Gdzieś na skraju światów, już w nowym systemie, ale ze starymi naleciałościami wygrałeś zatem młodzieżowy konkurs literacki Ligi Morskiej a w nagrodę dostałeś tygodniowy rejs bliżej niesprecyzowanym ORP. Ileż to nieprzespanych nocy, gdy się już dowiedziałeś o wygranej i jej formie poświęciłeś wyobrażeniu tego rejsu na nieznanym ORP. W myślach i na żywo wertowałeś albumy, książki ze zdjęciami okrętów Polskiej Marynarki Wojennej od niszczyciela rakietowego ORP „Warszawa”, poprzez okręty podwodne – w tym ten największy noszący legendarną nazwę „Orzeł”, poprzez uderzeniowe okręty rakietowe o socjalistycznie brzmiących nazwach „Górnik”, „Hutnik” i „Rolnik” aż po mrowie kutrów rakietowych typu „Osa”, czy nie mniejsze mrowie trałowców bazowych, redowych a już w zupełnej ostateczności – kutrów torpedowych. Wszędzie tam widziałeś siebie na mostku, na koi, na pokładzie pod skupioną uwagą załogi marynarzy floty wojennej. Oto hart ducha przeradza się w hart po prostu, dzielność estetyczna przeradza się w dzielność etyczną, wreszcie w jakiejś realnej olimpiadzie poeta może stanąć w szranki i być uznanym za równego marynarzowi floty wojennej a w każdym razie porównywalnego z nim. W myślach czułeś już zapach smaru, metalu, prochu, soli – bo przecież nagrodą miało być coś prawdziwego, doznanie, doświadczenie, dotyk. Jechałeś zatem najpierw starym pospiesznym do Gdyni, potem kolejką SKM jeszcze dalej do Gdyni-Chyloni skąd na piechotę szedłeś do bramy bazy Marynarki Wojennej na Oksywiu. Tamże marynarz z bronią na warcie, z marynarskim kołnierzem i kałasznikowem przez ramię. Ale nawet nie zapytał kim jesteś, skąd przychodzisz, zobaczył plecak, długie włosy, pióra jak to wówczas się mówiło i przepuścił cię dalej. Żadnego hasła, odzewu, nic, jakby przepuszczał powietrze, hologram, który zaraz się rozpłynie.

- Ja … – zacząłeś nieporadnie odwracając się już zza bramy w kierunku wartownika

- Tak, tak idź do nabrzeża i w prawo, znajdź ORP „Elew” albo „Podchorąży” tam ci powiedzą co dalej…

To chyba pomyłka, pomyślałeś, przecież w liście gratulacyjnym wyraźnie było napisane, że w grę wchodzi rejs okrętem Marynarki Wojennej, okrętem, nie kutrem. Ta niska, pękata sylwetka z nieproporcjonalnie wysokimi nadbudówkami pozbawiona jakiegokolwiek miejsca na chociażby symboliczne uzbrojenie nigdy nie wzbudzała zainteresowania w książkach, albumach, na zdjęciach i fotorelacjach z obchodów Dni Morza w miesięczniku „Morze”. Gdyby nie fakt posiadania książki wymieniającej wszystkie jednostki noszące banderę Marynarki Wojennej można by pomyśleć, że zaszła jakaś pomyłka, ale album pokazywał nawet krypy mieszkalne i mały zbiornikowiec floty. Widok z nabrzeża rozwiał wątpliwości – na skraju betonowej kei stała gromadka kolorowych postaci obok pokaźnej sterty toreb, plecaków, walizek. Przy nabrzeżu burta w burtę stały OORP „Elew” i „Kadet” a „Podchorąży” zaraz za nimi. Nieco z boku stało trzech szpakowatych panów w marynarkach ewidentnie pochodzących z zupełnie innych sortów niż ich niewątpliwie garniturowe spodnie. Zapytali grzecznie o imię i nazwisko, po czym jeden z nich postawił znacznik przy Twoim nazwisku na liście mrucząc coś pod nosem co brzmiało mniej więcej jak:

- Dobra, plastycy są, fotograf jest, malarka jest, poeta dotarł, to chyba wszyscy

Po czym odwrócił się do kolorowej gromadki chłopaków i dziewcząt w podobnym do Ciebie wieku i powiedział nieco głośniej:

- Droga młodzieży w imieniu Polskiej Ligi Morskiej chciałem wszystkim serdecznie pogratulować udziału w konkursie i nagród… eee … rzeczowych, mam nadzieję, że to niezwykłe doświadczenie, które was czeka będzie dla was niezapomnianą przygodą życia… a być może sprawi, że kiedyś powrócicie tutaj, na pokład tych szkolnych jednostek bojowych aby doskonalić się już jako … eee… przyszli marynarze floty wojennej. Włodku sprawdź jeszcze raz czy wszyscy są…eee… tu masz listę

