Umarła Pani Ewa Lubowiecka, aktorka „Teatru 13 Rzędów” i „Laboratorium” Jerzego Grotowskiego dziennikarz Radia Opole od lat 60-tych do 2006 roku, przyjaciel poetów, wierszy, teatru, literatury. Jak ją zapamiętałem zapytał kumpel. Pamięć jest nieprzyzwoita, pamięć jest roztrzepaną idiotką, wyrzuca z siebie przedmioty, obrazy, twarze ludzi. Pamiętam ją wyraźnie, w oknie swojego pokoju w rozgłośni w Opolu. Paliła papierosy „Rothmans” w biało-niebieskich paczkach po 25 sztuk każda i nigdy nie odmawiała poczęstunku, kiedy wpadało się na audycję, dorzucała dwie fajki od siebie na drogę pociągiem do domu (jedna na czekanie na pociąg, druga na spacer do domu). Zawsze miała szczere słowo, co nie znaczy że było to słowo miłe, wręcz przeciwnie, to bardzo często było słowo trudne do przełknięcia, ale to być może do niej przyciągało ludzi. Nie wszystkich. Dla wielu pewnie była niewygodna i uwierała jak wrzód. Piszę te słowa na gorąco, nie umiem sobie wszystkiego poskładać w logiczną całość, tekst domaga się ciągłości a tej brakuje przypadkowym obrazom. Od sporego czasu nie spotykaliśmy się w studiu radiowym, nie dokręcaliśmy na ostatnią chwile mikrofonów do wysięgnika (bośmy się zagadali na papierosie), nie łamaliśmy zakazu palenia w pomieszczeniach publicznej rozgłośni, nie zapominaliśmy w kluczowym momencie audycji swoich imion (przecież się znamy, to po co nam). Od kiedy firma odesłała ja na emeryturę – zamykała się w sobie, przestała lgnąć do ludzi a ludzie do niej. Jeszcze z rzadka rozmowa telefoniczna. Pełna była goryczy w stosunku do swojej firmy, dla której stała się „radiotką” jak to sama określała, nie podobał jej się świat wokół, koloratura współczesności raczej ja irytowała, coraz mniej było przestrzeni na rozmowę, jaką lubiła. Także w rozgłośni, która była jej pierwszym domem. Na długo przed odesłaniem jej na emeryturę radio Opole w osobach kolejnych szefów ograniczało jej obecność na antenie. Każdym razie tak to wówczas odbierała. W roku 2006 jej styl dla publicznego radia stał się nie do zniesienia. Królował wówczas wyciągnięty wskazujący palec prezesa w kierunku protestujących związkowców, tak zwany „fuck”. Z tego wówczas się stało znane Radio Opole. Nie dziwi, że dla Pani Ewy nie było już tam miejsca. Czarę goryczy przelał kolejny jubileusz radia na który jej oficjalnie nie zaproszono. Pani Ewa przepracowała w Radio Opole 36 lat.

