Atrakcyjność kraju o starożytnej kulturze w wyobraźni mierzy się starożytnymi budowlami, fortecami, klasztorami, złożoną historią zapisaną w wielokrotnie przebudowywanych, burzonych, odbudowywanych murach, skuwanych i odnawianych freskach, nadpalonych ikonach, cmentarzach i mauzoleach. Gruzja się tym streotypem w ogóle nie przejmuje. Batumi, ach Batumi nie oferuje zapachu herbacianych pól, ale kilkanaście wielkich budynków hotelowych, piętrzących się przy promenadzie, kolejkę linową na jedno z okolicznych wzgórz, nieistniejący park rozrywki na narożu między promenadą nadmorską a portem handlowym na razie uosabiany przez diabelskie koło młyńskie i pustą ażurową wieżę alfabetu z wielką kulą na szczycie, do której prowadzi podświetlana na zielono wstęga. Na tej wstędze zapisano wszystkie trzydzieści i trzy litery alfabetu gruzińskiego. Wszystko nowe, spod igły. Budynki hotelowe chyba jeszcze częściowo w ogóle nieuruchomione, może poza Sheratonem. W wieży Alfabetu ma jeździć winda, a w kuli na szczycie ma być kiedyś restauracja, tak mówią na mieście, ale na razie nic nie ma. Na narożu portu i promenady zupełnie nowa, mająca nie więcej niż dziesięć lat wieża zegarowa z fontannami a już wymieniana we wszystkich przewodnikach. Gdy wybija godzina 19:00 z fontann w czterech rogach wieży leci przez kilkanaście minut czysta czacza, czyli gruzińska, cholernie mocna wódka z winogron. Ostatecznie kultowość miejsca, tradycja, to kwestie umowne. W Tibilisi atrakcją jest krzywa jak ustawione ręką dziecka klocki wieża zegarowa na starówce, nie leci z jej podnóża wódka, ale o równych godzinach pojawiają się kukiełki, bowiem jest reklamą Muzeum Lalek i Zabawek znajdującego się zupełnie niedaleko. Podobny co do zasady status ma Sobór Cminda Sameba, którego złota kopuła razi w oczy w słoneczne dni z dowolnego punktu Tibilisi. Chciałoby się powiedzieć, że gdy chodzi o starożytność, to polski Licheń jest starszy, tylko że Licheń architektonicznie straszy, a Cminda Sameba chyba jednak nie, ma klasę. Kościół zaczęto budować w 1995 i buduje się go do dzisiaj, po kawałku aby do przodu, chociaż oficjalnie został już otwarty w 2004 roku. Jednak nie udaje niczego nowego, ale wpisuje się w tradycję wielu innych gruzińskich katedr, soborów i cerkwi. Wewnątrz chwila na obserwację, czynioną nie po raz pierwszy, że katedry katolików wyraźnie akcentują swoim układem przewodnią rolę kapłana przy ołtarzu, jego dostęp do Tajemnicy, jego funkcję regulująca ruch do i od ołtarza. We wszystkich gruzińskich cerkwiach, opartych na planie kwadratu, wypełnionych ikonami w taki sposób, że trudno nie stać wobec którejś plecami – przewodnia rola hierarchy nie wynika tak jednoznacznie z ergonomii budynku. Nawet gdy trafimy w innej cerkwi na nabożeństwo – ludzie będą rozproszeni, porozstawiani po kątach, twarzą raz do jednej raz do drugiej ikony. Optycznie tych wiernych nie zbiera w całość, w jedność kapłan od frontu (mimo, że faktycznie jest przecież z przodu), ale kopuła nad nimi, to z jej perspektywy, a nie kapłana widać całość, widać wiernych jako jeden lud. I ta perspektywa zarezerwowana jest zdaje się, że tylko dla Przedwiecznego, on tylko przecież ma moc spoglądania na nas, teraz i wtedy przez soczewkę gruzińskiej cerkwi.

 

To nie znaczy, że starych rzeczy nie ma, ale i one są odnawiane i to w sposób pospieszny, chyba dość luźno związany z realiami historycznymi. Katedra Bagrati na wzgórzu nad Kutaisi w przewodnikach z 2012 roku jest jeszcze jako ruina, my widzimy ją pierwszego dnia jako odnowioną całość, chociaż widać, zarówno w środku jak i na zewnątrz, że na razie odtworzono jedynie bryłę, szlachetna i surową, od zachodniej strony złamaną jakąś kwadratową przyporą i częściowo przeszkloną ścianą. Nowoczesność w domu i zagrodzie. Twierdza w Alchatsiche jak widać po zarysach starych murów i budynkach wewnątrz też została odnowiona bez przesadnej troski o wierność historyczną. Na głównym dziedzińcu wielkie schody prowadzące donikąd, ale idealnie nadające się na zdjęcia par i orszaków ślubnych. Na dziedzińcu górnej części twierdzy kawałek ogrodu jakby w stylu włoskim z altaną po środku, także jakby pod uroczystości ślubne. Najwyższa część twierdzy z powiewającą na wieży widokowej flagą Gruzji nawet nie udaje niczego starego, to w pełni nowoczesna dobudówka z betonu , pustaków i kamieni. Uczucie jakby chodziło się wewnątrz jakieś gigantycznej gabloty w muzeum po makiecie twierdzy w skali 1:1.Trochę razi, ale nikomu zbytnio nie przeszkadza. Tuż obok bramy – altana składająca się z metalowych profili i osadzonych na nich niejako w powietrzu – dachu, drzwi i okna. Trochę dziwne bo ścian nie ma, więc na co drzwi – skoro nie ma ścian. Ale to właśnie jest Gruzja baby.