Archiwum dla Marzec, 2011

ZŁOTE ŻNIWA ALBO KTO SIĘ BOI GROSSA?

W „Złotych Żniwach”  Jan Tomasz Gross i Irena Grudzińska – Gross rzeczywiście w sposób zmuszający do reakcji zajmują się kwestiami ważnymi i co tu dużo mówić wstydliwie przemilczanymi, kryjącymi się w nieciągłościach zbiorowej pamięci i narracji o Polsce i Polakach z czasów drugiej wojny światowej. Sprawa jest ważna bowiem na tej narracji buduje się współczesna polska tożsamość, to z tej pożogi Polska wyszła już taka jaką nie była nigdy wcześniej, odmieniona a przed wojną była taka jaką już nigdy nie będzie. Nastąpiło zerwanie ciągłości Trudno czas 1939-45 czy nawet dłużej, może do 1956, do odwilży, traktować inaczej niż jako katastrofę obejmująca swoim kręgiem coraz to nowe obszary życia społecznego. Katastrofa biologiczna – zagłada fizyczna całych grup ludności; wysiedlenia, przesiedlenia wielkie ucieczki; potem wojna domowa, czystki etniczne – sprzężona była z katastrofą moralną, chociaż tej ostatniej  jakby nie było. Narracja Jana Tomasza Grossa idzie tutaj – począwszy od „:Sąsiadów” aż po obecne „Złote Żniwa” – na przekór narracji powszechnie obowiązującej, która podkreślała heroizm, oraz triumf nie inny, wobec wszystkich innych klęsk – ale moralny właśnie. Być może dlatego książki Grossa są przyjmowane tak emocjonalnie. Burzą mit heroiczności i wskazują pośrednio na to, że ponieśliśmy jako społeczeństwo nie tylko klęskę materialną, polityczną, militarna ale także moralną.

 

Wracając jednak do „Złotych Żniw” niespecjalnie dziwi mnie niższa temperatura – przynajmniej na razie – sporu wokół „Złotych Żniw”. „Sąsiedzi” – to była konkretna ksiązka o konkretnym miejscu i ludziach którzy dokonali konkretnej zbrodni. „Strach” opowiadał o zdarzeniach bardziej ogólnych – o tym jak Polacy prześladowali a nierzadko i zabijali Żydów już po wojnie. Konkretnie Polacy w konkretnym czasie i miejscu, przy czym centralne miejsce zajmował tutaj Pogrom Kielecki zaś emocjonalny charakter podkreślała rzekoma etykieta mającej pretensje do obiektywizacji pracy historycznej. Tymczasem w „Złotych Żniwach” pokazuje się znane fakty, przytacza i odtwarza  dające się odtworzyć okoliczności, które pokazują nie triumf moralny ale moralną katastrofę jako regułę rządzącą latami 1939-1945 w której przypadki zwycięstwa były rzadkim odstępstwem od reguły. Rzecz nienowa i logiczna a jednak wyparta na margines myślenia o Polsce i Polakach czasu wojny. „Złote Żniwa” to książka objętościowo niewielka, nie ma pretensji do bycia w ścisłym sensie historyczną, jest bardziej esejem na temat. Autorzy wielokrotnie podkreślają, że grabież żydowskich majątków czy samych Żydów postawionych na krawędzi śmierci nie miałaby miejsca, gdyby najpierw ktoś siłą podległego mu aparatu opresji nie stworzył okazji do grabieży, to znaczy nie postanowił wymordować wszystkich europejskich Żydów – a tym kimś było ówczesne państwo Niemieckie. Nie Naziści – dodajmy – bo nie było wówczas innych Niemiec niż nazistowskie. Autorzy wskazują także, że opisują przypadki związane z Polską, jednak ta sama co w Polsce zasada, działała według nich w całej Europie. Co bynajmniej nie przynosi ulgi polskiemu czytelnikowi bowiem książka w znacznej mierze narusza mit heroiczności i wskazuje pośrednio na to, że ponieśliśmy jako społeczeństwo nie tylko klęskę materialną, polityczną, militarną ale także moralną.

