Zdecydowanie za dużo szumu w tym roku wokół tej rocznicy. To mnie zniechęca do zabierania głosu, do włączania się w ten szum. I to nie dlatego, że Powstanie jest mi obce, wręcz przeciwnie. Urodziłem się w Warszawie i obecność Powstania była naturalnym, chociaż w czasach mojego dzieciństwa nieoficjalnym, podskórnym nurtem świadomości zbiorowej, ducha miejsca. Dzisiejszy Kopiec Powstania na Czerniakowie w moich szczenięcych latach nazywaliśmy po prostu „Zwałką” i był to substytut gór, Tatr, może nawet Himalajów. Nie wiedzieliśmy nic o pochodzeniu „Zwałki”. Góra na horyzoncie jaka wyłaniała się z rogu ulicy Gagarina i Czerniakowskiej to była „Zwałka” i tyle. Oczywiście w zaroślach na jej zboczach bawiliśmy się w wojnę, uczyliśmy się rzucać kamieniami jak granatami, a który dalej dorzucił ten był Gustlik albo Janek Kos z „Czterech Pancernych” czy „Antek” z komiksowych „Czwartaków” AL. Kiedy miałem sześć lat miałem wypadek rowerowy na ścieżce rowerowej zaraz za torem łyżwiarskim „Stegny”, nie wiem czy ta ścieżka jeszcze jest. Jechałem za szybko, zbyt kawaleryjsko i wylądowałem twarzą na krawężniku, a resztą ciała hamowałem przez spory kawałek asfaltu. Cały byłem we krwi, Matka była w panice, ja w panice bo nic przez tę krew nie widziałem na do tego krew lała mi się krew z ust. Po naszej stronie drogi nie było wtedy jeszcze żadnych domów, były bloki, ale po drugiej stronie dwupasmowej jezdni i tam mnie Matka zaniosła, ryczącego jak zarzynane zwierzę, zadzwoniła do pierwszych drzwi, a tam było jakieś starsze małżeństwo. Po umyciu mnie z tego czerwonego okazało się że poza istotnie paskudnie rozjechanymi ustami i połamanymi zębami – reszta jest w jednym kawałku, krwawym bo krwawym ale w jednym a charakter ran, umówmy się jednak – bardzo powierzchowny. I wtedy starszy człowiek widząc, że ciągle jakoś dygoczę, zaczął opowiadać o sobie i swoich kolegach z podwórka w czasie Powstania Warszawskiego, że byli tacy, co bywali ranni i też ich bolało, i też płakali a nie było bandaży, nie było plastrów ani wody utlenionej. Nie było w tej opowieści nic z wynoszenia się, nic z dydaktyki, raczej zrozumienie, empatia, przenikanie światów, jakie czasem zdarza się między starymi ludźmi i dziećmi. Ich też bolało, też bywało, że płakali. No jasne i już byli obok mnie, a mnie było już jakoś głupio płakać, łkać, dygotać. Nie wypadało. I tak zostało. Oni zostali. Pamięć o Powstaniu stała się dla mnie bliska, cielesna, bardzo osobista, organiczna, oni byli gdzieś tam w środku mnie, bywało że ich bolało i że płakali.

