150 rocznica Powstania Styczniowego minęła już spory kawałek czasu temu i przycichła. Usiłowałem odrobić dobrze tę lekcję, poprzypominać sobie to i owo. Wróciłem do prac Kieniewicza, do jakichś opracowań zbiorowych, skorzystałem na tym, że ukazały się jakieś tematyczne popularno-historyczne wydawnictwa. Wśród nich wybiło się jedno, wydane w renomowanej, chociaż często nierównej, serii wydawnictwa „Bellona” – „Bitwy historyczne”. Książka autorstwa Wojciecha Kalwata nosi mało zachęcający tytuł „Kampania Langiewicza 1863” ale tak to jest z tą serią, tytuły są pod prawo serii i niewiele mówią o tym, jak różną zawartość oferują. Wojciech Kalwat nie zaniedbując szerszej panoramy, „większego obrazka” jakby powiedzieli anglosasi, pozwala wczuć się – na ile jest to możliwe w czasie lektury w ciepłych papuciach 150 lat po opisywanych faktach – w atmosferę tamtego przedwiośnia, pełnego nadziei i szybko następującej po tym beznadziei. Pozwala też zrozumieć to, co niknie przy oglądaniu PS1863 przy szerszym ustawieniu obiektywu. Mnie na przykład zawsze zastanawiał fenomen rozpadu powstańczych zgrupowań nawet po zwycięskich bitwach i śmiałych ruchach. Jak to było możliwe, myślałem, że wygrywając dwie bitwy pod rząd – pod Chrobrzem i Grochowiskami, Langiewicz opuścił swoje wojsko a oddział rozpuścił? Kto nie chodził zimą po podmokłych lasach, drożach i bezdrożach pewnie tego nie zrozumie. Otóż ludzie Langiewicza takie marsze – nie mając w nich większej wprawy, często nie mając jedzenia, odzieży, butów oraz w większości nie posiadając broni palnej – uprawiali przez dwa przedwiosenne miesiące – od stycznia do marca. Wymykali się pogoniom, ale w zasadzie pogoń była cały czas za nimi lub obok nich a ponadto od momentu rozbicie obozu pod Goszczą – Langiewicz uwikłał się w swary i spory polityczne nad którymi nie mógł panować, związane z dyktaturą i zależnością od rządu cywilnego. Wszedł niechcący także w spór ze zwolennikami Ludwika Mierosławskiego, poprzedniego dyktatora, co osłabiało spoistość jego oddziału. Tak więc niedożywieni, ścigani przez silniejszych, lepiej uzbrojonych i wyćwiczonych żołnierzy rosyjskich (nie raz zresztą pod dowództwem Polaków, ceniących wyżej służbę w carskiej armii) żołnierze Langiewicza pozbawieni byli jako oddział także spoistości, którą można by nazwać moralną, od morale wojennego, nie moralnego prowadzenia się. Typowa wydaje się być dynamika i sekwencja zdarzeń, którą przerobił Langiewicz u początków Powstania, która potem zdawała się powtarzać jak błędne koło. Oddział liczący kilkuset żołnierzy poruszał się względnie sprawnie, szybko, można by rzec ze staropolska – komunikiemi przez to bywał trudno-uchwytny. Nie zwracał też uwagi liczebnością a zagrożenie stwarzane przezeń dla Rosjan bywało niewielkie. Co więcej taki oddział – jak kolejne oddziały Czachowskiego, zwanego „Strasznym Starcem” – łatwiej zachowywał karność i jednolitość, chociażby ze strachu przed charyzmatycznym dowódcą. Zawsze jednak sukces, rozrost liczebny oddziału, rosnąca sława dowódcy ściągała nań same nieszczęścia wynikające ze wzmożonej uwagi Rosjan i w konsekwencji osaczenie oraz rozbicie lub samoistne rozwiązanie. Cóż więc po tym, że Langiewicz tu i ówdzie wygrał, umykał śmiałymi manewrami pogoniom, odbudowywał się po kolejnych porażkach – skoro globalny stosunek sił wcale się nie zmieniał a poprzez ciągłe mniej lub bardziej udane obławy nie było mowy nie tylko o doszkoleniu taktycznym żołnierzy ale nawet o ich umyciu, daniu odpoczynku, wyżywieniu. U Klawata wiele z tych okoliczności znajduje ilustrację w materiale pamiętnikarskim stąd wiele w jego książce materiału anegdotycznego, godnego tego by przerobiła je polska kinematografia, literatura. Na przykład opowieść jednego powstańca o tym jak otrzymawszy fatalnej jakości mięso wołowe do wyżywienia powstańcy zaczęli się nim rzucać po obozie jak piłkami. Albo inna opowieść, jak mężny Francuz, F. Rochebourne w czasie bitwy pod Grochowiskami, pyrrusowo wygranej przez wojska Langiewicza (bez większego zresztą udziału dowódczego dyktatora), biegał wśród cofających się żołnierzy w ramach gróźb i zachęt do boju wykrzykując zdanie „Psiakhew ktoha godzina!”, było to bowiem jedyne zdanie po polsku jakie ten legendarny powstańczy dowódca znał po polsku i chyba nie do konca rozumiał jego znaczenie. Scena godna monty pythona gdyby nie była zarazem tragiczna.

Trudno to wyznać – jako rzecze poeta – taka przebodli nas Ojczyzną.