 

Ta klęska moralna ma wiele aspektów i wiele nadal nieopisanych pozostałości w języku. Jej dziedzictwem jest bowiem także język kryjący rozmiary tej klęski. Nie zapomnę jak w ramach obchodów Dnia Pamięci o Ofiarach Holocaustu, przypomnę z których ogromna część – bo 3,5 miliona była polskimi Żydami, obywatelami II RP – w ramach oficjalnych obchodów odczytano pewien list. Obchody miały miejsce w stolicy pewnego województwa na południu Polski. A list skierował marszałek tego województwa do uczestników uroczystości. List z tej okazji marszałek skierował na ręce przeora pobliskiego klasztoru, w całym liście ani razu nie padło słowo Żyd, nie zostali zauważeni Ocaleni, z których troje było obecnych na sali w trakcie odczytania listu, natomiast była mowa o setkach tysięcy Polaków ratujących z narażeniem życia ludzi, których życie było zagrożone. Do dzisiaj myślę, że ten list w całej swojej kuriozalności, znakomicie pokazuje cechy myślenia większości lub sporej części polskiego społeczeństwa o tych sprawach. O tych sprawach. Bo gdyby tych Polaków niosących heroicznie pomoc były setki tysięcy – to przecież jeżeli nawet Zagłada posuwała by się takim samym tempem, to jednak ocalono by zapewne dużo więcej Żydów i żyli by między nami do dzisiaj a tymczasem dzisiaj Żydów jak na lekarstwo w Polsce, wbrew spiskowym teoriom dziejów. Jan Tomasz Gross burzy ten ciepły sen języka. Nie tylko, że była obojętność, ale zdarzała się życzliwa okupantom neutralność, a bywała i satysfakcja. Zaś książki Grossa pokazują, że zdarzał się współudział i że był on na różnych planach zjawiskiem bardziej powszechnym niż pomoc i współczucie.

 


Zupełnie luźno chadzają za mną trzy oderwane refleksje na marginesie książki.

 

Po pierwsze – że Polacy okradają groby to nic nowego, dzieje się to co roku na licznych cmentarzach jak Polska długa i szeroka. Nie kupuje się przecież nic drogiego na grób bo ukradną. Kto? No nasi współobywatele drodzy. Nie wiem czy podobnie jest w innych krajach, wiem że tak jest u nas, teraz, tutaj. Dlatego jakoś relacje ze „Złotych Żniw” nie do końca mną wstrząsają, co jest wstrząsające, bo jest to tylko przedłużenie pewnej społecznej postawy i akceptacji tej postawy, tyle, że przeniesiona w czasy totalnej katastrofy.

 

Po drugie – jest jeszcze jedna nienapisana książka przez Jana Tomasza Grossa o wydarzeniach które nie miały miejsca – mianowicie o wszystkich akcjach polskiego potężnego ruchu oporu, który nie potrafił lub nie chciał przeszkadzać w eksterminacji Żydów. Jedyne zbrojne akcje przeciwko obozom śmierci, których lokalizacja była dobrze znana polskiemu podziemiu, była znana nawet samym Żydom jadącym na rzeź lub rzezią zagrożonym – że jedyne akcje to te, jakie przeprowadziły bezbronne załogi tych obozów. Bez pomocy z zewnątrz. Czy były takie plany? Czy były realizowane a jeżeli nie – to dlaczego? Chętnie przeczytałbym dobrze opracowaną książkę na ten temat.

  

Po trzecie wreszcie kiedy słucham tych, którzy zarzucają Grossowi antypolonizm i imputowanie mu zupełnie niepolskich odruchów nietolerancji wychodzę na miasto i czytam napisy na murach „Jude do gazu” albo – czemu nie „Strefa wolna od jebanych cyganów” by wreszcie trafić na kioskarza, który mówi „Panie, ale za jedno to Hitlerowi można by postawić pomnik, jaki był taki był, ale jedno zrobił dobrze…” i chyba nie chcę, żeby kioskarz kończył i wychodzę.

TRZY PETYCJE, JEDEN GRZECH.

Przyznaję się do grzechu. W ciągu ostatnich dni odebrałem via miał trzy literackie petycje/apele i nie podpisałem żadnego z nich. Czuję się zupełnie niesolidarnbie i źle, pełen smutku i poczucia winy. Wiem, że nie wykazując empatii etraz nie mam szans na to by doświadczyć w sprawie swojej lub takiej na której będzie mi zależało empatiui bliźnich. Pozwolę sobie jednak skorzystac z tego miejsca dla wyjaśnienia dlaczego odmówiłem sobie tej przyjemności podpisania apeli słusznych u źródła, z którymi po drodze od źródła do kłębka coś się stało, tak, iż ich nie podpisałem.

