Archiwum dla Sierpień, 2010

Z DONOSÓW



WIERTALIOT’

  (USMAN, ROSJA) 

wiem że naruszyłem prawo, ale nie chcę już być uchodźcą

ani kłamcą. Nie chcę by informowano konsula federacji,

że tu jestem, zrzekam się prawa do zapoznania się z tym,

co o mnie wiecie. mówię prawdę i chcę wrócić, chociaż to

nie mój kraj. nie pytaj jak chazarow to zrobił. Pomógł

ile się dało. stare audi, bagażnik, skrzynie,  psy  a potem

za szybko uwierzyliśmy,  że to już europa. bo to była europa

tylko, że zamieszkała przez psy. nic nie wiem o pociągu pełnym

gruzinów, ani o strajku uchodźców z czeczenii, chociaż wiem, że

jakby co po naszej stronie będzie elbrus tylko, że on tam jest

od zawsze. taka nasza kaukaska solidarność. chcę do żony,

jeżeli  jeszcze jest. zgodnie z powszechną wiedzą  już nie ma

wojny,  ludność nie jest poddana filtracji, postępuje normalizacja.

Strach,  że kiedyś  się powtórzy to nie dowód. dlatego proszę

jak najszybsze wydalenie. ona się tam boi. ty nigdy nie byłeś

 w masaw-jurcie, nie widziałeś jak góry rodzą wiropłaty,

nie wiesz jak to jest, kiedy się zbliżają, nie wiesz jak to jest

naprawdę się bać.

WARSCHAU ’44 – ODCINEK 3: NIEREGULARNE WARUNKOWANIE

   Pozwoliłem sobie zostawić sprawy PW’44 trzy tygodnie temu w momencie podejmowanej decyzji o wybuchu Powstania do którego, zdaniem jednych w ogóle nie powinno było dojść a zdaniem drugich powinno było dojść niezależnie od kosztów. Twierdzę, że decyzja o wybuchu Powstania sama w sobie nie przesądzała o jego klęsce lub zwycięstwie, miało na to wpływ wiele czynników niezależnych, na które podejmujący decyzję nie mogli mieć wpływu, ale równie wiele spraw było zależnych od podejmujących decyzję w tym jasność podejmowanych zadań, klarowność rozkazodawstwa, zapewnienie łączności czy wreszcie na przykład moment podjęcia decyzji oraz sposób jej wykonania. To trochę tak jak wcale nie był bez znaczenia dla politycznej przyszłości Polski styl w jakim przegraliśmy roku 1939. Bo, że dobrego wyjścia już wówczas nie było, to jest bez dyskusji. Ale być może dałoby się to przegrać lepiej. W każdym razie krytyka, która przybiera formy emocjonalne i przez to często nierozumne, powinna brać te – wydawałoby się oczywiste kwestie pod uwagę z uwzględnieniem tego co się w tamtym czasie i istniejących warunkach dało a czego się nie dało przewidzieć, wiedzieć i zrobić. Pewnie w warunkach konspiracji nie dałoby się już odwołać skutecznie decyzji o wybuchu wydanej 31 lipca bez dekonspiracji części zmobilizowanych sił, podobnie jak ponownej (trzeciej już) mobilizacji sił nie udałoby się ukryć przed okupantem i jego siecią informacyjną. Warto pamiętać że mówimy o mobilizacji kilkudziesięciu tysięcy młodych ludzi, dostarczenia uzbrojenia, rozdysponowania chociażby zewnętrznych oznak umundurowania (moja opaska biało-czerwona na ramię powstańca), wyprowadzenia ich do walki, zapewnienia opieki sanitarnej etc. Sam fakt, że do wybuchu udało się doprowadzić bez zorganizowanej kontrakcji Niemców jest sporym sukcesem polskiego podziemia. Niestety jak skrótowo próbowałem pokazać w poprzednim szkicu – nie wszystko było takie bezdyskusyjne. Na przykład przydzielono zadania, które w zasadzie wszędzie pozostawały poza zasięgiem słabo uzbrojonych insurgentów pozbawionych przez pierwsze dni zarazem efektu zaskoczenia jak i wsparcia z zewnątrz.