Tym bardziej coraz trudniej mi akceptować coraz większą zewnętrzność, komiksowość kolejnych obchodów Powstania Warszawskiego. W tym także nieuniknione upraszczanie przekazu, wtłaczanie go w propagandowe sztance w których nie mieszczą się pytania o zupełnie elementarne oceny wydarzeń sprzed 70 lat. W całej tej tromtadracji patriotyczno-empatycznej, dyskusjach czy trzeba było się bić czy też nie, znika zupełnie podstawowy fakt oceny zamiarów, realizacji zamiarów i skutków tej realizacji. Wydarzenia takie jak bitwa, starcie, konflikt zwykło się oceniać po tym, czy jednej lub drugiej stronie udało się osiągnąć zamierzone cele, jakimi metodami to osiągnięto. Niekoniecznie zresztą wysoko ocenia się li-tylko wygrane bitwy i kampanie. Ostatecznie kampanię Napoleona w roku 1814, mimo, że ostatecznie przez niego przegraną, historycy oceniają, jako jedno z największych dokonań jego militarnego geniuszu. I nie ma w tym żadnej sprzeczności, rozegrał wszystkie karty jakie miał w ręku. I wydaje mi się, że zupełnie umyka powszechnej uwadze prosty, smutny fakt, że jak zawsze w Polsce, dzielnych mieliśmy chłopców w pierwszej linii i jak zwykle żadnego głębszego pomysłu, świeżej, ożywczej myśli w naczelnym dowództwie – tak politycznym jak i wojskowym. A nawet te skromne zaczątki myśli przewodniej natychmiast dezorganizowano. Tak po krótce kilka faktów, które umykają na fali powszechny wzruszeń i wzmożenia moralnego. Decyzja o wybuchu Powstania przerzucana z Londynu do Kraju i z powrotem, ostatecznie podjęta w kraju przy niejasnej asystenturze Rządu w Londynie, przy czym – co wiadomo, Londyn uważał, że w Kraju nie rozumieją uwarunkowań sojuszniczych a z kolej Kraj uważał, że Londyn kompletnie nie czuje atmosfery i sytuacji na miejscu. Naczelny Wódz, który w przeddzień ważnych decyzji i wizyty premiera u Stalina jedzie na inspekcję do Włoch i pozbawia się tym samym wpływu (ale i odpowiedzialności) za to, co się stanie. Nie było tam Napoleona, ludzie może i prawi i uczciwi, ale wiele wskazuje, że formatu, który nie dostawał do wyzwań przed jakimi stała Polska w tragicznym roku 1944. To żaden pod ich adresem zarzut. Potrzeba było geniusza a trudno robić komuś zarzut z tego że geniuszem nie jest, nie był i nigdy nawet nie aspirował w tym kierunku.

Przygotowywane plany Powstania w Warszawie jak wiele na to wskazuje to dzieło raptem kilku końcowych dni lipca, bo jeszcze na początku lipca ze składów w Warszawie broń wysyłano na wschód, gdzie przede wszystkim miała dziać się Akcja „Burza”. Wiele wskazuje na to, że decyzję podjęto po 21lipca, czyli po ukonstytuowaniu się PKWN w Moskwie, nazywanego mylnie „Rządem Lubelskim”. Przyjęto jednak, że dla pełnej mobilizacji sił Okręgu Warszawskiego potrzeba 36 godzin od wydania rozkazu. Wskutek wydania rozkazu wyznaczającego Godzinę „W” na 11 godzin przed planowanym uderzeniem, odliczając godzinę policyjną, niektóre zgrupowania miały mniej niż 6 godzin na zebranie się w miejscach zbiórek, pobranie broni i koncentrację. Sama decyzja by godzinę ataku wyznaczyć w biały dzień – a nie jak planowano by była to godzina nocna – wydaje się karygodnym błędem wykonawczym. Ruch miejski mógł przykryć właśnie koncentrację i przemieszczanie się ludzi, ale pośpiech i bałagan spowodował, że Niemcy wykryli wiele zgrupowań, miejsc zbiórek i magazynów broni tuż przed Godziną „W” stawiając na nogi garnizon ale też insurgenci występowali w niepełnych stanach osobowych, często bez broni nie tylko dlatego, że jej po prostu było małe,ale także dlatego, że nawet te niewielkie ilości, które były do dyspozycji podziemnego wojska nie były na czas rozdzielone, wpadały w ręce Niemców lub kontakt z magazynierami nie został nawiązany. Na przykład w marcu 1947 wykryto w czasie prac ziemnych magazyn broni przy ul. Leszno 18 w którym znaleziono 678 pistoletów maszynowych i 60.000 sztuk amunicji, ilość w czasach Powstania wręcz niewyobrażalną. Cała broń przeleżała w schowku bo magazynier tuż przed Powstaniem w obawie przed wsypą zerwał wszelkie kontakty i się ukrył. W dniu wybuchu Powstania KG AK w wyniku wpadki została całkowicie pozbawiona wpływu na przebieg Powstania w pierwszych