Archiwum dla Listopad, 2010

NOWT RED POSZEDŁ W LAS

Niemcy w polskiej kulturze, literaturze wydają się być mocno wyeksploatowanym wątkiem chociaż, gdy się sprawie przyjrzeć, okazuje się, że przede wszystkim w kontekście tzw. trudnej historii, czyli dziedzictwa II Wojny Światowej a potem Zimnej Wojny. Pewną próbą wyłomu w obowiązującym układzie odniesienia pewnie była książka Andrzeja Stasiuka „Dojczland”.
Tymczasem przecież od zjednoczenia Niemiec mija 20 lat i coś się jednak przez ten czas działo i dzieje, co domaga się uznania, zarówno po jednej jak i po drugiej stronie, coraz bardziej symbolicznej granicy. Najnowszy numer „Red.” jest fragmentem większej całości, większego projektu, którego kolejne wersje ewoluowały w toku rozmów, dyskusji, bywało, że i żywszej wymiany zdań
.

okadka_red_jesie


Od planu kolejnej polsko-niemieckiej edycji książki „Versschmugel”, serii książek poetyckich wydawanej przez berlińskie towarzystwo „Literaturwerkstadt” i oficynę „Das Wumnderhorn Verlag”; poprzez pewnie przerośniętą koncepcję „Strefę Zrzutu” w ramach której obok publikacji chcieliśmy zawrzeć także serię wydarzeń, spotkań autorskich, dodatkowych aż po  „paczkę z Niemiec” jak nieoficjalnie nazwaliśmy ostatecznie tę wersję numeru.
Paczka jest czymś neutralnym historycznie, paczki dostaje się (czy też dostawało) z różnych okazji: od rodziny, dostawcy, kumpla, przyjaciela, kogoś kto był mi coś winien, na przykład byłej dziewczyny. W paczce zdarza się zawartość nader konkretna a czasami dość przypadkowa, w sumie zależy to w znacznej mierze od interpretacji tego, kto jest nadawcą a kto odbiorcą i jaka jest ogólna orientacja we wzajemnych sprawach.
I tak trochę układała się nam zawartość, oś tematyczna tego numeru. Uzupełnieniem „Paczki z Niemiec” już niebawem będzie polska edycja projektu „VERSSCHMUGEL”, którą ostatecznie po rezygnacji z mniej lub bardziej trafionych zamienników nazwaliśmy po prostu „WIERSZMUGIEL”. Dzięki wsparciu Fundacji Współpracy Polsko Niemieckiej, Instytutu Adama Mickiewicza, Urzędu Marszałkowskiego w Opolu oraz wielu innych, często dla czytelników anonimowych ludzi książka ukaże się w grudniu tego roku. Na razie jest „Paczka z Niemiec”, jako zapowiedź i kolejny głos w sprawie. Wielu ludziom zaangażowanym w powstanie tego numeru za świętą i nieświętą cierpliwość serdecznie dziękujemy. Jak zawsze, bez ludzi ani rusz.

Poza tym w numerze kilka ciekawych wywiadów i mamy nadzieję, nie mniej ciekawych prezentacji. W załączeniu do pisma – efekt wiosennej akcji „Poeci dla Tybetu” czyli tomik do samodzielnego składu i montażu. Wygląda z pozoru wprawdzie jak plakat, ale wierzcie nam, to się da poskładać w książkę. Potrzebna jest chwila namysłu i plastikowy nóż do papieru. Nadto książka laureatki Syfona im. Scherfera von Scherffernsteina z roku 2009 – Joanny Borzęckiej, oby nie była to pierwsza ale nie jedyna nagroda i literacki honor na jej drodze a dla Was chwila dobrej lektury.

