Nasz Tamada

Po całym dniu w upale marzyliśmy tylko o jednym: żeby uwalić się w klimatyzowanym pokoju na piętrze Hotelu „Tourist”. Na drodze zasiadł jednak Zora przy długim stole w poprzek podwórka ocienionego bambusową kępą rosnącą w klombie pośrodku i winem zwieszającym swoje niedojrzałe jeszcze grona ze wszystkich stron. Wyglądało na to, że nie wypada po prostu powiedzieć dobry wieczór i iść spać. Na stole stały plastry świeżo krojonego arbuza i dzbanki z winem o ładnym, intensywnym żółtym kolorze. Na kanapie wokół rodzina Zory – żona i córka oraz spotkani rano Bartek z Kasią. Ci ostatni wyglądali na mocno już zmęczonych, pomimo tego, że Zora po doproszeniu nas do stołu i nalaniu wina poinformował nas, że opuściliśmy tylko trzy toasty, więc z łatwością nadrobimy braki. Dziecku dostał się sok jabłkowy z hotelowej lodówki a nam po stakanie młodego, aromatycznego wina. Domasznyje. Wiadomo, co domasznyje należy pochwalić, bo wiadomo, że od serca, nie ze sklepu. Nie wypada też odmówić, gdy domasznyje, krygując się na skromność. Prawem gospodarza częstować, obowiązkiem gościa kosztować. Pierwszy toast do nadrobienia był za Pana Boga. Skromna znajomość rosyjskiego nie pozwalała pojąć, dlaczego śmiertelnicy piją za Pana Boga, a szczególnie za jego zdrowie. Czyżby Przedwieczny niedomagał ostatnio i potrzebował pomocy? Ale czy w tym toaście nie odnajduje się jakiś rodzaj relacji zwrotnej między Przedwiecznym a Gruzinem, zgoda na to, że świat jest niedokończony, a zatem jest tu miejsce na ludzką pracę i współudział w dziele stworzenia? A zatem za Boga, za nas tu zgromadzonych przy stole, a potem za miłość oczywiście, bo bez niej udałoby się nam nic. Absolutnie nic. Zora poucza, że jeżeli pić toast to do dna, że jeżeli kobieta nie wybije do dna i trzeba jej dolewać to pochowa męża. Szkoda tego wina, gdy się je pije do dna, wlewając jednym haustem do gardła, ale co począć, nikt nikogo nie chce przecież chować. Zora trochę się gniewa, kiedy towarzystwo przy stole się rozgaduje i zagłusza toast, który nie trwa znowu aż tak długo ledwie kilka minut. Zatem na raty, do toastów za zmarłych i toastu za przodków już zrozumiem tragiczne położenie Bartka i Kasi, którzy jadą z Polski od 2 czerwca (jest 23 lub 22 lipca) taksówką Bartka ze Szczecina. Do tej pory udawało im się spać w samochodzie i oszczędzać na noclegach. Trzy dni temu Bartek miał urodziny, o czym dowiedzieli się Turcy, bo byli wówczas po tureckiej stronie granicy (stąd to odległość pół godziny jazdy samochodem).

– Oni nas po prostu zniszczyli tym alkoholem, dojechaliśmy tutaj, postanowiliśmy że trzeba jakoś normalnie zanocować, zostawiliśmy rzeczy i poszliśmy do knajpy i tam jak usłyszeli, że Polska, to zniszczyli nas po raz drugi, wróciliśmy cicho i trafiliśmy tu na tego, o – tu Bartek z mieszaniną bólu i sympatii na twarzy wskazał na Zorę, który siedział uśmiechnięty u szczytu stołu, jakby wiedział, że o nim mowa, ale nie wiedział czy dobrze mówią, czy źle – i wypiliśmy jeszcze czaczę.

- A kiedy jedziecie dalej?

- A pojechalibyśmy i wczoraj, ale nie możemy się od niego wydostać!