Rozmawiała powoli, bez pośpiechu, ważąc słowa. Nie pytała, tylko mówiła i zostawiała pauzy, aktorskie suspensy w miejscach, w których rozmówca mógł, jeżeli chciał, się włączyć. Ale żeby się włączyć w ten tok, trzeba było być na tym samym poziomie. Rozmowa z Panią Ewą za każdym razem była rodzajem egzaminu, dorastania do drugiej osoby. Nie pytana nie wyrażała opinii na temat osoby ale zapytana mówiła szczerze, często do bólu ale to nie była przykrość tylko zaszczyt. „Słuchaj, ja wiem komu to mówię, gdybyś mnie nie obchodził, to bym Ci nic nie powiedział bo kłamać nie umiem” – tak mówiła swoim lekko zachrypniętym radiowym głosem widząc u rozmówcy zmieszanie, bo przecież każdy pytając o opinię dotyczącą wierszy, siebie, życiowego wyboru oczekuje jednak rąbkiem serca pochwały a ta u Pani Ewy zdarzała się rzadko albo wcale. Ale gdy już się zdarzyła miała prawdziwą wartość i moc. Jak każde słowo Pani Ewy. Ona nie mówiła niczego, co nie nosiło by piętna przemyślenia. Nie bała się ciszy w rozmowie i na antenie, nie uznawała wyższości dżingla, reklamy przed pełną godziną nad domknięciem do pełnego zdania w języku polskim. A język polski był jej żywiołem w swoich rejestrach od wyżyn sacrum do dosadnego profanum, ale wszystko na swoim miejscu. Nie przeklęła ani na antenie ani w kłótni a miara jej wyniosłej uprzejmości była miarą dezaprobaty, bo wrogowi nie okazywała emocji. Jeżeli Pani Ewa przeklinała w rozmowie to był to dowód na zażyłość i zaufanie. Zimna uprzejmość oznaczała najwyższy stopień i lekceważenia pogardy. Rozmowa z nią często nie należała do przyjemności, nie była łatwa, ale rozmowa była dowodem przyjaźni i szacunku. Kim gardziła, z tym nie rozmawiała. Uwielbiali ją taksówkarze, nocni portierzy, ochroniarze a prezesów rozgłośni bolała głowa na sam dźwięk jej głosu.

I było tez odwrotnie – nie nazwisko, obiegowa opinia, stereotyp, zasłyszane zdanie czyniły dla niej człowieka wartego lub niewartego rozmowy, ale jej własny test. Pewnie dlatego przez jej Śpiewnik literacki” zawsze we wtorek kilka minut po osiemnastej przewinęło się wielu z nas, z wydanymi książkami i bez nich, skłóceni obu zadomowieni w środowisku tym czy innym, spoza środowiska. To było dla niej nieważne, ważne było co człowiek ma do powiedzenia i kim jest a nie jakie plemię go wydało lub do jakiego się szczepu zapisał. Czuć w niej było wychowanie i kindersztubę zupełnie innego sortu niż nasza, tak jakby jakimś cudownym zrządzeniem losu pochodziła z innej epoki. Z drugiej strony nie tworzyła wokół siebie zakłamanej i sztywnej atmosfery. W języku są bowiem słowa na opisanie i opowiedzenie wszystkiego. Wszystko wolno, byle na temat. Ostatnie zdanie nawet jakbym słyszał, jakby je mówiła właśnie do mojego ucha swoim zdecydowanym, stanowczym głosem.

Do końca życia zapamiętam na pewno nasze pierwsze spotkanie jesienią 1999 roku, pierwsza audycję (wiele innych mam nagranych na taśmach ale tej nie). Staliśmy po audycji długo w oknie rozgłośni patrząc na parking nie zapalając światła w pokoju, jarząc się tylko jak dwa świetliki końcówkami papierosów. Nie pamiętam o czym rozmawialiśmy, pewnie coś w luźnym porządku o życiu w temacie audycji jaka nam się przydarzyła gdzieś w połowie rozmowy. Bo audycje były dodatkiem do rozmowy która zaczynała się przed a kończyła długo po audycji czasem w radio, czasem w taksówce. W którymś momencie zapadło milczenie. W rozmowach z Panią Ewą naturalne było milczenie, właściwy kontrapunkt do słowa i wreszcie odezwała się:

- Coś Ci powiem – od początku mówiła mi na „Ty”, ale ja w stosunku do niej nigdy nie pominąłem grzecznościowej formy „Pani”, jak wielu innych ludzi, do których mówiła per „Ty”. Bo jej było wolno, to się czuło. A nam nie i to także się czuło. „Pani Ewa” to była forma wynikająca sama z siebie a nie z premedytacji. Inaczej się nie dało. – Coś Ci powiem i posłuchaj uważnie – Radek [aktorska pauza] Ty będziesz miał w życiu przesrane [suspens] No i nie patrz się tak na mnie, nieczęsto mówię komuś taki komplement.

I nawet teraz, kiedy to pisze wydaje mi się, że Ją słyszę, widzę. Przede wszystkim słyszę, a przez ten głos czuję obecność.