tomik6


Specyficznym dodatkiem do numeru jest równowieśny z nim tomik Sławomira Kuźnickiego „Geometria Wody” wydany w serii „Gniazdowniki”, który jednak nie będzie dostępny razem z numerem – nie ma takiej technicznej ani formalnej możliwości. Będzie rozsyłany pocztą wraz z numerem, jako dodatek dla prenumeratorów i bibliotek a kto nie otrzyma go pocztą, ten zawsze może go zakupić w sklepie z poezją naszego partnerskiego serwisu internetowego: www.poezja-polska.pl. Mamy nadzieję, że jako drugi, ale nie ostatni w tej serii, gdzie czekają debiuty Leny Jedlickiej pod roboczym tytułem „Gametria” i Krystiana Ławreniuka pod roboczym tytułem „Arkansas” na razie dostępny wersji live z towarzyszeniem gitary, loopera i montażu slajdów. W zapowiedziach jeszcze na ten rok kolejny numer z którym ukaże się tomik Jakuba Winiarskiego. A co będzie jego przewodnim hasłem? Sami jeszcze nie wiemy, poza tym że wiemy, że musi ukazać się zimą. I tak będzie. Amen.

SZCZEPAN TWARDOCH NEVERENDING STORY


„Wieczny Grunwald” Szczepana Twardocha to kolejny dowód na to, że autorzy wychowani w niszy fantastycznej coraz szerzej wprowadzają się do mainstreamu literackiego. Po Jacku Dukaju, Wicie Szostaku to kolejny autor, który wobec nikogo nie ma kompleksów i nikomu się kłaniać nie musi. Wygląda na to – a twierdzenie to opieram na kilku książkach autorów ze środowiska fantastycznego – że terminowanie w światach zmyślonych wyrabia u młodych pisarzy czułość i uważność w stosunku do szczegółu i detalu, bez którego światy zmyślone cierpią na nieuleczalną chorobę niewiarygodności. Światy przedstawione w „Wiecznym Grunwaldzie” Twardocha to z jednej strony zupełne poplątanie czasów i osób, ale z drugiej jest w nich drakoński porządek i są budowane wedle pewnych reguł probabilistyki.