Po toaście za przodków Nasz Tamada daje prawo by każdy przy stole, kto jest pełnoletni wzniósł swój toast, nie musi być po rosyjsku, on po polsku też rozumie i nawet przetłumaczy rodzinie, sąsiadowi i kuzynowi, którzy jakimści sposobem znaleźli się już obok nas. Pijemy więc za Rosję i Rosjan, ale nie Putina, któremu życzymy żeby się spotkał na polowaniu z niedźwiedziami, ale żeby tym razem to niedźwiedzie polowały na niego a nie on na nie. O tak, podtrzymuje wywód Tamada nie pozwalając jeszcze wypić, bo przecież co innego Rosjanie a co innego władza. Wprawdzie rozmawiamy po rosyjsku, a w chwili kiedy pijemy za Rosjan, gdzieś dopalają się szczątki samolotu rejsowego Malaysian Airlines MH17, zaś poparcie dla Władimira Putina osiąga wśród pokrzepionych naszym toastem Rosjan 90 procent. Gdy przychodzi kolej na mnie przypominam sobie toast gruziński przechowywany w rodzinnej tradycji dzięki Ojcu, który to toast zgodnie z najlepszymi tradycjami gruzińskiej supry, jest w zasadzie baśnią, opowieścią. A opowieść jest o tym, że w dalekiej krainie żył sobie Kniaź, który miał wielkiej urody córkę, piękną jak sen. I wymyślił, że trzeba mu znaleźć dla córki kawalera, który będzie zarazem czuły i stanowczy, i ogłosił zawody dla kawalerów. W ramach tych zawodów pomiędzy dorodnymi piersiami księżniczki umieszczono piękne, dorodne jabłko, a zadaniem kawalera było w pełnym galopie z konia tak sięgnąć szablą jabłka, aby się ono rozpadło na dwie równe części nie zraniwszy przy tym dorodnych piersi księżniczki. Oczywiście pojawiali się rozliczni kawalerowie, ale na widok tych piersi i tego jabłka rezygnowali w ostatniej chwili z ciosu szablą. Aż zjawił się jak to w bajkach bywa, piękny młodzieniec na czarnym koniu, bez wstępów zamachnął się szablą i ciął bez wahania jabłko. Jabłko rozpadło się na dwie równe połowy i wówczas zebrani ujrzeli jak spomiędzy piersi księżniczki spływa jedna, jedyna kropla krwi, a po jej twarzy płynie jedna, jedyna łza. A my towarzysze wypijmy za władzę radziecką, która na takie świństwa nie pozwala!

Tu zapadło milczenie, które przerwał skonsternowany Tamada:

- Ale słuchaj, to my mamy rzeczywiście pić za tę władzę radziecką czy za cycki księżniczki

Na co zebrani chóralnie podchwycili – Za cycki.

I wypiliśmy.

Nie mów nigdy o tych miejscach Zakaukazie, chyba, że jesteś carem Rosji. Zakaukazie jest Zakaukaziem tylko patrząc od strony Moskwy jako centrum widzialnego świata. Dla Gruzina Zakaukaziem może być na przykład Moskwa. Biorąc pod uwagę, że Gruzja leży między Małym a Wielkim Kaukazem dla Gruzina Zakaukaziem może być w zasadzie cały świat.

