Rok 2014 był bogaty w zdarzenia przywołujące literaturę z zatęchłych nisz ku salonom i witrynom dostępnym ludności cywilnej. To czyniło moje zajęcie prostym, a zarazem błyskotliwym. Cóż prostszego niż delikatnie wyśmiać gwałtowne proszenia w naszym literackim akwarium? Myślałem – napiszę sobie o Poli Dwurnik, która zabłysła przez moment dwoma felietonami, z których pośmiał się przede mną Wojciech Engelking, a następnie z użyciem wszelkiej ciężkiej artylerii dyskursywnej pionowego rażenia ugodził Engelkinga Jaś Kapela i Xavery Stańczyk. Wyszło z ciętej riposty Stańczyka i Kapeli grubsza na to, że jak napisze się, iż pisarz bredzi i grafomani od rzeczy to jest to krytyka, może ostra, ale krytyka. Natomiast jeżeli napisze się, że pisarka bredzi, a pisarka do tego jest młoda oraz płodna to jest to atak mizoginów na kobietę za to, że jest kobieca. Zabrakło mi w tekście Jasia Kapeli i Xaverego Stańczyka odwołania do konwencji w sprawie zwalczania przemocy wobec kobiet, ale tam zdaje się nie ma nic o tekstach publicystycznych, chociaż jest o stereotypach kulturowych i religijnych. Zresztą może chodzi też o to, że sprawa ratyfikacji konwencji przez Państwo Polskie, to akurat dość poważna sprawa (a jak wiadomo poważna sprawa w Polsce w sposób murowany zamienia się w poważny problem) – a napowietrzna wojna ponad pisarstwem Poli Dwurnik jednak do powagi nawet nie aspiruje, chociaż udaje, że jest inaczej.

Tutaj uwaga marginalna, o tym jak się fajnie nakręca rzekome wydarzenia mediach, niby to wiecie i znacie, ale posłuchajcie. W „Newsweek’u” opisując sytuację dramatu wokół Poli Dwurnik napisano m.in. że profil na pewnym portalu społecznościowym pt. „Beka z Poli Dwurnik” ma 2,5 tysiąca fanów. Dzisiaj to nawet ponad 3 tysiące. Na tym samym portalu są profile np. „Beka z przedsiębiorców” – 6 tys. fanów, „Beka z Putina” – 25 tys. zwolenników i – uwaga, uwaga! – „Beka z literatury polskiej po 1989 roku” – 11,5 tys. fanów, nie mówiąc już o tym, że prosty fanpage sieciowej gry „World of Tanks” ma 1,3 milionów wielbicieli.

Wracając jednak, do tematu – hałas wokół Poli Dwurnik szybko zaczął zanikać. Może dlatego, że Pola Dwurnik nie została w minionym roku do niczego nominowana i co gorsza dla wszystkich fanów stron typu „beka z Poli Dwurnik” – zdaje się, że zamilkła. Nie ma nic lepszego na zadławienie wrażej propagandy jak zaprzestanie jej żywienia samym sobą i zdaje się, że ten gest autorka kilkudziesięciu wystaw i publikacji – wykonała. Już sam ten fakt, świadczy, że nie trafiło na osobę pozbawioną dystansu do siebie, charakteru czy mało rozumną, co piszę nie będąc entuzjastą stylizacji tych feralnych dwóch felietonów. Bo one były słabe, ale żeby to mało było słabych tekstów w obiegu! Teraz Pola Dwurnik być może zacznie publikować pod pseudonimem, osiągnie zawrotny sukces zaś w nowym roku, 2015, zrzuci maskę by zadrwić ze wszystkich, którzy z niej zadrwili. Jest chyba jeszcze jeden powód dla którego odczuwam sympatię do nieudanego pisarstwa Poli Dwurnik. Otóż inkryminowane teksty miały kolosalną zaletę – opisywały atmosferę Berlina. Nie chodzi o to tylko, czy w Berlinie podaje się śniadania do 17 – zaraz po ukazaniu się felietonu odezwało się wielu mieszkańców polskich miast, twierdząc uparcie, że u nich też podaje się śniadania do późnego popołudnia. Chodzi o to, że Berlin, w przeciwieństwie do wielu polskich miast, nawet tych, gdzie można wieczorem dostać zestaw śniadaniowy – ma atmosferę luzu i swobody. Gdybym nie był, to może bym nie wiedział, nie rozumiał, nie czuł, co autorka chciała powiedzieć. Berlin to miasto unikalne – z kulturą, zakorzenieniem, trudną historią, doświadczony podziałem komunistycznym, kapitalistycznym, a wcześniej nazistowską zarazą i krwawymi walkami ulicznymi w 1945 i 1953 – a jednak inaczej niż Warszawa, jest wyluzowany, otwarty, dopuszczający oraz inkluzyjny i zdaje się o tym Pola chciała nam wszystkim opowiedzieć. Nie zrobiła tego w sposób szczególnie udany, nie dobrała może najzręczniejszej figury stylistycznej, a spięci Polacy natychmiast postanowili się po niej złośliwie przejechać, zaś inni spięci rodacy z zaciśniętymi z gniewu pięściami postanowili bronić Poli jak polskiej niepodległości. A to wszystko niepotrzebne, zbędne. Pola mimowolnie stała się ikoną Berlina, bo takich pogodnych ludzi, może i nawet grafomanów, Berlin przytula, hołubi i daje im poczucie spełnienia, poczucie ważności, istotności. Na nic takiego w realiach polskiego życia literackiego nie mieliby szans. Czy to dobrze – nie wiem. Może to berlińskie ukojenie to wyraz głębokiej dziejowej mądrości wynikającej z wiedzy o tym, do czego mogą doprowadzić frustracje sekowanych artystów – poetów, czasem malarzy.

Więcej w „Odrze” 2/2015