Historyczna bitwa pod Grunwaldem, w którą zamieszany zostaje główny bohater, Paszko, pół-Polak, pół-Niemiec, bękart Króla Kazimierza Wielkiego jest punktem wyjścia do wędrówki po światach, historiach równoległych, w których Paszko, doświadcza wszystkich możliwych i niemożliwych wariantów swojego życia, czy też jak to opisuje on sam, jako narrator – wariantów wiecznego umierania. Skoro bowiem każdy zakręt akcji i podmiana realiów prowadzi ciągle do upokorzenia i nierozwiązywalnego konfliktu, w którym jednostka nie ma innego wyjścia jak zginąć, nie ma mowy o wiecznym życiu ale wiecznym kołowrocie śmierci i zniszczenia. To, co ujawnia się jako bardziej ponura wersja koła Dharmy na planie osobistym głównego bohatera „Wiecznego Grunwaldu” staje się starciem archetypów na planie zbiorowym. Los, lub czarni bogowie, jak ich opisuje narrator, skazują Paszka na uczestnictwo w kolejnych wersjach odwiecznej rywalizacji żywiołu polskiego uosabianego przez nieco schulzowską rozpasaną kobiecość ciała Matki Polki oraz ustawionej w opozycji do niej idealistycznej opartej na idei Blut Und Boden niemieckości. Ta odwieczna wojna nie ma żądnego rozstrzygnięcia. Jedyne co dokonuje się w powtarzających się spektaklach wojny, to sublimacja substancji narodowej, archetypizacja postaw i stereotypów, podniesienie tychże stereotypów do rangi podstawowych kategorii wedle których jednostka rozpoznaje świat. Chociaż samo słowo „jednostka” w kontekście schematu opisywanego przez Twardocha nie ma sensu, bowiem starcia Matki Polki i Germanii miażdżą jednostkowość wszelkiego bytu, sprowadzając go, tak jak głównego bohatera powieści Twardocha do roli dostarczyciela złożonej biomasy, dzięki której ten spektakl może trwać w nieskończoność. A zatem Muter Germania i Matka Polska powołują nowych Paszków by następnie ich unicestwiać w nowych wersjach tej samej wojny, która nie jest wojną społeczeństw, państw, rządów ale jest zapisem sytuacji archetypicznej. Ostateczną instancją jest tutaj pustka, rozumiana zapewne na sposób buddyjski, przeciwstawiona istnieniu oznaczającemu istnienie poprzez zwyrodnienie, w którym zanurzony jest Paszko. I tak jak w żadnej z wersji żywotów równoległych nie istnieje dla Paszka wyzwolenie z okowów pierwotnie zarysowanej sytuacji granicznej, złej karmy – chciałoby się rzecz, tak nie istnieje żadne ostateczne rozstrzygnięcie w  krwawym meczu Polonii i Germanii. Paszko zostaje w końcu nazwany także wszechpaszkiem, bowiem  nie udaje się nigdy do końca oddzielić prawdziwie istniejącego według powieści historycznego Paszka od innych wszechpaszków zanurzonego w innych historiach alternatywnych. Wydaje się, że czytanie „Wiecznego Grunwaldu” poprzez pryzmat filozofii dalekowschodniej lub przynajmniej Schopenhauera nie jest tutaj od rzeczy, aczkolwiek jak to bywa w przypadku książek mądrzejszych od recenzji, które je opisują – możliwe są i inne tropy (trupy) filozoficzne. Ten jednak wydaje się być szczególnie mocny i niech nie zwodzą czytelnika zabawy erudycyjne w ramach których mamy możliwość widzieć spotkanie AndrzejaTrzebińskiego, jako oficera polskiego SS pijącego wino z Ernstem Jungerem na Kaukazie w latach czterdziestych dwudziestego wieku po pobiciu Rosji Sowieckiej. To wszystko iluzja i zabawa (chociaż zajmująca) na chwilę tylko przesłaniająca ponurą, jedyną istniejącą rzeczywistość ku której nawraca każda alternatywna historia. Należy jednakże w tym miejscu przestrzec przed czytaniem tej książki jedynie z punktu widzenia bieżącej publicystyki, chociaż nietrudno byłoby ją sprowadzić do głosu w sprawach Polski w pierwszych latach dwudziestego pierwszego wieku. Byłoby to jednak dla prozy Twardocha krzywdzącym uproszczeniem. Przede wszystkim jest to opowieść o nieuchronności procesów historii i znikomych możliwościach jednostki tak gdy chodzi o zapanowanie nad własnym losem jak i w pokierowaniu sobą gdy w grę wchodzi rywalizacja historycznych żywiołów.  W tym sensie Twardoch mógłby być ideowym opozycjonistą Jacka Dukaja, tego z „Lodu”, który przedstawiał historię jako procesy, nad którymi można  zapanować. Tymczasem w ujęciu autora „Wiecznego Grunwaldu” historia jest żywiołem, który potrzebuje ludzi jako paliwa, jako czegoś a nie kogoś. Jedyne co pojedynczy człowiek może zrobić, to przestać istnieć. Nie dyskutować z paranoją ale się od niej odwrócić.To, co trochę przeszkadza mi lekturze Twardocha to nazbyt czytelne nawiązania (na granicy zapożyczenia) z „Małego Palca Buddy” czyli „Czapajewa i Pustoty” Wiktora Pielewina, chociaż sam pamiętam, że wówczas pisałem i jak marzyłem o polskiej prozie, która potrafiłaby się od Rosji nauczyć szerszego oddechu i czerpania zarówno z historii jak i z fantastyki.  Chcieliście polskiego Pielewina? To go macie. – tak mógłby mi powiedzieć na ten zarzut Szczepan Twardoch i miałby rację.  (Szczepan Twardoch, „Wieczny Grunwald, opowieść zza końca czasów”, Narodowe Centrum Kultury, Warszawa 2010)