Patrząc z oddali, nie doświadczywszy gruzińskiej geopolityki na własnej dupie, można się dziwić jak w małym państwie wielkości jednej piątej Polski może istnieć tyle odrębności. To nie są wymysły Moskwy. Kiedy patrzę na nasza marszrutę marszrutkami po kraju nic się nie składa w całość, np. pętlę czy okrąg. To raczej porwana pajęczyna, po której trzeba się wspinać ku węzłom i od węzłów ruszać w doliny, z których nie ma innego wyjścia jak tylko droga tą samą drogą w przeciwnym kierunku. A każda dolina ma swoje fortece u wejścia, swoje warowne klasztory, swoją świętą górę, często swój mur obronny ze skał i lodowców. Ten teren zachęcał pewnie do tworzenia własnego kosmosu, do zamykania się w kategoriach swojej doliny, swojej krainy, a wiadomo, że dla Gruzina jego rodzinna kraina będzie zawsze najpiękniejsza, najbardziej żyzna i nie ma, co z tym dyskutować. Równocześnie te doliny pozostawały zawsze jakimś Zakaukaziem dla wielkich tego świata. Koszty ujarzmiania były wysokie, efekty nietrwałe, a władza iluzoryczna. To samo, co stało się przyczyną rozpadu państwa Gruzinów epoki złotego wieku, czyli czasów sprzed z górą 800 lat, nie ułatwiało scalania tych ziem kolejnym imperiom, których armie przetaczały się po okolicy. Swanecja właściwie nigdy nie została wchłonięta przez żadną administracje okupacyjną. Dwudziestotysięczny naród trwał przez setki lat w dolinach odległych od Tbilisi w linii prostej o nie więcej niż 200 kilometrów jak na odrębnym kontynencie.

Stanęliśmy przy jednej z głównych ulic Tibilisi z planem w ręce jako widomym znakiem, że możemy potrzebować asysty kogoś miejscowego. Zatrzymał się stary Gruzin, zapytał czy pomóc. Powiedziałem, że szukam Muzeum Narodu Gruzińskiego. Ten wskazał na budynek po drugiej stronie ulicy:

- A o, jest, popatrz jaka wystawa, o siedemdziesiąt lat sowieckiej okupacji. Jaka tam okupacja była, sami Rosję zaprosili wcześniej, 200 lat z Rosją żyli, bawili się, pili wino, balowali, śpiewali, a teraz wygadują, że okupacja. Okupacja to była tam gdzie byli Anglicy, koloniści, a tak teraz my siedzimy o, potąd w gównie, w dupie Ameryki! – i sobie poszedł, udzieliwszy nam skrótowej lekcji dziejów zależności Gruzji od imperium carskiego, a potem sowieckiego.

 

I o czym tu mówić, gdy sama Gruzja pełna jest odrębnych planet i księżyców, a obok podobnie stary naród z własnym alfabetem – Ormianie i młodszy od tych dwóch pierwszych dawny Chanat Azerbejdżanu, który więcej ma wspólnego z Iranem, Turcją niż Armenią czy Gruzją. Blisko siebie i coraz dalej. Jakaś forma jedności, szwajcarskiego consensu, wydaje się geopolitycznie koniecznością dziejową, ale taka próba zaistniała tylko przez chwilę i natychmiast się rozpadła.Zakaukaska Demokratyczna Republika Federacyjna powstała w końcu lutego 1918 roku i przestała istnieć 26 maja tego samego roku na skutek ogłoszenia niepodległości przez Azerbejdżan, Armenię i Gruzję. A wiadomo, że władza radziecka na takie świństwa nie pozwala. Władza radziecka wyłuskała odrębne republiki z dumą ogłaszające swojską wersję niepodległości, słabe, niezdolne do postawienia poważniejszego oporu. Wciśnięci między imperia i kulturowe żywioły między świat islamski i chrześcijański, między imperia bliskowschodnie a Rosję – można się dziwić, że przetrwali i to bez wielkich powstań, krwawych hekatomb na miarę Powstania Warszawskiego, chociaż Muzeum Narodu Gruzińskiego w Tibilisi przekaże Ci inną wersję zdarzeń w ramach wystawy „Sowiecka Okupacja”. Odwieczne ciążenie Gruzji w kierunku świata zachodnich demokracji, przekreślone przez Sowiety. Tuż przed wejściem do Sali ekspozycyjnej postrzelany wagon symbolizujący egzekucję uczestników antybolszewickiego powstania z 1924 roku. Czy to oryginał, czy naprawdę gruzińska Czeka przestrzelała ten wagon z ludźmi w środku? Strach dotykać. Z drugiej strony jego zmyślna forma wmontowana w ścianę działową każe sądzić, że to tylko zręczna imitacja. W centrum ekspozycji poczesne miejsca zajmują różne typy zwalistych drzwi cel więziennych, co ma obrazowo przekonać w sposób nie budzący wątpliwości, że lata 1920-1990 to były lata represji. To wygląda na świadomą politykę państwa obliczoną na reinterpretację dziejów i podległości wobec Rosji, w tym Rosji Sowieckiej. Podobno nadal zdarza się w czasie supry, gruzińskiej wieczerzy, że pije się oficjalny toast za zdrowie Józefa Stalina, jako największego wodza wszechczasów i zarazem Gruzina, a w Gori nadal straszy jego muzeum.

