Archiwum dla Październik, 2010

CHINA SHIPPING


THIN WHITE&RED LINE
pies i gwiazda schnie po twardym deszczu. pies bierze cię

na z góry opłacony spacer w miejsce gdzie biją rekordy.
a ty niesiesz bezwładnie to, co jest cięższe niż deuter i tryt,
co przykleja się do pleców jak ukwiał. tego nie odkupisz
w lombardzie, bowiem jest bezcenne jak smak śliny przełykanej
w biegu przez pole gdy gonił nas pies i jego człowiek za karę,
że zeszliśmy w zboże z torów prowadzących w stronę nysy.
a myśmy uciekali, potykali o bruzdy aż padliśmy płasko w życie.
już wtedy czuliśmy, że tuż obok jest ląd, gdzie nie zadają pytań,
gdzie nie suszą parasolek ale biją w pysk aż zęby porzucają dziąsła
i wychodzą na spacer po celi. ten widok zasłania biała cienka jak
żyletka linia papieru . przez nią uparcie prześwituje
czerwone.

HANSARD, IRGLOVA i SWELL SEASON WE WROCŁAWIU

Glen_Hansard

Last night we played Wroclaw Poland, tonight Warsaw.. This has been such an enjoyable couple of days.. Big moon and lots of great spirits.. 27 minutes ago via Echofon

A teraz żeby odreagować na te mocne słowa parę ładnych akordów 
(Lipa, Ilusion, Na Luzie)

Po pierwsze czekałem bardzo długo na ten koncert i nie ukrywam że głownie ze względu na Glena Hansarda. Po pierwsze  Hansard to dla mnie legendarna prowadząca gitara „The Commitments” może nie jakaś znacząco wirtuozerska ale charyzmatyczna postać. Po drugie ze względu na „The Frames”, który pozostaje chyba dosyć niedocenionym zespołem, przynajmniej poza Irlandią. I dopiero po trzecie ze względu na soundtrack z filmu „Once” po którym kontynuował współpracę z młodziutka Marketą Irglovą w formacji Swell Season. Godzi się przypomnieć w tym miejscu że część utworów z soundtracku „Once” to wcześniejsze kompozycje „The Frames” – chociażby „Say it to me know”. Ach, no i jeszcze piąty powód dlaczego najbardziej Hansard – z powodu swojej gitary Takamine, na której gra już dość długo o czym świadczy wyrąbana piórkiem przednia płyta gitary, która pomimo tego – nadal brzmi potężnie. To było słychac kilka razy.

 

Najpierw zaskoczenie. Przed Swell Season jako suport miał wystąpić słowacki duet z Bratysławy „Longital” w składzie Daniel Salontay i Shina Lo, no i oczywiście laptop i lemur jazz syntezator i jeszcze sporo looperów. Wyglądało to dziwinie, chyba nikt się ich nie spodziewał, ale po wstępny wyjaśnieniu Daniela że on nie jest Glenem Hansardem a Shina nie jest Marketą Irglową zagrali i zostali przyjęci dość ciepło.  Pewnie dlatego, że Daniel się przyznał po polsku, że był już raz we Wrocławiu ale niewiele paięta bo wypił za dużo piwa z piwnicy Spiż a cóż nie buduje większej sympatii niż słabośc do podobnych trunków. Muzycznie duet nieodparcie kojarzył mi się mocno z postronkowymi pomysłami brzmieniowymi a najbardziej chyba z SigurRos. Może jestem niesprawiedliwy, ale wiele pomysłów kompozycyjnych było wziętych jakby żywcem z Takk, tyle że z silniejsza dominantą elektroniki (wszak to tylko duet, jakoś sobie muszą pomóc) i gitary Daniela, który czy to grając normalnie czy przy pomocy smyczka potrafił z niej wydobyć dużo więcej niż Jonsi. Wiele wskazuje na to, że jest lepiej muzycznie wykształcony od lidera SigurRos albo wykształcony gorzej , ale postanowił więcej z tego wykształcenia pokazać.