Pierwszy apel przyszedł od Wojtka Wencla, aby poprzeć Jarosława Marka Rymkiewicza w jego sporze sądowym z koncernem AGORA. Może gdyby spór ten toczył się na gruncie innym niż prawo cywilne – a na podstawie kodeksu cywilnego koncern o ile się nie mylę pozwał poetę – to bym podpisał. Ale zdaje się, że chodzi o to, iż jakims określeniem publicznym redaktorzy i pracownicy koncernu poczuli się osobiście dotknięci i uznali, że narusza ich dobra osobiste i zawodowe. Do tego ma każdy prawo – do ochrony swoich dóbr oosbistych, jeżeli wywiedzi, że naprawde zostały one naruszone. Dlatego nie widzę w tym sporze objawu cenzury – bowiem nie ma tutaj władzy, która administracyjnie komuś czegoż abrania mówić zanim ten ktoś to powie – a na tym polega cenzura. Przeciwnie – Jarosław Marek Rymkiewicz powiedział to co chciał powiedzieć a teraz jedynie ponosi konsekwencje ale nie administracyjne a sądowe, bo którys zadresatów jego publicznej wypowiedzi poczuł się dotknięty. Pewnie, że dorabianie męczeńskiej retoryki, stawianie się w rzędzie z Mandelsztamem, może nawet Filomatami (kto wie? Dlaczegoby nie?) to dodaje poetyckości miłej aury. Tyle, że sąd zapewne – jeżeli uzna argumentację strony pozywającej – zasdądzi przeprosiny i wpłatę na cel dobroczynny a nie zakaz pisania wierszy, zresztą nie za wiersze poeta Rymkiewicz odpowiada. No właśnie, bo kwestia jest w odpowiadaniu za swoją działalność publiczną. Jeżeli na blogu oskarżyłbym kogoś o byciem szpiegiem, no to musiałbym się liczyć, że ktośby powiedział „sprawdzam, proszę o dowody” – bo to może naruszac czyjeś możliwości funkcjonowania w społeczeństwie. Jak nie mam takich dowodów to trzymam ryj na kłódkę. A jak już mówię to mówię. Nie podpisałem listu w rzekomej obronie Jarosława Rymkiewicza bo w zasadzie nie rozumiem w obronie czego kogo ten list. Rozumiem że Rymkiewicz powinien dobrze przemyśliwać swoje publiczne wypowiedzi i strzelać tylko wtedy kiedy ma ostrą amunicję albo mieć dobrych prawników, którzy mu pomogą przed sądem dochodzić swoich racji. Nie wiem co miałby pomóc apel poetów i czym jest takie apel poetów? Obroną wolności słowa? Nie bardzo bo powiadam – Rymkiewicz powiedział co chciał i nikt mu tego nie zabronił a że nie wszyscy są z tego mówienia zadowoleni – no cóż, koszty wolności słowa ponoszę nie tylko wysłuichujący objawionych słów poetów ale czasem i mówiący te słowa.