A skoro o jeździe do Gori mowa – wiele wskazuje na to, że z Gruzinami nie ma targów. Podana cena jest uczciwa, skalkulowana i odpowiedzialna. Kilka razy próbowaliśmy wypróbować doświadczenia krajów latynoskich, gdzie za samą gotowość do negocjacji otrzymuje się bonus kilku procent w dół, a za użycie języka hiszpańskiego nawet do trzydziestu i więcej procent. Oczywiście tam gdzie struktura państwa ma się lepiej, gdzie pojawia się kasa fiskalna, urząd skarbowy oraz prawo a szczególnie możliwości jego egzekucji znika umowa ustna na rzecz vouchera, biletu, paragonu. Wygląda na to, że w Gruzji jeszcze nie ma przemysłu turystycznego, jaki znam z Peru, Boliwii, Argentyny, tych dziesiątków małych agencji turystycznych w każdej miejscowości gdzie jest coś do pokazania, wokół każdej steli, ruiny, wodospadu. Ale są Gruzini i oni są gotowi. Chcieliśmy jechać do Gori marszrutką z Didube, ale tam po wyjściu z przejścia podziemnego pełnego stoisk z plastikowymi zabawkami z Chin i wypowiedzenia nazwy miejscowości na głos, pojawił się Dmytro i zaproponował 70 lari za kurs do Gori i skalnego miasta Upliscyche. Powiedziałem :

- A może za 50?

Spojrzał na mnie spod byka, chociaż nosił odblaskowe, przeciwsłoneczne okulary i chociaż nie widziałem przez to jego oczu, widać było, że go obraziłem:

- Marszrutka w obie strony – tutaj popatrzył na dziewczyny – 36 lari a do Upliscyche i tak będziecie musieli wynająć miejscową taksówkę, bo marszrutka tam nie jedzie, a ja jadę z wami, podwożę was, czekam na was i odwożę, mało?

- A jak byśmy zapłacili powiedzmy 60

- Mówiłem ci już, zapłacisz 56 za taksówkę i marszrutkę, a ja mam mercedesa, klimatyzacja, wygodny… – (Dobrze, że nie domasznyj, pomyślałem, chociaż wspominając pobocze drogi z lotniska do Kutiasi zapełnionej stertami wraków pod warsztatami samochodowymi, można pewnie o niejednym gruzińskim egzemplarzu mercedesa powiedzieć, że domasznyj). Żar leje się z nieba, wokół trwa ruch targowo-parkingowy, czas leci.

- Dobra, 65 – mówię – i jedziemy

- Popatrz co ty robisz, ja ci mówię 70 i mówię ci że zapłacisz 50, 60 i tak i tak, to co chcesz, żebym myślał, że pogadałem sobie z Tobą i spędziłem cały dzień za 5 lari?!

Kapituluję i szukamy wzrokiem tego mercedesa. Stanęło całkowicie na jego, ale Dmytro nie będzie się odzywał całą drogę. Musiałem go urazić tymi targowymi obyczajami.