Bo krótkiej przerwie na cenę wbiegł Glen Hansard i Marketa z zespołem i wykonali bez zbędnych wstępów „Feeling The Pull” z najnowszej płyty „Strict Joy”, w które Rob Bochnik wplótł kilka fraz po polsku z wymienieniem dzielnic Wrocławia – Sępolno, Zalesie i Krzyki, co oczywiście musiało się spotkać z okrzykami radości mieszkańców wymienionych dzielnic, których było niemało na Sali jak można sądzić. Dla porządku – z niemałym wysiłkiem Rob Bochnik zacytował „Wrocławską Piosenkę” śpiewaną swego czasu przez Marię Koterbską. Repertuar koncertu został równo podzielony pomiędzy nowe i stare piosenki, przy czym na koniec i bis zostawiono oczywiście te bardziej znane. Ale nie to było najważniejsze. Przede wszystkim już w drugim lub trzecim utworze „Leave” Hansardowi wyszły żyły na szyi i stało się jasne, że chłopak nie będzie się dzisiaj oszczędzał. Publiczność zresztą, mimo przewagi miejsc siedzących tez się nie oszczędzała, w tym piszący te słowa. Zdaje się że charyzma tego faceta polega na zaangażowaniu bez reszty i graniu przez wiele lat, dzięki czemu gitara jest jakby częścią jego ciała i nie oszczędza jej tak jak i siebie. Nie jest wirtuozem i wcale się o to nie ubiega, zostawiając solówki innym, ale za to – co pokazał kilka razy – jest facetem od dynamiki, brzmienia oraz od nadawania utworowi napięcia. Nawet kiedy próbował się usunąć, dać trochę przestrzeni innym, widać że go ponosiło. tak było w „Into the Mystic” Vana Morrisona, gdzie próbował się wydzierać kawałek od mikrofonu, żeby dać Markecie Irglovej trochę przestrzeni, ale niewiele to dawało, bo i tak przykrywał swoim głosem wszystko i wszystkich. Przemiła była historia opowiedziana do „Lay me down”, że inspiracją do piosenki była miłość do dziewczyny gotha, która tak kochał że wykupił jej miejsce na cmentarzu (a ona odrzuciła jego fawory), i zabawna była sytuacja gdy Hansard zmieniał Irgolova za fortepianem albo gdyw  granym na bis „Gold” z soundtracku „Once” perkusista zagrał z Irglova na dwie ręce i zaśpiewał partię chórku. Na koniec właściwego koncertu zagrali „Your Mind’s Made up” w wersji rozwiniętej i rozbuchanej do ponad sześciu minut, zaś na zupełny koniec Hansard zaprosił Daniela i Sine z Longital i wspólnie zagrali jeszcze raz końcowy kawałek z ich występu „A to je vsetko/Czy to już wszystko” a potem jeszcze „Fitzcaraldo” z repertuaru macierzystej grupy Hansarda „Te Frames” i jeszcze jeden kawałek, zaśpiewany akustycznie, bez mikrofonów, bez wzmacniaczy. Całego bisu publicznosc słuchała juz na stojąco, bo po owacjach kończących właściwa setlistę nikt juz nie usiadł, jakby z obawy, że im sie znudzi grać.

 

Żeby dostać autografy trzeba było chwilę odstać na zapleczu, ale warto by ło. Marketa skakała przez płot, Glen wyszedł tradycyjnie, pograł chwilę, pogadał, podziękował, podpisywał wszystko jak leci i ogólnie był przyjazny. Dodam od razu, że zapytany po koncercie o swoja wyrypaną Takamine, Glen nie potrafił odpowiedzieć jak długo na niej gra, poza tym, że legenda jakoby grał na niej już w ostatnich kadrach „The Commitments” jest grubo przesadzona. Ta gitara z ostatnich kadrów „The Commitments” to była gitara pożyczona od wujka a Takamine kupił sobie za honorarium z „The Commitments” które nie było małe, bo na owe czasu koło 10 tys funtów. I wcale nie jest prawda, że nadal z niechęcia wspomina czasy kręcenia „The Commitmens”, wspomniał nawet że dołączy znowu do tej post-kinowej formacji i chętnie podpisał sie na soundtracku jako „Outspan Foster”. taka perwersja zaawansowanego fana.
 

Wydaje mi się poza wszystkim, że firma Takamine powinna ufundować Glenowi Hansardowi nową gitarę a tę obecną odkupić i wystawić w firmowym muzeum lub jakiejś izbie pamięci i tradycji. W końcu ta gitara warta jest Oscara.

FREE TIBET I BYLI KOLEDZY Z ZLP

 

  „Za każde martwe ciało pajok, dziesięć gramów,
I butelka wódki na koniec, w wieczór, w stepie,
Szybko, na bezdechu i z paszportem w ręce.

