O każdej porze roku i dnia na tej połaci w centrum Berlina, na starym lotnisku Tempelhof, zaraz obok pomnika luftbrucke, czyli mostu powietrznego, który uratował cały Berlin od popadnięcia w nieuleczalną urbanistyczną chorobę heinego-medina – latawce. Pierwszy raz zobaczyłem je wiosną, myślałem jakieś zawody, może dzień dziecka berlińskiego. Ale wczoraj jadąc wczesnym przedwiośniem znowu zobaczyłem wśród chmur szarych jak cała środkowa Europa tańczące rozliczne kształty i ojców biegających ze swoimi dziećmi po pasie startowym. Tempelhof, Tempelhof. Sama nazwa zawierała w swoim brzmieniu coś z templariusza, świątyni, coś tajemniczego. Szczególnie w tych czasach kiedy płyty rockowe i popowe nie były dostępne w ogóle poza radiem polskim. Program radiowy drukowany w gazecie zawierał zaś informacje jakie płyty o jakich porach będą puszczane. Trzeba było czatować z kasetami i radiomagnetofonami na odpowiednia porę, wykazywać się refleksem i w odpowiednim momencie włączać pauzę. W najgorszej sytuacji byli ci, którzy nie posiadali magnetofonów z funkcją „pauza” i tzw. kabelka do nagrywania. Pozostawał magnetofon z mikrofonem przykładanym do głośnika i całkowity zakaz wstępu do zamkniętego pokoju w którym się odbywała sesja nagraniowa. gorzej, że czasem zaburczało w brzuchu, puściło się bąka czy kaszlnęło. Niestety nawet posiadanie funkcji „pauza” i kabelka do nagrywania czy – o wicirności -  zintegrowanego radiomagnetofonu, nie chroniło przed przykrymi trzaskami na koniec taśmy, nie chroniło także przed ucinaniem utworu, jeżeli się źle oceniło ilość pozostałej na rolce taśmy i wymuszało sprinterskie zabiegi, aby jak najszybciej przełożyć taśmę na drugą stronę i nagrać jak najwięcej z zamierzonego materiału. O funkcji autoreverse nikt wówczas jeszcze nie słyszał a dzisiaj nawet nikt nie słyszy o taśmach magnetofonowych. I właśnie w taki sposób z ojcem nagrywaliśmy kiedyś wszystkie nowe płyty, które niejaki Kaczkowski Piotr et consortes przywozili z targów i innymi tylko sobie znanymi metodami do kraju nad Wisłą i zgodnie z drukowanymi w prasie programami dla radia i telewizji puszczali w eter. Jedną z tych płyt była zupełnie niepoważana przez fanów, a  nawet i przeze mnie dzisiaj płyta Jethro Tull „The Broadswors and the Beast”. Dla mnie to była pierwsza świadomie przyjęta na klatę płyta tego zespołu, którego rozpoznawalnym emblematem był ciemny, ministerski (od minstrela nie od ministra!) głos Iana Andersona i jego tez gra na flecie, która – czego tez dowiedziałem się po latach – inspirowała Grzegorza Ciechowskiego  „Republiki”, którego nie nagrywaliśmy z radia, bo był trudno, ale dostępny w normalnej sieci dystrybucji. „Broadsword nad the Beast” nie była i nie jest lubiana, bowiem zamiast bluesowej, rockowej czy progresywnej jest zwyczajnie elektroniczno-popowa i z trudem da się usłyszeć tam jakikolwiek szczery instrument. No może poza fletem Andersona. Ale jednak wydaje mi się, że ma atmosferę filmów fantasy i s-f tamtych czasów, jeszcze nie przepatetyzowaną. Ojciec te płytę być może nagrywał sam. A że miał magnetofon z funkcją „pauza”, to musiał zostawić taśmę w kieszeni i gdzieś wyjść. Miał też kasetę długości 2 x 45 minut. Pełen luksus. Wtedy płyty trwały nie dłużej niż 41 minut nie ze względu na komfort nagrywania obywateli demokracji ludowych gdzieś za żelazna kurtyna ale ze względu na pojemność winylowego nośnika, bo i płyty były winylowe. Przypis za przypisem. Nieznośna kompulsja tłumaczenia się, z tego że świat był inny i dlatego teraz nie wychodzi przyleganie do rzeczywistości. No ale wróćmy do tej taśmy a Tempelhof ciągle za oknem samochodu, latawce, luftbrucke – nadążasz jeszcze? I zostawiwszy kasetę w kieszeni, żeby narywała się do końca, nie wyłączył jej w momencie gdy Kaczkowski Piotr przestał nadawać płytę. I nagrał się fragment wiadomości o dziesiątej wieczorem. Potem ja pożyczyłem na wieczność te kasetę od ojca, chyba na wieczność, czyli do śmierci technicznej, która nastąpiła w pierwszych latach dwudziestego pierwszego wieku. Zanim to jednak nastąpiło – zasłuchiwałem „The Broadsword and The Beast” i co ciekawe nawet moja matka zaczęła lubić te płytę i sama czasem jej słuchała, bo kojarzyła kolor kasety. Nazw zespołów nie kojarzyła nigdy ale że kaseta zielona czy czerwona z gwiazdka zawiera coś zdatnego dla niej do słuchania to wiedziała zawsze. I były to też czasy kiedy rodzice byli już po rozwodzie, mieszkałem z matką w Brzegu a ojciec został w  Warszawie. Z Brzegu zatem w co drugi piątek po szkole jechałem pociągiem do Wrocławia, tam pod biurem lotu przesiadaliśmy się z matką na autobus lotowski, który wiózł nas polami (wtedy to były pola) na