opanowanym by tego nie uczynić i przemóc odruch. Dość, że w jednej chwili Sam Barker jeszcze był na nogach i próbował coś zrobić, a po chwili już nic nie mógł zrobić i nie było go zupełnie na śmierć. Pozostaje przeczucie, że w tej śmierci musiało być coś straszliwie banalnego, jakaś niesprawiedliwość i bezceremonialność. Taka jest każda śmierć, chciałoby się powiedzieć, a jednak najwyraźniej ta była szczególna skoro 200 lat potem znajdziesz na ścianie starego kościoła na Helu tablicę ze zdaniem jak winny-niewinny sumienia wyrzut wobec tych, którzy pozostali:

Wy próżni śmiertelnicy, cieszący się młodością i zdrowiem, przystańcie i zastanówcie się albowiem pod tym kamieniem spoczywa ten, którego śmierć w jednej chwili pozbawiła owych błogosławieństw opatrzności. Hel 5 maja 1816”

Dlatego nie rozmawia się o tym, o której będziemy w porcie, co zrobimy jak dopłyniemy – ale o tym ile mil zostało, co nas po drodze spotkać może i o tym co spotkało innych.

[...]