Dwie inne petycje dotyczyły upadających redakcji czasopism i zrobiło mi się smutno, bo uznaję koniecznośc istnienia czasopism, sens tworzenia obiegu literackiego, środowiska i tak dalej. Petycje dotyczyły zaś „Tygla Kultury” i „Tesktualiów”. No coż mógłbym i ja napisac list błagalno-apelacyjne w obronie np. zlikiwodwanego poprzez wiecznotrwale zawieszenie decyzją dyrektora Instytutu ksiązki Grzegorza Gaudena festiwalu „4 Pory Książki” czy na własnym podwóreczku w obronie pisma literackiego „Red.”, które nie ma wsparcia ani z powiatu ani miasto w którym jest wydawane ani od ministra i też musi sobie jakoś radzić. Ale ani takich listów nie napisałem – i chyba nie napiszę – ani petycji nie podpisałem. Wydaje mi się, że takie petycje, listy mają sens, jeżeli są dobrze wymierzone i sygnowane są lub mają szanse być sygnowane przez wpływowe osoby, można wokół nich stworzyć lobby. Literatura – tak jak zapewne rozumiem jąja, redaktorzy „Tygla Kultury”, „Tekstualiów” – ma niewiele wspólnego z coraz podobniej wyglądającymi galami wręczania kolejnych medialnych nagród. To pracowite tykanie dorbnych zębatek, trybików, uparta robota tysięcy kropli, odnóg podziemnych strumeni i rzek. Och, co za metafory jak z Kaczmarskiego. No okej, wracając do smętnych konkretów – my się nie liczymy jako środowisko. Z nami się nie rozmawia, nie bierze pod uwagę jako całość, jako społęczników, animatorów, redaktorów. Nas się bierze pod uwagę jako sztuczny kwaitek na stole w barze, kiedy wypadałoby sobie czymś otrzeć pyszczydła po pierogach z serem i kefirze. Tym bardziej co może znaczyć jedna petycja w obronie jednej redakcji. Musimy chyba zapracować jako środowisko, jako grupa ludzi, którzy mają jakieś cele wspólne i gotowi na rzecz tych celów razem działać. To już było podnoszone kilkakrotnie.

Ale do tego trzeba by się zastanowić wcale nie na żarty czy czasem jednak nie rozmijamy się jakoś z pomysłowością. Pisma literackie się nie sprzedają, nie licza jako partner dla reklamodawców, mecenasów próbujących zaistnieć jako odbre wujki i ciotuchny, nie jest atrakcyjna w równym stopniu – co oczywiste – jak film, muzyka, teatr. Ale czy aby wszyscy jakoś nie robimy sobie z tego łatwego usprawiedliwienia dla własnego braku pomysłu jak zawalczyć o czytelnika raczej kopiując pomysły z nurtu komercyjnego, zamiast robić cos na opak, coś na nowo? Pisma literackie z książką, płytą nie sprzedają się lepiej – to może pismo z długopisem? Albo grą planszową w zbieranie najważniejszych nagród literackich („Wygraj Najki”)? Zamiast  czwartej petrycji wolałbym chociażby grupę dyskusyjną na facebooku i trochę solidnej rozmowy na temat, bo tego nie doświadczyłem od lat.

CO CZUĆ W POWIETRZU


TIEFEWASSER 2011

(Synteza, synkopa, coda) 

pamiętam ten poranek. stałeś w oknie sypialni

a za oknem słońce wielkie jak moneta. patrzyłeś

w górę ulicy, którą odchodziły twoje kolejne

wcielenia w stronę czerwonego muru, dworców

w wiecznej przebudowie, torów pod płaszczem

czasowej zmarzliny. promienie błądziły w twoich

włosach i tworzyły absolutny bezmiar jasnego,

czytelnego świata. powiedziałeś że czas już iść.

nie było nikogo, żeby cię zatrzymać, opowiedzieć,

że jest droga, ogród oraz wielość zwierząt

futerkowych gotowych łasić się i znosić ci rano

odgryzione łebki upolowanych myszy na próg.

 

taką jasność mają dzieci, których nie ma.

taki ciężar ma woda którą piję. do końca.

LUTY


SZUKAJ, WĘSZ, OPOWIEDZ IM
 

to blisko trzeba skręcić i zbłądzić wśród kolein
bitych przez buldożery. szukaj, węsz. jest ciepły
luty, parujące bruzdy, zakazane i mokre rewiry.
mało życzliwe służby strzegą nieporządku i szczęście
mają ci, którzy tylko płacą grzywnę. – a czego żywy
szuka wśród torfu i resztek martwych zwierząt – zapytają
dwaj w terenówce z wielkim napisem „solid service”
pod okiem i zawsze będą mieli rację. nie obejdzie ich
bajka o roponośnych łąkach arabii wschodzących pod
trawami; o zdecydowanych pchnięciach, którymi
wydobywasz z głębszych warstw kolejne kobiety,
nakładasz na siebie i otrzymujesz ostateczną kliszę.
no, opowiedz im, opowiedz. a potem bądź gotów
na zmierzch, sińce, łapczywe chwytanie oddechu,
 zaparowane szyby. nikt cię nie widzi. tak jak teraz
jest dobrze. nareszcie.