jego decydujących godzinach w Fabryce Klammera na Woli. Stąd zapewne doszło do niekontrolowanego odpływu zgrupowań z Okęcia, Ochoty, Woli, Żoliborza, Mokotowa, braku koordynacji z działaniami np. zgrupowania Szymona z Kampinosu, który w tym samym czasie uderzał w drugą stronę w stronę Żoliborza przez Młociny. Część ze zgrupowań potem wracała – ale efekt zaskoczenia minął. Fatalna była późniejsza organizacja dowodzenia Powstaniem przez pisemne meldunki i rozkazy przenoszone kanałami, gdy przecież były na wyposażeniu dowództwa radiostacje – ale nie zostały dostarczone na czas ze składnic pod Warszawą z powodu zbyt krótkiego czasu jaki dano na koncentrację. I wreszcie to, co się rzuca w oczy a jest tak oczywiste, że jakby niedostrzegane w tej komiksowej narracji, jaka nam się wytworzyła – Powstanie utrzymywało się na osobnych, nie współdziałających ze sobą wyspach-dzielnicach. Niemcy znakomicie realizowali swój plan, jaki powzięli po wybuchu Powstania – przebili arterie komunikacyjne umożliwiające im tranzyt wojskowy przez miasto, odblokowali dzielnicę policyjną, a następnie krok po kroku, dzielnica po dzielnicy dławili opór. Najpierw Stare Miasto przez, które względnie łatwo można by było połączyć się z Żoliborzem a poprzez Żoliborz z dobrze uzbrojonymi partyzantami z Kampinosu. Po upadku Starówki – przyszła kolej na odepchnięcie Powstania od Wisły akurat w czasie, gdy nad Wisłę realnie wyszła Armia Czerwona – osobno zgnieciono Powiśle i Czerniaków. Potem przyszła pora na Mokotów i Żoliborz. A wszystko działo się tak, jakby dzielnice były osobnymi planetami. Niemcy skupieni na utrzymaniu skomplikowanej sieci punktów oporu do dławienia poszczególnych dzielnic nie mogli przeznaczyć więcej niż 5 do 10 tysięcy żołnierzy do aktywnych działań. I nie musieli, bowiem brakowało przeciwdziałania. Dzielnice gasły przy niemal zupełnej bierności pozostałych dzielnic. To wszystko jakoś ginie w opowieści złożonej z rozproszonych, przygodnych epizodów, opisów faktów wymieszanych z emocjami, ocenami, czasami ocenami, w których nie wiadomo czy chodzi o ocenę tamtych zdarzeń czy dzisiejszej sceny politycznej. Przeczesując jak co roku Internet trafiłem bowiem na recenzję jednej ze współczesnych książek o Powstaniu, w której konkluzja sprowadzała się do tego, że w wynikiem klęski Powstania i śmierci wielu patriotów, jest dzisiejsza siła „Gazety Wyborczej” i stojącego za nią koncernu wydawniczego. Jasne, gdyby nie Powstanie – „Gazeta Wyborcza” by nie powstała, rządziłby dzisiaj „Nasz Dziennik” i „Gazeta Polska”. Genialny kontekst i światłe objaśnienie ostatecznego sensu ofiary 200 tysięcy ludzi i 63 dni walki Armii Krajowej w Warszawie.

O Powstaniu jako o bitwie pisał, wspominany na tym blogu wielokrotnie Adam Borkiewicz w pierwszej, rzetelnej i do dzisiaj chyba jednej z lepszych monografii Powstania, sam zresztą żołnierz Powstania, bliski współpracownik ostatniego komendanta KG AK, który osobiście go zobowiązał do przeprowadzenia badań historycznych nad Polskim Ruchem Oporu. Jego „Powstanie Warszawskie” wydane w roku 1957 na fali gomułkowskiej odwilży pozostaje jednym z mniej znanych, ale fundamentalnych opracowań dziejów Powstania, jeszcze nie wpadających w epizodyczny, akcydentalny sposób opowiadania tej historii. Na fali kolejnych emocjonalnych książek pisanych przez dziennikarzy i publicystów, warto zajrzeć do tej pracy, która wydaje się nad wyraz zdystansowaną, klarowną syntezą Powstania jako przedsięwzięcia wojennego (którym przecież było i jako takie powinno być oceniane). Przy zachowaniu proporcji jest pomnikiem żołnierzy Powstania ale nie skąpi też gorzkich ocen dowództwu, nie ze względu na samą wydaną decyzję wybuchu Powstania ale sposób jej realizacji. To książka bardziej niż inne warta wznowienia i śmiem twierdzić że bardziej wartościowa niż hagiograficzne „Powstanie ’44” Normana Daviesa, który tym się wsławił, że napisał opasłą historyczną książkę bez znajomości książek Kirchmayera i Borkiewicza ale także bez wniesienia czegokolwiek nowego gdy chodzi chociażby o dokumenty brytyjskie dotyczące Powstania Warszawskiego. A to już jak na autora brytyjskiego spora sztuka.

