Ta dyskusja w Polsce ma jakiś apokaliptyczny, wszechogarniający charakter. Mój post sprzed siedmiu dni, z 29 sierpnia do tej pory ma ponad 200 komentarzy, prawie 400 polubień i ponad 140 ponownych udostępnień. Kiedy go pisałem, myślałem, że to komunikat do kilkunastu, może kilkudziesięciu osób. I powinno mnie to cieszyć, bo okazało się, że z kilkuset często słabo lub w ogóle mi nieznanymi łączy mnie wspólnota wartości a to chyba ważniejsze, niż to czy wypiliśmy w Realu razem jedno, dwa, czy trzy piwa. Dlatego w związku z tym postem przyjmowałem do grona wirtualnych znajomych także osoby, których nie poznałem osobiście. Jednakże w międzyczasie, kiedy pierwotnemu postowi rosła ilość polubień ta dyskusja zaczęła narastać wokół, nabrzmiewać obrazami utopionych dzieci, wściekłych imigrantów próbujących się wyrwać z dworca Keleti, z wyspy Lesbos. Wojtek Rusinek napisał w jakimś komentarzu, że to chyba jedna z bardziej wstrząsających publicznych, ale też i prywatnych debat jakie przeszły przez Polskę za jego życia. Dla mnie też.

Nie wiem czy się da z czymś porównać. Ludzie uciekający przede wszystkim jednak z Syrii i jednak przede wszystkim przed wojną zostali już nazwani „turystami”. Bo przecież zapłacili niemało za przemyt. A w ogóle to, dlaczego tam jest tylu młodych facetów? Bo może starzy i zniedołężniali oraz kobiety częściej odpadają z gry, gdzie liczy się biologiczna, zwierzęca siła a taką grą są marsze uchodźców i rejsy odkrytymi łodziami przez morze. Słyszę głosy, że to inwazja, islamska hybrydowa agresja i powinniśmy się bronić. Czyli co? Postawić psy na granicy, użyć napalmu – jak proponują czasem w ferworze walki polemicznej na internetowych forach moi rodacy? Naprawdę? Do tego dołączają cynicy głoszący teraz wszem i wobec, że problem trzeba rozwiązać na miejscu. Czyli jak? Bo przecież, kiedy przyjdzie do wystawiania kontyngentu wojskowego, który by musiał załatwić Baszara Al Aasada, zdławić Państwo Islamskie, wymusić pokój na watażkach w Somalii, Erytrei i Libii, to ci sami cynicy pierwsi powiedzą, że ręcze precz od suwerennych państw, legalnych rządów i prawowitych władców. I jeszcze będzie coś, że to nie nasza sprawa, niech byłe mocarstwa kolonialne niech tam wysyłają swoich chłopców i swoje lotniskowce, my, Polacy nie mamy i nie mieliśmy tam żadnych interesów. A jak te mocarstwa wyślą wojsko to ci sami cynicy będą wieszać na swoich ściankach na fejsbuku memy pokazujące zestawienie obrazków z XIX wieku i z obecnych prób zaprowadzenia spokoju siłą. Nawet wiem jak te memy będą wyglądały – u góry na przykład Lothar von Trotha, po środku żołnierz Wehrmachtu z Afrika Korps a na samym dole żołnierz Bundeswehry. Obok cyników i ironistów, dzielnie kroczą darwiniści moralni, często zarazem bardzo zdecydowani zdeklarowani katolicy. Gazeta Wyborcza musiała zamknąć możliwość komentowania tekstów o uchodźcach, bowiem nikt nie był w stanie opanować  fali werbalnego bluzgu. Mnie samemu jakoś jeszcze nikt nie groził, ale kto wie, na razie kilku krzepkich zadowolonych z siebie Polaków proponowało mi wypad z Polski skoro nie podoba mi się stan tego państwa, społeczeństwa i narodu. Kilka innych osób próbowało zdyskredytować mnie personalnie, ale jakoś milkły, kiedy się dowiadywały, że akurat cztery lata pracowałem jako urzędnik polskich służb imigracyjnych, więc znam zagadnienie od innej strony niż newsy z pierwszych stron gazet. No bo znam.

Ale ja nie o tym chciałem pisać, bo to jest poziom który przerobiliśmy już. Ciekawe, że ciągle ta dyskusja, ta sytuacja graniczna ma miejsce gdy ci ludzie szukający nowego miejsca w życiu jeszcze nawet do nas nie dotarli. Ale jest nieuchronne , że dotrą, że wiele się zmieni, także w Polsce, bo nie ma ucieczki. I nie było nigdy, tylko, że żyliśmy jak ten Ebenezer Scrooge, zdziwiony nagle, że śmierć właśnie po niego przyszła i mruga oczkami patrząc w kostuchę jakby chciał zapytać „to już? Naprawdę już teraz?”. Tak cztery lata patrzyliśmy na Syrię i nic. Tak jak patrzyliśmy na Somalię, Nigerię, Erytreę (nie miała prime time w naszych telewizorach) i wiele innych rozgrzebanych konfliktów, których się nie ruszało bo – patrz wyżej argumenty cyników. Teraz problem jest u drzwi i nic na to nikt nie może poradzić. Już za późno.

Ta rozmowa, żywiołowa, pełna energii wiele pokazuje. Pisał Jaspers Karl, że sytuacja graniczna to nie jest sytuacja, którą można rozwiązać, poznawczo przeniknąć, rozumowo objąć. Można wobec niej zająć postawę, wyrazić siebie i to, co ze mnie wyprowadzone w sposób najgłębszy. I najbardziej wstrząsającym wynikiem tej dyskursywnej batalii o uchodźców jest to co ujrzałem wokół siebie, to, co te rozmowy toczone w domach, przy piwie, w pracy, na forach, w emailach i smsach powiedziały mi o mnie i moich rodakach. Okazało się ( a przecież wiadomo to od czasu słynnego eksperymentu Stanleya Milgrama), że ta postawa, którą rozjaśnia sytuacja graniczna, nie ma nic wspólnego z deklarowanym wyznaniem, światopoglądem, pochodzeniem, kolorem skóry, poziomem wykształcenia, posiadaniem lub nie – dzieci. Wszystkie łatki, etykietki jakie sobie pracowicie nalepialiśmy w toku socjalizacji, interakcji i innych tam relacji pospadały z hukiem, jakby były z ciężkiego metalu i spod spodu zaczęły wyłazić jakieś prawdziwe nasze twarze, mordy, oblicza – co kto chce.

Czy się boję tej fali uchodźców? Pewnie, że tak, to niewiadoma. Ale mój świat kształtowany w młodości przez buddyzm a później znowu chrześcijaństwo jest jednak zbudowany na nadziei. I ja mam tę nadzieję i będę chciał jej pomóc. Uczył nas Kłoczu niegdyś, że droga do oblicza Boga prowadzi przez twarz drugiego człowieka. Więc boję się, ale mam nadzieję na spotkanie i że coś dobrego z tego spotkania wyniknie. A z drugiej strony zobaczyłem moich bliźnich, mówiących tym samym językiem, urodzonych w Polsce. I ich też się zaczynam bać. Tak zwyczajnie. Ale mam nadzieję, że jakby nie było, wszyscy jakoś damy radę.

[Kobane w Syrii - stan obecny]

*to z Josifa Brodskiego oczywiście…