Pan Włodek niczym optycznie się nie różniący od przemawiającego w imieniu Ligi Morskiej odczytał listę obecności a gdy wyczytana osoba mówiła „jestem” półgębkiem wymieniał nazwę jednego z trzech identycznych kutrów szkoleniowych. Po wyczytaniu wszystkich gromada zaczęła się rozpraszać szukając na stercie usypanej z plecaków i toreb – swoich bagaży. Na pokładzie „Elewa” witali ciebie marynarze, którzy wyglądali na niewiele starszych i niewiele bardziej obeznanych z morzem i wodą. Głównie interesowali się dziewczynami, które były laureatkami w dziedzinie sztuk plastycznych a które kilka dni później przyznały się jedna po drugiej, że po prostu przerysowały od kolegów z książek węglem szkice marynistyczne Adama Werki. Było popołudnie, zatem za zgodą kapitanów kutrów, którzy przejmowali nad wami pieczę dopiero od jutra rana poszedłeś z nowopoznanymi chłopakami – Żabą i Konradem – także laureatami w kategorii literatura na spacer wzdłuż nabrzeży, żeby chociaż popatrzyć na prawdziwe okręty. Najdłużej staliście przy ORP „Orzeł”, któryś nawet zapytał pół- żartem czy można wejść na pokład, ale tak jak przed bramą strażnik potraktował ciebie jak powietrze, tak i tutaj marynarz przy trapie nawet nie zwrócił uwagi na wasze zaczepki.

- Chyba nas tutaj nie lubią – rzucił Żaba

- A co ty nic nie wiesz, że się dziwisz? – żachnął się Konrad

- Ale czego nie wiem?

- Przecież ten cały konkurs to lipa, myślisz, że co tutaj robi ta starsza Pani Izolda co płynie z nami na „Elewie”?

- No nie wiem

- Jej córki płyną na „Kadecie” i ona tak tu już któryś rok z rzędu wysyła siebie i te swoje córki a cała reszta to dzieciaki jakichś ludzi z tej Ligi Morskiej…

- No ale ja naprawdę wysłałem wiersze i sam je napisałem – rzuciłeś zakłopotany patrząc pytająco na Żabę

- Ja napisałem opowiadanie fantastyczne w którym „Orzeł” nie tonie, wiesz, taka sobie wariacja – uśmiechnął się Żaba – w kółko takie rzeczy wypisuję sobie sam dla siebie, że nie przegraliśmy w 1939 albo że Andersa z 2 Korpusem przerzucili do Jugosławii i komandosi z Nawarony to byli Cichociemni… – i spojrzeliście obaj na Konrada, który stał na skraju kei i patrzył na odległe teraz kutry szkolne a ponad nimi gdzieś w morze.

- Ja tam w tym roku wysłałem to samo co rok temu, bo rok temu zepsuła się maszyna na „Elewie” a zaczęliśmy rejs od trasy z Gdyni na Westerplatte i wiecie, staliśmy tam w basenie portowym trzy dni, więc jak zostały dwa dni, to się wypisałem, też mi nagroda, trzy dni stać przy Westerplatte, nawet porządnej plaży nie było…

- Żartujesz?

- Nie, no mówię wam, nikt na nas nie zwraca uwagi bo co roku o tej porze ta sama ekipa urządza sobie tygodniowe wczasy na koszt Marynarki Wojennej a wszyscy udają że straszna propaganda morska się dzieje.

- No a my? – z niepewnością w głosie zapytał Żaba, jakby szukając potwierdzenia uczciwości

- No a my jesteśmy tutaj listkiem figowym, żeby mogli udawać, że naprawdę o coś tutaj chodzi – odpowiedział Konrad kierując się w stronę nasady kei przy której stał ORP „Orzeł” pokryty czarnymi kostkami gumy anechoicznej, która miała wytłumiać prace jego maszyn i czynić go niewidzialnym dla sonarów. Kostki gdzieniegdzie odpadły odsłaniając rdzawą blachę poszycia kadłuba. Wszystko teraz tak zaczynało wyglądać jak ten kadłub okrętu podwodnego z daleka legendarny i tajemniczy – z bliska pełen wstydliwych wad i śladów niedbalstwa. Konrad spojrzał na Ciebie i Żabę i widząc wasze wyraźnie wydłużone twarze dodał – my jesteśmy po to, żeby nie powtarzały się te same nazwiska co roku na listach laureatów, żeby mogli udawać, przed tymi, którzy dają na to pieniądze, że naprawdę o coś chodzi. To taki udawany Fundusz Wczasów Pracowniczych.