Konkluzja jest niestety taka, że podobnie jak we wrześniu 1939, tak w sierpniu1944 Polska nie miała ani Mansteina, ani Napoleona, ani nikogo wielkiego pokroju i światłego umysłu tak w dziedzinie wojskowości jak i polityki. Miała dzielnych obywateli, odważnych dowódców liniowych i przeciętnych a w wielu przypadkach miernych dowódców wyższego szczebla, którzy nie potrafili mając takie karty w ręku, jakie mieli – wymyślić niczego skutecznego. Tymczasem jak miał powiedzieć Napoleon – lepsza jest armia baranów, dowodzona przez lwa niż stado lwów dowodzone przez barana.

Chociażby to powinno być asumptem do wyciszenia chwackości obchodów kolejnych rocznic, prawicowej retoryki umiłowania rzezi za wszelką cenę i z drugiej strony katońskiej pasji drugiej strony, żądającej symbolicznego sądu nad decydentami Powstania za sam rozkaz walki. Powstanie było wydarzeniem wyjątkowej rangi w dziejach II Wojny Światowej i w dziejach Polski. Tak oczywiście i owszem ale w wymiarze emocjonalnym, społecznym, martyrologicznym wreszcie, tożsamościowym. Jest unikatowym i ewidentnie łączy się z czymś żywym i istotnym w zbiorowej świadomości Polaków. Gdyby tak nie było spory wokół niego, wzruszenia, oburzenia wygasałyby a wydają się nie milknąć. Ta energia ciągle jest żywa, surowa, jakby nieprzepracowana zbiorowa trauma i resentyment. Jednak nie zdejmuje to w żadnym stopniu obowiązku podejmowania wysiłku intelektualnego oceny tego zdarzenia w kategoriach racjonalnych, faktograficznych, historycznych. Mam zaś wrażenie, że na tej drodze wszyscy – i apologeci i rewizjoniści PW44 – wykonujemy krok do tyłu, rok po roku, w stronę dalszej infantylizacji, tabloidyzacji tego ważnego sporu o polską historię i w gruncie rzeczy – polską duszę, o ile coś takiego jak zbiorowa dusza istnieje. Przywołując jeszcze raz trzeźwą pracę Adama Borkiewicza – to ciekawe, że bliżej było do trzeźwego osądu w czasach niesprzyjających i bliższych Powstaniu niż 70 lat po wydarzeniu. I nie przekonują mnie słowa,że ciemnemu ludowi wystarczą te zbiorowe, komiksowe uniesienia i że dobrze, że lud wierzy w taki komiks a nie inny. Tak jakby po latach propagandy komunistycznej, trzeba było się zdobyć na równie przerysowaną, równie kłamliwą propagandę tyle że z wektorem skierowanym w przeciwnym kierunku. A ja jakoś nie mam ochoty by propagandę jednego typu zastępowano propagandą innego typu. Wolałbym ograniczenie wpływów propagandy jakiejkolwiek, chociażby poprzez jej mozolną demaskację. Owszem, życie społeczne oparte jest o sądy obiegowe a te zawsze są jakimś mniejszym, lub większym uproszczeniem dyskursu głębokiego, który się toczy gdzieś obok, są kalką ale nie muszą być propagandą. Jestem przekonany, że na potrzeby zbiorowości można wytworzyć odpowiednią ilość pojęć i połączeń między nimi, żeby ów uproszczony sąd powszechny był możliwie bliski skomplikowanej prawdy a nie był propagandowym kłamstewkiem, chociażby i białym, polegającym an rozmontowaniu na poszczególne bohaterskie epizody nieudanego powstania,przegranej, bo źle dowodzonej bitwy. Ale abdykując od poważnej rozmowy na ten temat, wyraża się zgodę na to by owe sądy obiegowe kształtujące wyobraźnię większości, która nie ma zamiłowania do historycznych sporów i analiz, dryfowały z dala od prawdy (a ta nie jest prosta, łatwa, komiksowa). A to chyba nie wszystko jedno czy będziemy zbiorowością dryfującą czy żeglującą. Przynajmniej dla mnie.