Przejechałem Ukrainę, widziałem ją podobną
Do ogrodu. (Édouard Heriott o swojej podróży
Wiosną trzydziestego trzeciego roku).”
Radosław Kobierski „Czarne Tablice”


 

1.

Kilka miesięcy temu ogłaszając akcję „Poeci dla Tybetu” w serwisie nieszuflada.pl ze zdumieniem odkryłem, że sprawa dla niektórych moich kolegów nie jest nawet obojętna (to znaczy sprawa Tybetu), ale że jest dla nich naruszaniem praw suwerennego państwa do prowadzenia wewnętrznej polityki zgodnej z wolą jedynej słusznej partii komunistycznej. Jeden z kolegów, Zbyszek Zam szczególnie zabrylował w atakach, w sumie nie wiadomo na co tak do końca i na kogo, poza tym, że był przeciwko centralistycznemu państwu Tybet, do tego teokratycznemu, które przestało istnieć, bo Bóg tak chciał. To był piękny czas i znakomita wymiana zdań, zupełnie dla mnie niezrozumiała. Do tego stopnia, że uznałem, że jakiekolwiek ślady łączące mnie z rozmówcą były iluzją relacji a nie relacją. Bo nigdy prawdopodobnie nie było między mną a poetą Zamem żadnej płaszczyzny porozumienia. Bywa. Trochę głupio, że polski poeta powtarza jakieś bzdety jak z broszurki sekretarza podstawowej organizacji partyjnej zakładów metalurgicznych w Szanghaju, ale pomyślałem – e tam. Wykreśliłem adres Zama ze skrzynki pocztowej, bo z pamięci telefonu komórkowego nawet nie musiałem i szparko zająłem się innymi sprawami.

 


2.

Tak to się zbiegło uroczo, że będąc na uroczystościach związanych z wręczeniem nagrody Kościelskich za rok 2010 zajrzałem do Domu Literatury na Karkowskim Przedmieściu, siedziby Związku Literatów Polskich oraz Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. To szacowne, schizoidalne wnętrze, które niejedno widziało. Dzień wcześniej literacką nagrodę Nobla otrzymał Mario Vargas Llosa, zaś dwa dni później pokojową nagrodę nobla otrzymał odsiadujący 11 letni wyrok więzienia za krytykę władz Komunistycznej Partii Chin Liu Xiaobo w uznaniu czego władze Chin postanowiły także zatrzymać w domowym areszcie jego żonę. No bo to takie fajne państwo, gdzie tak można. Chociaż się nie powinno niby, ale niech pierwszy rzuci kamieniem kto nie ma w domu chińskiego termosa na złe czasy, powiadają malkontenci, którym dobrze ze światem jaki jest. Let it be. Der Chinese Thermos.

Przeczytałem program na drzwiach i w korytarzu i poznałem, że 39 Warszawska Jesień Poezji w tym roku odbywała się zaś pod szczególnymi auspicjami… ambasady Chin zaś klatkę schodową zdobiły planszety ukazujące wiersze i zdjęcia z podróży do Chińskiej Republiki Ludowej autorstwa Zbigniewa Milewskiego oraz Miłosza Kamila Manasterskiego. Myślałem, to niemożliwe, to nieprawda jest, ja śnię, ale okazało się, że to real. Koledzy literaci pojechali na zaproszenie literackiego organu chińskiego państwa komunistycznego pojeździć jako – jak to sami z dumą podkreślają na filmikach
w serwisie YouTube, jako pierwszy tłumaczony na chiński Miłosz i Zbigniew od czasu Herberta (Zbigniewa) i Miłosza (Czesława). Byli oficjalnie i oficjalnie wydali książki dwie, w tłumaczeniu na chiński. Było to w roku 2009, rok po olimpiadzie. Bardzo ładnie koledzy, pomyślałem sobie, naprawdę ładnie. Teraz już w pełni rozumiem, że akcja afirmująca ideę wolnego Tybetu Zamowi mogła się nie podobać a zdanie o centralistycznym państwie (tylko gdzie to Państwo leży Zamie? Bo ono leży we mnie, być może, bo go nie widziałem podobnie jak tysiące Tybetańczyków) – to zdanie prawie na pewno pochodziło z jakiejś broszury lub rozmowy z odpowiednio ustawionym obywatelem Państwa Środka. Ale nie był nim Liu Xiaobo bo siedział wówczas już w pierdlu.

 

3.

