Archiwum dla Wrzesień, 2010

REKONSTRUKCJA HISTORYCZNA. (AUTENTYK)

Wieczór, blok deweloperski obok innych bloków deweloperskich. Ostatni zagajnik wsród działek deweloperskich. Powiedzmy od razu że blisko to autostrady A4 i jest to Wrocław a miejsce jest zwane Kleciną. W zagajniku grill kilku znajomych z bloków. Wygląda trochę groteskowo, tutaj wszystko zawalone polbrukiem a tam za śmietnikiem grill na kilka rodzin. Wokoło biegają dzieciaki w wieku od 3 do 7 lat bo to taki czas na pociechę i grilla w życiu. dzieciaki biegają, dzielą się na drużyny, znowu łączą, ot pierwotna magma społeczna i nagle słyszę – a jestem blisko, słyszę, że oto jakby skądś znał te role, powtarzane na drżące, nierówno skandujące głosiki. Otóż dzieci bawią się na moich oczach… w obronę krzyża na krakowskim przedmieściu. Jeden krzyczą „księża na księżyc” a drugie im odpowiadają „Zostaniemy-zostaniemy-zostaniemy” albo „Gdzie jest krzyż-Gdzie jest krzyż-Gdzie jest krzyż”. Fakt, nie maja krzyża, nie ma barierek i nie ma roli policji, straży miejskiej, nie ma jeszcze w tle prezesa, prezydenta ale widzę je rozwrzeszczane w ślicznych loczkach, krótkich spodenkach, drące się coraz mniej zabawowo na siebie z dwóch stron „tu jest Polska-tu jest Polska” tupiące  w ten trawniczek pomiędzy coraz ciaśniej upakowanymi działkami deweloperskimi. Tak. Tu jest Polska.

WARSCHAU ’44, BĘDZIN ’43, UWAGA NA MARGINESIE O REKONSTRUKCJI

 A zatem stało się i z Będzina znowu wywieziono Żydów a nieco wcześniej znowu spłonęła stodoła Pana Betlejewskiego, niby drobiazg a jednak wydaje mi się, że ruszamy o jeden krok za daleko w zabawie w rekonstrukcje historyczne. Podobne odczucia miałem już rok temu obserwując wysyp grup rekonstruujących kolejne epizody walk w Warszawie w sierpniu i wrześniu 1944. Jest po prostu chyba granica między zabawą, rozrywką a sprawami poważnymi, której nie da się przekroczyć. Grupy rekonstrukcji historycznej zaczęły powstawać w Polsce w latach 90-tych i zaczynały dosyc niewinnie, od przebirania się w mundury, restaurowania, najczęściej niemieckiej priowieniencji, broni. Niemieckiej nie z powodu filogermanizmu, ale z tego powodu, że tej zostało w Polsce najwięcej. Ba, podstawowym karabinem armii polskiej w 1939 roku był przecież stary, niemiecki mauser z 1898 roku, podobnie jak zresztą i w armii niemieckiej. Trochę to wyglądało wówczas jak zabawa w apintball, strzelanego lub asg tylko z lekka nutką myszki. Tymczasem o ile paintballowcy i miłośnicy zabawy w ASG nadal traktują swoje zajęcia jako hobby, zabawę, rozrywkę – rekonstruktorzy , dzięki polityce historycznej, cokolwiek ona oznacza, zaczęli robić karierę i urośli, kto wie może także we własnych oczach, do roli depozytariuszy jakiejś części pamięci historycznej, godności narodu czy czego tam jeszcze. Tymczasem wydaje się, że o ile udawanie rycerzy czy wikingów jest chociaż dyskusyjne, to jakoś do wkoszenia, o tyle posuwanie granicy rekonstrukcji z historii najnowszej do pałowania w Radomiu, czy ataku źle uzbrojonych powstańców na umocnione punkty oporu w centrum Warszawy 1 sierpnia 1944. Przy Grunwaldzie mamy jednak do czynienia z odległym wydarzeniem, dotyczącym praktycznie nie istniejących już społeczności, mocno oderwanym od współczesnych realiów, zdystansowanym w którym, co chyba nie bez znaczenia, wystąpiły wobec siebie mniej więcej dwie równorzędne siły. Rekonstrukcja walki, w której obie strony miały szansę zarówno zadac cios jak i go odparwoac nie budzi aż takich kontrowersji, jak rekonstrukcja eksterminacji będzińskiego getta, gdzie siłą rzeczy jedna strona była skazana na zagładę. Zagładę bez późniejszej satysfakcji marolanej, bowiem wielu sprawców mordu na europejskich Zydach, do dzisiaj nie zostało i zapewne już nie będzie osądzonych. W sprawie Godziny „W” do dzisiaj trwaja moralno-historyczne dochodzenia i prywatne śledztwa i wciąż żyją świadkowie lub ich potomkowie, których bólu, smutku, pustki po bliskich osobach i bliskich miejscach zrekonstruować się nie da. Widowiskowość – w moim odczuciu – nader często przeczy empatii, dosłownośc, zamyka drogę do tego to co naprawwde istotne a dosłowności, czy jakiejkowliek „słowności” się wymyka. Trzeba chyba próbować docierać do tych pokładów wrażliwości, refleksji mniej masowo, zanim zabawa „Ssmanów i Zydów” nie stanie się podwórkowym sportem. Bo nawet jeżeli się kiedys stanie (co nie daj Boże) to nie powinno się tego procesu wspierac, ale go hamować. Szukanie artystycznego wyrazu dla ludzkich dramatów najczęsciej umyka od rekonstrukcji, więc nikt mi nie wmówi, że prosta rekonstrukcja w której jednych się przebira za ofiary rzezi  a drugich za sprawców, jest wyrazem szukania takiego artystycznego wyrazu. Nie widzę też specjalnie w tym walorów poznawczych, eksperymentalnych nie wiem jak nazwać rodzaj emocji jakie się wówczas wyzwalają, bo cokolwiek by o nich nie powiedzieć, nie mogą mieć nic wspólnego z tamtymi emocjami, tamtych ludzi. Rekonstrukcja historyczna poza pewną granicą etyczną zaczyna dryfować na płycizny definicji. Nie wzbudza empatii, nie wnosi nic poznawczo do tematu, nie buduje wyobraźni (bo ją wulgarnie zastepuje) staje się jarmarczną rozrywką. Wydaje się, że mało kogo to boli w tym kraju. BYć może tak jest, bo chodzi o Żydów, nie o naszych. Ale gdyby tak Rosjanie urządzili rekonstrukcję egzekucji w lasku katyńskim? zastanów się, zanim powiedsz OK. Bo jeżeli OK, to tylko czekac na rekonstrukcje selekcji na rampie w Auschwitz, gazowania w Treblince (trwają poszukiwania używanego silnika od T-34, Muzeum Wojska Polskiego jest gotowe użyczać go na czas trwania rekonstrukcji, jak donosi prasa), wysiedlenia Polaków z Kresów, dioramy w chłodni zakładów mięsnych „Constar” oddającą warunki panujące w barakch zeków na Kołymie czy oferty specjalnych dwumiesięczych wycieczek na Ukrainę, śladami Hołodomoru, połączonej z 60 dniowa głodówką i symulacją zjadania własnych dzieci w finale. Wówczas zdanie tego idioty Irvinga, o tym, że zamienia się Holocaust (Hołodomor, Katyń, cokolwiek) w Disneyland będzie jak najbardziej na miejscu, chociaż kontekst, będzie inny niż sobie Pan Irving wydumał.