Zaczęło się od tego, że Glen Hansard założył zespół The Frames, u początku lat 90-tych XX wieku Alan Parker zaprosił go do realizacji ekranizacji powieści Roddy’ego Doyla „The Commitments”, kto czytał, kto widział, ten wie o co chodzi i może nawet ceni. Sam Hansard mówił po koncercie trzy lata temu, pod bramą PR Wrocław, że nie zarobił na „The Commitments” za wiele a zarazem granie w filmie sławy wielkiej mu nie przyniosło a wyrwało go na rok z okładem z grania z The Frames. Uważał, że w tym czasie pociąg do wielkiej kariery odjechał i na The Frames nie zaczekał. Czy tak było w istocie? No cóż Michael Praed, aktor który zagrał w kultowym serialu o Robin Hoodzie z muzyką Clannadu tuż przed trzecią serią zdecydował się zagrać na Broadwayu w „Trzech Muszkieterach”, więc jego rolę, nowego Robin Hooda musiał zagrac młody Connery, dość zresztą mydłkowaty i bezbarwny a do tego blondyn (a fu!). Dzisiaj tamten Robin Hood ma status kultowego serialu a po Michaelu Pread i jego musicalu na Broadwayu nie ma śladu. Więc nie wiadomo jakby to było z Glenem Hansardem. Glen po „The Commitments” wrócił do grania z The Frames, zaczął grać na ulicach solowo – czyli trochę tak jak w ostatniej scenie „The Commitments”. Mijały lata i ktoś wpadł na pomysł, że może by nakręcić niskobudżetowy film, który trochę by podkręcił sprzedaż biletów na koncerty The Frames a przy okazji można by było sprzedawać płyty DVD z filmem przy koncertach. I tak pojawił się pomysł na film „Once” w którym zagrała córka znajomych Hansarda – Marketa Irglova. Oboje nie byli wtedy parą. W scenie w której Hansard pyta się bohaterkę czy kocha swojego męża i pyta się jakby to było po czesku, Irglova odpowiada na pytanie po czesku „Milujem Tebe”, na co Hansard robi zdziwioną minę. Tej odpowiedzi istotnie nie było w scenopisie, to było prawdziwe, pierwsze wyznanie uczuć. Film odniósł sukces, piosenka „Falling Slowly” z soundtracka filmu dostała Oscara, oboje kochankowie (jak to brzmi!) powołali zespół Swell Season, czyli dawne The Frames z dodatkiem Irglovej. Zresztą w filmie grali znajomi i krewni Hansarda w tym jego rodzice. Bo to był bardzo niskobudżetowy film. Sukces sukces sukces, ale nie jako Hansard, nie jako The Frames, nie jako The Commitments. Ciekawe, odnosimy sukcesy nie w tym co nas bierze, nie tak jak sobie wymyślimy. Dobrze, że w ogóle udaje się je czasem odnosić.

I oto dwa koncerty pod rząd we Wrocławiu. Ten sprzed 3 lat w Studio Radia Wrocław:

http://jurodiwy-pietruch.blog.pl/2010/10/25/hansard-irglova-i-swell-season-we-wroclawiu/

A teraz, po dłuższej przerwie, kilka dni temu, znowu Wrocław, tym razem Synagoga pod Bocianem, znowu zimna jesień i ciepłe wnętrze. Tym razem bez Irglovej, nie jako Swell Season jak Glen Hansard i The Frames.  Glen nadal w świetnej formie, od szeptu do czadu, zespół wygląda jakby się nadal świetnie bawił graniem i przebywaniem ze sobą. Ale zanim The Frames – zagrał Paddy Casey, tylko z gitarą i swoim głosem oraz chyba z jakimś padem, na scenie, pod nogą, który dodawał rytm centrali od czasu do czasu. Pełen szacunek. Mieć sześć kawałków, pół godziny i doprowadzić do tego, żeby ludzie w szóstym kawałku z Tobą zaśpiewali – sztuka i charyzma. Godna Hansarda. Naprawdę. No a potem The Frames. Witani jak starzy znajomi (a to przecież nieprawda!). Zaczęło się od przebojowego ”Falling Slowly”, no jakże by inaczej, ale chyba po to żeby mieć z głowy granie hiciorów z czasów Swell Season. No niestety. Nie zabrzmiało to jakoś wstrząsająco. To chyba kiepski kawałek na otwarcie. Za nastrojowy, łagodny. Dużo lepiej sprawdziło się zaraz potem „When Your Mind is Made Up”:



Ale potem im bliżej nowych, starych i wymieszanych kawałków – tym bardziej robiło się gorąco a zespół się rozkręcał. To było The Frames ale jakby z turbodoładowaniem z The Commitments – trzy świetne trąby po prawej i wysublimowaniem The Swell Season – cztery smyczki po lewej. Wszyscy członkowie The Frames mieli mikrofony własne (nawet garkowy!) i śpiewali razem, bo się im tak podobało, każdy członek sekcji dętej miał swoje solowe kawałki, atmosfera jakoś pomiędzy knajpą, koncertem klubowym. Bez dystansu, bez zadęcia. Zrobiło się folkowo-rockowo-irlandzko-soulowo. Ale największy power zrobił sam Hansard gdy wykonał na swojej starej Takamine z „Once”, tej z dziura w pudle rezonansowym (The hardest working guitar in the world) „Astral Weeks Vana Morrsiona połączony ze „Smile” Pearl Jamu, no posłuchajcie jak to było:






Struny oczywiście zostały zerwane. I czy może dziwić że ta Takamina ma dziurę w pudle? Ten występ wyrwał ludzi z siedzeń, bili brawo na stojąco i już nie usiedli do końca. A do końca było daleko. Nawet nie wiem co po czym szło, poczekajcie, spojrzę sobie na set listę które zabrałem z konsoli akustyka… O czym chciałem? Że okazało się że Rob Bochnik, który gra z Hansardem od lat jest… Polakiem, ma rodziców w Chicago. Nikt o tym nie wiedział, ale się dowiedział a co było dalej niech ta historia wam opowie:



Jednak Polacy potrafią śpiewać!  To było zaskoczenie.
Znakomicie brzmiały stare kawałki „The Frames” jak „Fitzcaraldo”, „The Gift” nieźle brzmiały covery a wszystko zupełnie nieporównywalnie ze studyjnymi dokonaniami ostatnich lat. The Frames z Hansardem powinno nagrac czym prędzej płyte live. To jest ich żywioł a nie studyjne wypieszczone, gładkie, papuśne balladki. A mówię to po odsłuchaniu niedstepnej w Polsce, ale dostepnej na koncercie płyty „Rythm and Repose”. Nieprównywalne.

Najbardziej chyba jednak uderzający był bliski kontakt i brak oszczędzania się przez muzyków. Nikt nie miał wątpliwości że dają z siebie wszystko a nawet trochę więcej. A facet który dostał Oscara na koniec grał i śpiewał balladę Leonarda Cohena „Passing Through”, łaził z całym zespołem po sali a potem stanął przy wyjściu z sali i razem z całym zespołem, obsługą skręcającą już kable i publicznością – śpiewał „The Auld Triangle”:


Zaczęli o 20tej, skończyli przed północą. I nie chciało się wychodzić. A wszystko proste. Żadnych spektakli, zwykła muzyka i ludzie. I nie szło tego rozerwać. I powiem rzecz okrutną – dobrze, że Glen Hansard nie gra już z Marketą Irglovą. Gdy się było na koncercie trzy lata temu i teraz – czuć i znać było znaczącą różnicę. Żadnego plumkania i grzania się w ciepełku. Glen rządzi. Pora na płytę live, oczywiście najlepiej nagraną w Polsce, we Wrocławiu!