Archiwum dla Luty, 2013

UCIEKINIERZY Z EMPIKU 2. ORBITOWSKI

Powieść „Widma” Łukasza Oribitowskiego, mimo, że okładka mogłaby sugerować co innego, nie jest kolejną propozycją literacką z kategorii historical fiction. Historia alternatywna zakłada bowiem, że w wyniku mających wszelkie cechy wiarygodności i wytłumaczalnych zdarzeń dochodzi do zmiany znanego biegu dziejów. Tymczasem u Orbitowskiego od samego zawiązania akcji dochodzi do interwencji nadprzyrodzonej – chociaż niewiadomego pochodzenia – a to za sprawą pudełka, jakie dziwny nieznajomy w dniu 1 sierpnia 1944 roku, tuż przed wybuchem Powstania Warszawskiego, daje na przechowanie Basi Baczyńskiej, zastrzegając aby go nie otwierała pod żadnym pozorem
i dobrze ukryła. I oto nagle 1 sierpnia 1944 mimo najszczerszych chęci z obu stron nie pada ani jeden strzał i nie dochodzi do Powstania Warszawskiego wraz z jego krwawymi konsekwencjami. Polacy i Niemcy stają naprzeciwko siebie, mierzą do siebie z broni, ale żadna broń w Warszawie nie działa.
I tak dochodzi do badanego później przez wiele lat przez Urząd Bezpieczeństwa tzw. Cudu Dnia Pierwszego. I tak oto żywi pozostają, Ci którzy dla nas nie żyją. Na przykład Tadeusz Gajcy zbiera pochwały od władców Ludowej Polski w szczycie socrealizmu, gdy z kolei Krzysio Baczyński rozmienia się na drobne w produkcyjniakach zaś jego małżeństwo z Basią przechodzi poważny kryzys, można powiedzieć, kryzys wieku średniego. Słowem życie toczy się normalnie, aż do momentu kiedy dochodzi do przypadkowego rozpakowania tajemniczego pudełka przechowywanego przez Basię Baczyńską. A wówczas zaczynają się dziać z ludźmi i Warszawą w tle – rzeczy dziwne i przerażające, na pograniczu fantasmagorii i horroru. Ahistoryczność i fantasmagoryczność nie musi być tutaj zarzutem dla książki Orbitowskiego. Poza zabawą i grą rozlicznymi, literackimi bardziej niż historycznymi, motywami autor stawia między wersami pytanie o to, czy historia rzeczywiście może potoczyć się innymi torami, czy Polska rzeczywiście miała szanse wyjść lepiej u końca tragicznej II Wojny Światowej albo jakiejkowliek innej wojny; pyta o to czy to wina zewnętrznych uwarunkowań czy po prostu jesteśmy zbiorowością, która na nic lepszego nadto czego dokonaliśmy nie było i nie będzie stać. Obracając się w historyczno-horrorowym sztafażu Orbitowski zdaje się kwestionować wpływ jednostek na dzieje i wskazywać na jednak dość dojmujący i nieprzyjemny determinizm. Ale to jak powiadam, między wersami. Samą książkę można także czytać jak niezły kryminał czy raczej thriller – bowiem napięcie nie opuszcza tej prozy w zasadzie do samego końca a i po końcu pozostawia osad niepewności i pomrok wielu pytań bez odpowiedzi. I w zasadzie czego chcieć od dobrej powieści więcej?

FAREWELL PARTY ALBO UCIEKINIERZY Z EMPIKU 1.

 Wraz z końcem stycznia 2013 zamknął się niemal 7 letni rozdział mojej współpracy autorsko-recenzenckiej z firmą EMPIK Sp. z o.o. Ostatnie cztery zajawki lekturowe, ostatnie parę złotych na konto. Firma bardzo podziękowała za współpracę jej zakończenie zupełnie głupio uzasadniając wzrostem kosztów, w związku z czym „każdy centymetr <<Tomu kultury>> kosztuje teraz krocie”, jakby nie zaznaczając, że gazetkę reklamową „Tom kultury wydaje sam Empik, więc sam ustala ceny tam obowiązujące. Jako osoba, która czasem musi coś zamówić w drukarni i orientująca się w cenach druku wiem, że nie koszty druku stanowią główny składnik cenowy „tomu kultury”, podobnie nie kosztują notatki na 100 znaków czy skany okładek książek bo z dopłatą przysyłają je domy wydawnicze, firmy, które chcą się lepiej sprzedać. Przyczyna zaś zapewne była zupełnie inna. Zmiana strategii firmy, w której mniej się liczy wizerunkowe kreowanie się na firmę ze względów prestiżowych sprzyjająca kulturze. Kulturze sprzedajnej, ale jednak w miarę szeroko rozumianej. Wiem, że doświadczenia wydawców z firmą EMPIK nie należą do miłych i słodkich, jednak wydaje mi się, że Firma miała niejakie ambicje i chciała stworzyć coś więcej niż kolejny hipermarket.

