Archiwum dla Październik, 2011

SEN 13510

Jest Brzeg, jakieś spotkanie Stowarzyszenie, są wszyscy, którzy maja być, nawet Rychu wpadł, Pietka, Ola i Szymek Goriaczko, Konrad Góra, Piotrek Czerniawski. Wracamy z imprezy, chyba to było w „Ambrozji”, jest jesień, może początek zimy, śniegu nie ma, ale jest szelest jesiennych liści, mokre ulice po deszczu. Mam jakiś problem do rozwiązania, wielopoziomowy i wielopłaszczyznowy a Konrad Góra śmiejąc się mówi „Nie pierdol rzucimy orła i reszkę i ci wyjdzie co masz w życiu robić” i wyciąga garść monet, głownie 5 złotowych i chce rzucić a ja na to, „ej, kurwa zaczekaj, nie rzucaj, tu jest kupa kasy a nie ustaliliśmy która moneta reszka, orzełek, co znaczy.”. Konrad się zawahał, tak jakby mu ręka zadrżała, chociaż poleciało mu kilka piątek na ulicę, ale nie spojrzał za nimi. Na to Piotrek Czerniawski sięgnął do worka z białego drelichu który trzymał w ręku Konrad i wyjął jeszcze większa kiść piątek i powiedział „nie martw się, znajdą się tacy co pozbierają” i zanim ustale co jest orłem a co reszką razem z Konradem wysypują szerokim rzutem w górę te piątki, dziesiątki papierowe. No ładna dupa, już nie będę wiedział co wybrać i co jest czym czego. Myśle, zbierać, nie zbierać, czy chce należeć do tych co i tak pozbierają czy bliższy mis zeroki gest Konrada i Piotrka. No nic. Wchodzimy do knajpy, może „El Paso” naprzeciwko sądu i więzienia. W jednej Sali Szymon z Olą z kimś tam, na ulicy Pietka z Rychem zbierają jednak te rozsypane piątki, kupujemy od razu na zapas kilka piw, żeby dobrze łupnęło.
Wracam sam, jasnym porankiem, jakby letnim, alejkami osiedla, świeżo zasadzone drzewka wzdłuż rowerowych ścieżek. Jestem nagi, nie wiem dlaczego, więc chce jakoś szybko dotrzeć do domu, co nie? I nagle widzę na świeżym trawniku, koło drzewka pies, kundel taki, sernik białobrązowy, na łańcuchu ktoś go prowadzi znaczy, bo widzę obroża, pies, trawnik, to jest lato. Ale ktoś szarpie ten łańcuch, obrożę, widzę, że pies ma czerwoną sierść wokół kłębu od tej obroży zapewne, myślę, co za skurwysyn go tak urządził, kopie łańcuch i czuję, że nie od parady ten łańcuch jest. Ktoś ciągnie za ten łańcuch, i psina potyka się, plącze łapy w ten łańcuch, wyplątuje, skowycze z cicha i leci dalej. Długi ten łańcuch, ciągnie się po ziemi, patrzę a na jego drugim końcu ni to człowiek ni pies, na czterech łapach, ale widzę, wiem, że to nie pies, to człowiek udający psa, przecież pies nie potrafi być tak okrutny. Po ten człowiekopies patrzy tylko jak ten pierwszy pies chce oddać mocz i wtedy ciągnie łańcuch a jest większy, szybszy i ciągnie łańcuch, łańcuch się zwija w najwymyślniejsze węzły a tamten pies biegnie, próbuje jechać na splątanym łańcuchu ciągniętym po asfalcie, zeskakuje, wywija łapy. Myślę, musi być jakieś pogotowie na takich co męczą zwierzęta i tak stoję oniemiały gdy spomiędzy bloków wypada na mnie koziorożec, wielka kozica. Chowam się za jakimś przystankiem, kulę pod murkiem, ale ona bezbłędnie wskakuje na mnie i wiem że zaraz mnie zabije, tak jak na tych filmach na Youtube, gdzie rogacizna rzuca człowiekiem po arenie albo ulicach Pampeluny. Łapię to coś, tego kozłoczłowieka za rogi i przytrzymuje z całych sił, żeby nie zdążył uderzyć, machnąć, wbić mi we flaki tego co ma na głowie, przecież jestem nagi a wokół nikogo. Wiem że jak mi nikt nie pomoże ani ta kozicoosoba nie powstrzyma to nie wytrzymam długo. I wtedy Koziorożec zaczyna wykrzykiwać pytania. „Kto nie wrócił z imprezy Brzegu? Dlaczego? Jak miał na imię?” A ja kurwa nie wiem, nie pamiętam, zaraz zginę, skąd mam to wiedzieć. Ostatnie zdanie przechodzi w śpiew, śpiewoskowyt. Bo skąd mam to kurwa wiedzieć, nie jestem twardym dyskiem, skąd mam to kurwa wiedzieć.

SEN 13285

Jechałem samochodem w jakiś jasny dzień, pewnie poranek na umówione spotkanie z kimś ważnym od kogo mogły zależeć losy mojego dalszego życia. Mieliśmy się spotkać na szczycie wielopoziomowego parkingu. Nie wiedzieć dlaczego zatrzymałem samochód obok tego budynku przypominającego wielopoziomowy parking. Wokół była masa ludzi i skądś wiedziałem że muszę ich zmylić. Zatem zaczynam się wspinać po ścianie, klinując nogi z jednej strony między rynną a ścianą z drugiej wpychając nosek buta w szczeliny które czasem powstają między płytami. Ci ludzie w środku już mnie widzą, mają rusztowani idą szybciej do góry. Przez szpary, niezabudowane okiennice widzę, że ten budynek jest w środku pusty, w środku lewitują tylko luźno rozrzucone płyty OSB, dechy, betony, rusztowania. W górę i w dół, droga którą przeszedłem wydaje się niemożliwa do bezpiecznego przebycia a najgorsze jest to, że wiem w tym śnie, że samo dotarcie na górę, na to umówione spotkanie nic nie zmieni. Staniemy na dwóch oddzielonych od siebie przepaścią płytach wiórowych.  I co dalej? Będziemy skakać z płyty na płytę? Dokąd? Aż ktoś nie spadnie? I wtedy zaczynam się zsuwać. Nikt mnie nie ściga. Ląduję na ziemi.

LITERACKI NOBEL 2011

Thomas Transtromer! I bardzo dobrze! Amen