lotnisko w Strachowicach skąd za psi grosz, jako dziecko leciałem do Warszawy gdzie ojciec mnie odbierał na lotnisku. Latały na tej trasie  w zasadzie dwa typy samolotów – jeden, górnopłat An-24, cywilny klon transportowego wojskowego samolotu An-26, który miał mniejszy zasięg i leciał około 60 minut. Strasznie huczał, szczególnie w czasie startu a jeżeli się trafiło do kabiny na wysokości silnika to huk był wręcz ogłuszający, jedyne co rekompensowało ten huk, to fakt, że na wysokości gondoli silnika przy starcie i lądowaniu widać było jak na dłoni mechanizację wciąganego i podnoszonego podwozia. Drugim typem samolotu był czterosilnikowy dolnopłat Ił-18m, klon morskiego patrolowca Ił-38 albo jak kto woli cywilnego amerykańskiego dalekodystansowca Consolidated Constelation –zależy co kto lubi. Ten miał gorszy widok z kabiny pasażerskiej – dolnopłat- wiadomo – ale był cichszy i szybszy. I jedne i drugie samoloty były w tym czasie – przypomnijmy jest rok może 1985 – co jakiś czas porywane przez ludzi, którym znudził się dobrobyt wiodącej demokracji ludowej i dziesiątej gospodarki świata. To były proste, amatorskie porwania w czasie których występował tez specyficzny rodzaj syndromu sztokholmskiego czyli utożsamienia się ofiary z oprawcą. Bowiem pasażerowie takiego uprowadzonego samolotu bywało, że po wylądowaniu po zachodniej stronie żelaznej kurtyny prosili o azyl polityczny tak samo jak porywacz. Ot, drobny historyczny relatywizm i dziejowa groteska. Najczęstszym celem tych porwań było lotnisko w ówczesnym Berlinie Zachodnim – Tempelhof. Wśród ludu pracującego miast i wsi Rzeczpospolitej Ludowej krążyły zabawne, rymowane trawestacje reklamowego hasła narodowo-socjalistycznego przewoźnika „Lot” – „Fly by lot… to Tempelhof”. I kiedyś było tak, że matka odwiozła mnie na lotnisko w  Strachowicach, włączyła kasetę oznaczoną jako zdatną do słuchania, bo zieloną i poszła zmywać naczynia, w tym czasie zapomniała już, że leci kaseta, kojarzyła tylko, że leci muzyka, nie zdziwiło jej więc, że w którymś momencie muzyka przestała lecieć, i usłyszała sygnał równej godziny dwudziestej drugiej i nie zdziwiło jej że zaczyna się dziennik. Ale po chwili zamarła z  patelnią w ręce, bowiem na pierwszym miejscu w wiadomościach radiowych znalazła się informacja, że lecący z Wrocławia samolot wykonujący krajowy lot do Warszawy został porwany i właśnie wylądował na lotnisku Tempelhof w Berlinie. Na nic mamie nie zdała się informacja że leciałem czterosilnikowym Iłem-18 a w wiadomościach mówili, że był to An-24. I wtedy i teraz nominalnie bliżej nam było do Berlina niż Warszawy – taki kaprys geografii i rozwoju infrastruktury . Nie zwróciło tez uwagi Matki, że po wiadomości o porwanym samolocie nastąpiła informacja o zawieszeniu stanu wojennego – a było to ze dwa lub trzy lata po tym fakcie. Matczyne serce zmartwiało, dla niego już byłem na Tempelhof – niczego zresztą nieświadomy przemierzający o tej porze ulice Warszawy dużym fiatem ojca.. Po chwili trzasnął przycisk „play” w magnetofonie i to było jak big Bang, jak big Ben oraz carska puszka razem wzięte. Tak to o mały włos nie zostałem porwany a gdyby wziąć pod uwagę okoliczność, że dla pojedynczej osoby ważne jest to, dla niej jest realne a tzw. obiektywna rzeczywistość nie ma większego znaczenia – w zasadzie byłem porwany przez około sześćdziesiąt sekund i zostałem uwolniony wraz z końcem taśmy. Do dzisiaj tylko nie wiadomo przez kogo istotnie zostałem porwany i kto za tym stał. Ojciec czy może ten człowiek, który groził pilotom dwa czy trzy lata wcześniej. I teraz weź to wszystko, zagnieć w kulkę papieru i rzuć w powietrze wysoko. Nie doniesie nawet do połowy wysokości na jakiej trzepią się te latawce, niczego nikomu nie dające w zamian poza urokiem obcowania z ruchliwym powietrzem, które się rusza, bo ziemia się kręci. Zdążyłem jeszcze pomyśleć w tej samej sekundzie, kiedy mijałem autostradą Tempelhof, że to ładne, że Niemcy nie zabudowali po środkowoeuropejsku tego kuszącego inwestycyjnie terenu jakąś tandetną deweloperką, w której mógłbym zamieszkać jakiś ichni Oliwier Janiak czy inny pajac, ale że zostawiają ten teren tureckim dzieciom, które nie wiedzą o tym, że są tureckie, w każdym razie wszyscy się starają żeby o tym nie wiedziały, ojcom z Pendżabu, matkom z Indonezji, żeby wszyscy mogli sobie tutaj puszczać zbędne, do niczego nikomu niepotrzebne latawce. I kto mi jeszcze powie, że Niemcy są ciężkie, zwaliste, ponure temu powiem – oczy służą do patrzenia, więc niech ma oczy otwarte, ten kto chce zobaczyć. Zjazd na autostradę w kierunku na Olszynę, Drezno, Chociebuż z Centrum Berlina. Ciekawe ile wytrzymają te latawce?