Trudno mieć żal do Gori, że owinęło się wokół Muzeum Józefa Wissarionowicza Stalina i próbuje być dumne. Staram się to zrozumieć, chociaż trudno jest potraktować to miejsce z etnologiczną neutralnością. Na skwerze przed muzeum pomnik Dżugaszwili, nader skromny, w skromnym mundurze. Za nim pod zadaszeniem spiętym czerwonymi gwiazdami podpartym na czworokątnych kolumnach dom, w którym przyszedł na świat wódz rewolucji. Samo Muzeum jakby stanęło w czasie kilkadziesiąt lat temu wraz z paniami z administracji, kasy i biura w korytarzu na wprost kasy, do którego się udamy po skrzypiących, wypaczonych parkietowych klepkach sądząc mylnie, że tam zaczyna się ekspozycja. W sklepiku z pamiątkami – koszulki ze Stalinem, wino „Stalin”, czerwone, oczywiście, długopisy, fajki, otwieracze do butelek, zapałki, zapalniczki i – at last but not the least – kubek izotermiczny ze Stalinem, gdybyś drogi turysto wybierał się w okolice, gdzie mróz trzaska.

Wystawę, relikwie domu narodzin, i kolejowa salonkę, którą Stalin podróżował do Teheranu ma równoważyć pokój przesłuchań urządzony pod schodami. To niby podskórna cześć tej opowieści o nieudanym poecie, językoznawcy i kacie własnego oraz ościennych narodów. Dla niezorientowanego turysty ten pokój jednak nic nie znaczy, jakieś przypadkowe pomieszczenie, w którym jakieś ofiary błędów być może były przesłuchiwane. Poza tym ten pokój pozostaje w próżni, zupełnie bez związku z wystawą główną, która sławi Dżugaszwilego geniusz, rewolucyjny zapał i ukazuje poprzez prezenty – jego rolę jako Słońca Narodów. Nie ma tam śladu po dziadku Franciszku, zabranym prosto z komendy policji w Łapach wiosną 1940 roku o czym babcia Sabina dowiedziała się od Żyda, który pochwycił i przeniósł gryps od dziadka. Tutaj ślad się urywa. Zostają jeszcze zachowane wśród innych listów kartki od człowieka powołującego się na znajomość z dziadkiem, wysyłającego szkice grobu, mamiącego, że wskaże miejsce pochowania dziadka Franciszka, a kończącego zawsze tym samym – prośbą o pieniądze, bo wrócił z Sybiru, mieszka w odzyskanym Wałbrzychu i nie ma do kogo się zwrócić.

 

Jakoś trudno sobie wyobrazić zamianę Muzeum Stalina na Muzeum Ofiar Stalinizmu. Trudno też mieć żal do Gori, że owinęło się wokół tego Muzeum, skoro to jedyna atrakcja miasteczka, w którym poza tym starszą tylko postsowieckie bloki z wielkiej płyty. Tylko czy można sobie wyobrazić, żeby takie muzeum powstało powiedzmy w Austrii . I nosiło imię Adolfa Hitlera.

I tutaj ciśnie się słów kilka z piosenki Kelusa Jana Krzystofa:

Zapal Willy Biełomora 
mam ich cały karton 
może zechcesz to pokazać 
kolegom lewakom? 

Ty Heinz też nic nie rozumiesz 
na paczkę się patrzysz 
w końcu mówisz: – „bardzo tanie, 
tylko zwei und zwanzig” 

Tak, Heinz, Kanał Białomorski 
- nie ma co się łudzić - 
tam zginęło tak najmarniej 
pół miliona ludzi 

Powiedz Willy – jako Niemiec 
chyba byś się zrzygał 
płacąc za Auschwitze z filtrem 
markę i feninga 

(Jan Krzysztof Kelus, „Papieros BIełomorkanal”)