I żeby było jasne, nie chodzi mi o to, że ktokolwiek do Chin pojechał. Nie w tym rzecz. Można pojechać za jakąkolwiek żelazną kurtynę i coś stamtąd przywieźć. Byli dziennikarze w Rosji Sowieckiej, którzy jeździli na Ukrainę w roku 1933 i widzieli, że dobrze jest, wierzyli, że dobrze jest, nie wierzyli i nie drążyli, albowiem wierzyli, zatem nie mieli wątpliwości, tylko jakoś sześć milionów ludzi (około, kto policzy wszystkie trupki) umarło z głodu. Byli tacy jak Gareth Jones, za młody, żeby pewnie bawić się w niuansowanie, pisał co widział w Sowietelnlandzie a widział głód i śmierć. Jones został zastrzelony w Chinach w roku 1935, dzień przed swoimi 30-tymi urodzinami przez nieznanych sprawców, gdy wracał ze świeżo poddanej japońskiej okupacji części Chin nazwanych Cesarstwem Mandżukuo. To, co koledzy przywieźli z Chin jest bezpieczne i odurzająco turystycznie ładne, zupełnie jak otwarcie igrzysk w Pekinie. No i przywieźli koledzy niezachwianą wiarę, że Tybet to jakieś istniejące, zapewne i zbrodnicze, centralistyczne i teokratyczne państwo, które musiało upaść a obecnie wysuwa swoje mordercze macki człowieka o osobowości wilka – czyli Dalaj Lamy. Bo postęp ludzkości jest niezachwiany i uosobiony w portrecie naszego drogiego wodza. Co innego Chiny, które nie są centralistycznie, ale wsadzają do więzienia i rozstrzeliwują zupełnie demokratycznie i ludowo.

 

4.

Nie wiem jak się czują koledzy organizatorzy, jak czują się występujący na imprezie ale jako przypadkowy gość – wspominając chociażby tylko ten wystrój Domu Literatury, nie pomnę filmików na YouTube i strony internetowej projektu – mam ciężkiego kaca. Żal mi, że to polski związek literatów i byli koledzy. Rozumiem jeszcze indyferentyzm, obojętność, zbywanie wszelkich niemiłych spraw związanych z warunkami, na jakich możliwa jest wolność słowa, sumienia, sposób w jaki realizuje prawo do życia. Rozumiem, ale nie akceptuję. Natomiast dziwi mnie nieco to zapisanie się w poczet popleczników reżimu, który jest rekordzistą w wykonywanych wyrokach śmierci. Szkoda, że to polski związek literatów, szkoda, że 11 lat temu dostałem od tego związku literatów polskich fajowe pióro Parkera w nagrodę, które zgubiłem i zostałem w nagrodę wydanie kilku wierszy w tomiku, który rozdałem rodzinie i szkoda, że dostałem te nagrodę od ludzi tworzących kiedyś ZLP, a którzy pewnie by nie odprawiali tak żenującej serwilistycznej szopki. Nie za bardzo jak mam oddać zatem tę nagrodę czy zrezygnować z członkostwa bowiem żadnej legitymacji nie podpisywałem. Żal mi, bowiem znałem obu poetów wizytujących radosny kraj robotników i chłopów osobiście i były momenty, że odczuwałem rodzaj sympatii. A tak należy przyjąć, że koledzy postanowili odegrać rolę cyników albo jak to mawiał Józef Stalin „pożytecznych głupców” co zarówno w jednym, jak i drugim przypadku wyklucza moją sympatię.

Kumpel, który widział, że mi zbiera się na niestrawność, dorzucił z boku:

- Stary, oni byli tam dwa tygodnie na rachunek chińskich władz, ful wypas z przelotami, to co się spodziewasz?

No cóż, spodziewałem się, że wynajęcie obu kolegów trochę drożej kosztuje albo że przynajmniej to, co robią, robią z przekonania do własnego światopoglądu.

Tak zwana neutralność gdy osił bije na ulicy słabszego nie jest neutralnością, ale wspólnictwem. Wypadało by chociaż krzyczeć, że biją, dozownic po policję, ale można też patrzeć na druga stronę ulicy a tam przecież, takie fikuśne schną parasolki. I tak nie wyschną a jak wyschną zostaną ślady. Czerwone i czarne.

 

5.

„Nic się nie stało, Polacy, nic się nie stało, nic się nie staaaaałoooo”

 

Doprawdy?