Z tego jak traktowany był system recenzencki, zwany czasem systemem rekomendacji a na użytek klientów znany jako cykl artykułów „Znani polecają” (co w odniesieniu do siebie uważam za jeden z większych żartów ostatniego dziesięciolecia) – wnoszę, że jakieś ambicje, może niewyraźne, kreowania gustów odbiorców były. Przez te kilka lat bowiem pozwalano mi na rekomendowanie czytelnikom EMPIK-u wszystkiego co uważałem za wartościowe i poza dwoma drobnymi próbami presji – recenzowałem co chciałem a Firma wszystko łykała i za wszystko płaciła i na pewnym etapie – wszystkiemu dawała głos. Nie zawsze w „tomie kultury”, czasem przy wywieszkach przy półkach, czasem w serwisie internetowym, czasem na telebimach w ramach Empik TV. Pewnie nie każdej pozycji równie skakała sprzedaż po mojej rekomendacji, nie na każdej rekomendacji Firma zarabiała zwiększonym obrotem, ale to właśnie było jakoś ładne i szlachetne. Raz jeden byłem przez moją marketingową opiekunkę przymuszany dosyć mocno do napisania rekomendacji ze … „Zmierzchu” Stephanie Meyer, bo wyglądało na to, że ta szmira wygra w konkursie „bestsellery empiku” i na te okazję Firma chciała mieć słowo od recenzenta. Ta presja trwała chwilę, ale grzecznie odwołałem się do swojej wiarygodności jako recenzenta i poniekąd także wiarygodności Firmy i to chyba poskutkowało.
Rekomendowałem zatem obok Hugo Badera, Pielewina, licznych książek historycznych – Joannę Mueller, Jacka Gutorowa, Radosława Kobierskiego, Błażeja Dzikowskiego, Jacka Łukasiewicza, Karola Maliszewskiego, Justynę Bargielską, Romana Honeta, Przemysława Witkowskiego, Tadeusza Nowaka, Grabaża, Krzysztofa Koehlera, Dariusza Suskę, Szczepana Twardocha (teraz po „Paszporcie” żadna zasługa, ale 4 czy 5 lat temu kto wiedział o Twardochu?)

A Firma na to pozwalała. Teraz Firma zmieniła strategię, o co podejrzewałem ja od jakiegoś roku, od kiedy coraz trudniej było mi znaleźć swoje teksty na stronach internetowych, gazetkach reklamowych etc. Widać było, że coś się dzieje, chociaż zamówienia ciągle płynęły a pieniądze punktualnie jak zawsze lądowały na koncie. No ale dosyć tego dobrego.  Jak śpiewała pewna piosenkarka – nic nie może przecież wiecznie trwać, co zesłał los trzeba będzie stracić a EMPIK skupi się pewnie na jeszcze sprawniejszej, doskonalszej sprzedaży, w ramach której na stare płyty czy filmy nie ma miejsca na półce. Bo wraz z wygaszaniem ambicji kulturotwórczych zauważyłem, że np. nie da się już w EMPIK-u kupić np. muzyki z filmu „Misja”, płyt zespołu „Tool”, filmu „Magnolia”, nowej płyty Glena Hansarda etc. Rozumiem, że teraz ma być to, co nowe, a wybredne (doprawdy wybredne?) gusta mają się karmić na allegro.

W związku z tym, że mam poczucie, że od grudnia pisałem w próżnię, w cyklu „Uciekinierzy z Empiku” będę przez jakiś czas zamieszczał moje notatki z ostatnich 12 miesięcy pracy z Firmą, której także dziękuję za ładnych kilka lat tolerancji dla mojego gustu i regularne wpłaty wypłaty. Farewell and good trip Empik, see you on the other side.