Zawróciliście spoglądając tęsknie na wielką sylwetkę niszczyciela „Warszawa” po prawej. A zatem o to chodziło i dlatego ten konkurs był tak słabo znany, że musiał Ci ktoś przysłać w liście z pozdrowieniami znad morza ogłoszenie o nim zawarte na połowie kartki a4 drobnym drukiem z elektronicznej maszyny do pisania, tak jakby umyślnie miało być ono małe i niewidoczne, wstydliwie przywieszone na tablicy ogłoszeń hufca ZHP, szkolnej gazetce koło pokoju nauczycielskiego. Jakby ogłoszenie liczyło na to, że przemknie niezauważone albo prawie niezauważone. Jeszcze nie kradzież, ale już matactwo. I to w jakim celu. Żeby chociaż chodziło o coś wielkiego, wielkie pieniądze, los na loterii, talon na samochód. Nie, chodziło o tydzień na śmierdzącym smarem kutrze szkolnym na przaśnym wojskowym wikcie pływającym co roku do tych samych pięciu portów polskiego wybrzeża Bałtyku. Wczasy w ramach, których nie było mowy o żadnych wygodach a kutry – co wynikało jasno z wypowiedzi Konrada – stały więcej w portach niż pływały właśnie dlatego by przygody marynarskiej było jak najmniej a stali bywalcy mogli jak najwięcej – za pozwoleniem kapitanów oczywiście – spędzać na plażach popularnych kurortów. I to wszystko za pieniądze Ministerstwa Obrony Narodowej i Polskiej Marynarki Wojennej, która pewnie i tak musiała wykazać, że marynarze odbywają staż zapoznawczy z morzem. Wszyscy byli zadowoleni – stali bywalcy mieli wypoczynek, marynarze i kadra niewymagający rejs stażowy a Polska Liga Morska umacniała wychowanie morskie wśród młodzieży a każdym razie mogła to głosić wszem i wobec oraz ubiegać się o pieniądze na ten cel, zatrudniać nikomu gdzie indziej niepotrzebnych Panów Włodków i ich klony obojga płci. I tak kolejne fragmenty składowe przygody luzowały się i odpadały jak niedbale przytwierdzone gumowe kostki pokrycia anechoicznego z kadłuba ORP „Orzeł”.

Po powrocie na pokład „Elewa” okazało się, że dziewczyny i Pani Izolda z kategorii plastyka zostały zakwaterowane w kabinach w nadbudówce „Elewa” natomiast Ty, Żaba oraz Konrad w rufowej kabinie między maszynownią kutra a pomieszczeniem maszyny sterowej. Koje były jednopiętrowe, niskie, dość wygodne. Dostałeś koję na lewej burcie, zaraz obok drabinki zejściowej. Tuż nad głową znajdowało się dziwne urządzenie w kształcie wielkiej, ciemnej patelni przymocowanej płasko do burty.

- Brzęczyk wachtowy – powiedział jeden z marynarzy, który akurat nachylił się do wejścia kabiny

- Nie działa? – zapytałeś z nadzieją w głosie

- Nie, w porcie nie, ale na morzu odbija równe wachty, słychać go na dziobie, bo jest jeden na cały okręt

- To jak tutaj można spać?!

- Nie można – powiedział marynarz i zniknął. Już nazajutrz okazało się, że nie miał racji, gong wachtowy wprawdzie istotnie darł się co dwie godziny, ale szybko okazało się, że śpi się przy nim zupełnie normalnie a po dwóch nocach na pokładzie w ogóle się go nie słyszy. Pierwszego dnia rejsu rozwiały się także twoje ostatnie nadzieje związane z przygodą życia. Najpierw kapitan poinformował laureatów o konieczności przestrzegania minimum załoganckiego regulaminu gdy chodzi o poszanowanie obyczajów marynarskich, jego władzy kapitańskiej gdy chodzi o zejścia na ląd w portach w których kuter ORP będzie cumował a także o tym, że załoganci-laureaci są zwolnieni wprawdzie z wacht, bo i tak nic nie potrafią, ale za to otrzymują w nagrodę honor pełnienia codziennej pomocniczej wachty w kambuzie do obiadu i kolacji.

- Czy państwo załoganci-laureaci mają jakieś pytania? – kapitan powiódł wzorkiem po zebranych w mesie – Pani Izolda wszystko wie, bo zdaje się, że Pani już szósty raz z nami płynie, prawda? – tutaj rzucił okiem w stronę odzianej w ortalionowy dres wyblakłej kobiety w wieku około trzydziestu kilku lat a ta uśmiechnęła się z błyskiem niejakiej dumy w oku.

- A jakieś inne atrakcje będą? – zapytał nagle Żaba

Kapitan podniósł na niego wzrok, uśmiechnął się szeroko i rzucił:

- Taaaak, będą.

- A jakie?

- Na wysokości Helu będzie strzelanie torpedowe i artyleryjskie!

Niejaki szmer przeszedł przez mesę. Mimo woli pomyślałeś, że nie jest tak źle, że może tak jak na legendarnym ORP „Orzeł” w studzience w podłodze kiosku ukryta była zdwojona laweta działek przeciwlotniczych, tak może na niepozornych, rzekomo powolnych kutrach-holownikach Marynarki Wojennej ukryte są jakieś tajemne urządzenia i teraz wy, załoganci-laureaci poznacie ich wstrząsające działanie. Chwilo trwaj. Trwała. Około dwóch sekund, które są potrzebne by pojawiło się i zawisło w niepewności podniecenie chłopców, przelęknienie niewiast oraz by kapitan zobaczył, że balon, który chciał nadmuchać by czym prędzej go przekłuć z tym większym hukiem jest gotów. Zlustrował wasze napięte twarze i ze stoickim uśmiechem na twarzy dodał na wydechu:

- … My będziemy celem. -