Archiwum dla Kwiecień, 2013

POWRÓT Z ARGENTYNY. ECHOES 4. DROGA DO SALTA, STRAJK W ELDORADO

Wszystko szło z pozoru dobrze. Rano wsiedliśmy na małym dworcu autobusowym w Puerto Iguazu do autobusu „Rio Uruguay” który miał nas dowieźć do Posadas, gdzie czekała nas przesiadka na kolejny autobus który przez popołudnie i noc miał nas zawieźć do Salta, tam gdzie Argentyna trochę przypomina Peru, Boliwię i gdzie warzą oczywiście lokalne piwo. Po dwóch godzinach jazdy autobus stanął w sznurze samochodów i stał. Oprócz nas w autobusie był młody Żyd, diwe Francuzki i kilku Argentyńczyków. Po jakiejś godiznie postoju pojawił się niewielki niepokój bo autobus stał i stał. Otworzyły się drzwi. Kierwocy zaczęli roznośić jakiś nieplanowany poczęstunek. Z urywanych rozmów po hiszpańsku zaczął się rysować niewesoły obraz. Podobno droga zablokowana przez mieszkańców wioski pod prewodem nauczyciela. O coś pewnie chodzi. Kierowca zagadnięty powiedział że w Posadas będziemy najwcześniej o szóstej, podczas gdy my przesiadkę mieliśmy mieć o czwartej, co gorsza na autobus zupełnie innej linii autobusowej, która nie musiała się martwić spóźnieniami autobusów innej linii. Przypomniały się polskie przewozy regionalne. Pytałem się Żyda, co na imię miał Gai z tyłu co rozumie a on mnie ale razem rozumieliśmy niewiele więcej niż osobno. Francuzki zorientowały się że jest jakiś niepokój i okazało się że wszyscy jedziemy do Salta i wszyscy mamy interes w tym żeby jednak do Salta pojechac nocnym autobusem. Francuzki wydały na te bilety, na ten sam autobus  co i my, resztę swoich pieniędzy. Gai chciał dojechac do Salta w ciągu dwóch dni, bo jest prawowiernym Zydem i szabas nie może podróżować, poza tym w Salta jest gmina żydowska i będzie mógł właściwie celebrować ten święty dzień. A my – cóż – w naszej kalkulacji wydatek na nocleg i kolejne bilety do Salta nie wchodził w grę. Zrobiło się nerwowo, niemal metafizycznie z błahego powodu. Do naszej rozmowy włączył się nieco tęgi Senor Saul, Argentyńczyk z duża domieszką indiańskiej krwi. Wypytał nas o nazwę firmy przewozowej, dodzownił się do biura tej firmy w Buenos Aires, tam dali mu telefon do biura firmy w Posadas, a tam mu powiedzieli, że to wszystko nasz kłopot bo wszyscy wiedzieli, że strajk będzie 2 listopada w godzinach południowych. My nie pwoinniśmy kupowac biletów a fiorma nam sprzedawać biletów, wiedząc że czeka nas przesiadka w Posadas.  Senor Saul jednak nie odpuszczał, bo z jakiegoś względu los naszej piątki zaległ mu na sercu. Pogadał z ludźmi na poboczu drogi, co to stali i patrzyli się stoicko w korek aż po horozynt, zza którego nie było widać ani miejscowego nauczyciela ani jego współziomków strajkujących zawzięcie w jakiejś istotnej dla nich sprawie na skrzyżowaniu ważnej drogi w miejscowości – nomen omen – Eldorado. Senor Saul powrócił po poł godzinie rozmawiania z ludźmi, policją, gapiami z ingformacja że sa możliwe dwie taksówki za bardzo drogo, bodaj po 200 pesos od osoby, które raczej na pewno dowiozą nasdo Posadas na czas. Prowadzi nas z Gaiem do bezzębnych dziadków którzy mają rzekomo te taksówki albo znają taksówkarzy, którzy znają tajne objazdy. Mówię do Gaia – wiesz, ty negocjojuj – macie w tym wieksza wprawę. Zrobiło się nerwowo. 200 pesos od osoby to jakieś 160 złotych od osoby, ale też odległość spora. Senor Saul stał obok nas i przekonywał „Este bus” – wskazywał na nasz autokar – „no llega, no llega”. Co oznaczała -0 nie jedziecie za 200 pesos, tracicie bilety, srednio po 600 peso od osoby i nocujcie w Posadas – za kolejne 100 -200 od osoby. W końcu dołączył się do naszej ekipy jakiś dziadek z Posadas, a po doliczeniu jego udziału kwota za przejazd stała się znośna. Francuzki z Gaiem pojechały pierwsze a my z dziadkiem jakieś 5 minut po nich. Najpierw leśnym drogami, po których w obie strony przeciskali si.e kierowcy wszystkiego co widział Bóg, że było dobre i zmotoryzował, albowiem znali objazd a strajk w Eldorado także nie był im w smak. Kiedy mijaliśmy San Ignacio Mini zadzowniłem pod numer jaki mi dał nieoceniony Senor Saul do biura „Flechabus”.  W łamanej hiszpańszczyźnie tłumaczyłem Pani z biura, że jedziemy, jedziemy, że jest nas szóstka pasażerów, nas trójka i trójka w drodze i zaraz będziemy. Nie umiałem jej wytłumaczyć, że jedziemy taksówką, że pędzimy całe 100, no może 95 kilometyrów na godzinę. „Vamos a ver”. Czyli pożyjemy zobaczymy powiedziała. Wiktoria widząc moją znerwicowaną gębę rzuciła tylko „No co, chciałeś przygodę to masz”. Mocne słowa jak na sześciolatkę. Na dworzec wpadliśmy 10 minut po godzinie odjazdu i od razu zobaczyliśmy przy biurze „Flechabus” Gaia i Francuzki. „Awtabus ujechał” – można by powiedziećpo rosyjsku. Tyle że Pani z biura jak zoabczyła że nas jest szóstka tak jak jej mówiłem przez telefon – zadzowniła do kierowcy autobusu, a ten zawrócił z trasy po nas. I wtedy moje porównanie do jakiegokolwiek polskiego przedsiębiorstwa przewozwego – wydało mi się jednak mocno krzywdzące dla Argentyny.