[pl.wikipedia.org]

         Wielu krytyków PW44 łączy w jedno decyzję o podjęciu walki w Warszawie z jej tragicznym finałem, chociaż w mojej opinii sam fakt podjęcia tej decyzji, nie implikował końcowej tragedii w takim rozmiarze w jakim ona się rzeczywiście rozegrała. Skoro jednak Powstanie nie odniosło sukcesu w pierwszych dniach, należało je zakończyć – powiadają krytycy – rozpuścić chłopaków do domów, dziewczęta także, mieszkańcom oszczędzić gehenny wielotygodniowego oblężenia. Sytuacja jednak była – jak to się dzisiaj mówi – dynamiczna i stale się zmieniała. Po pierwsze większość cywilnych ofiar padła właśnie w pierwszych, chaotycznych dniach Powstania o czym niżej. W pierwszych dniach chwiejna mimo wszystko była postawa alianta ze Wschodu i aliantów zachodnich. O ile wiadomo było, że Stalin nie kocha jakoś szaleńczo legalnego polskiego rządu to do 10 sierpnia, to jest wizyty premiera Mikołajczyka w Moskwie nie było wiadomo do końca jaką przyjmie ostateczną postawę. A i później zachowanie Sowietów było nacechowane pewną ambiwalencją (tak jak i wobec działań AK na innych terenach „Burzy”). Istotnie w sierpniu 1944 Armia Czerwona srogo oberwała  od dywizji pancernych SS pod Radzyminem i Rembertowem i pewnie oberwałaby jeszcze trochę mocniej gdyby nie ograniczone pole manewru Niemców z powodu wyłączenia częściowego warszawskiego węzła komunikacyjnego, szczególnie w pierwszych dniach sierpnia z użytku. Od połowy września jednak także Sowieckie lotnictwo sporadycznie zaczęło zrzucać broń i żywność opanowanym przez Powstańców dzielnicom, we wrześniu też Sowieci opanowali Pragę i próbowali, fakt, głownie rękami polskiej Armii Berlinga, sforsować Wisłę i wspomóc PW. Ulegając iluzji ekstrapolacji dzisiejszej wiedzy, można interpretować te posunięcia jako pozorne ale dla odciętych w Warszawie, latem 1944 roku to były jednak konkrety. Dla Niemców tłumiących PW44 każdy karabin maszynowy po stronie Powstańców był konkretem. Najlepszy dowód na to, że po stłumieniu oporu na Starym Mieście 2 września, równolegle do wychodzenia sił Sowieckich na brzeg Wisły (bo to działo się dopiero we wrześniu) – Niemcy główne siły skierowali ku nadwiślańskim częściom miasta opanowanym przez Powstańców – na Czerniaków i Powiśle. Praktycznie zatem do drugiej dekady września – do upadku Czerniakowa – sytuacja za Wisłą nie była wcale klarowna. W każdym razie z punktu widzenia tamtych ludzi w tamtym czasie.

                Co się tyczy postawy zachodnich aliantów, warto przypomnieć, że zrzuty z Zachodu zaczęły się w nocy z 4 na 5 sierpnia 1944 i były kontynuowane przez cały czas trwania Powstania mimo gigantycznych procentowo strat uczestniczących w nich załóg alianckich. Porównania to przekleństwo i porównywanie skali zrzutów dla francuskiego ruchu oporu i polskiego o tyle nie ma sensu że do wybrzeża Francji z Anglii w najwęższym miejscu jest 32 km, z Włoch do Polski było ponad 1400 km w linii prostej w jedną stronę co oznaczało, że samoloty nie mogąc lądować po stronie Sowietów musiały wykonać kilkunastogodzinny lot nad terytorium nieprzyjaciela. Największy zrzut zaopatrzenia – o czym też się zapomina, miał miejsce 18 września 1944 kiedy formacja ponad 120 amerykańskich latających fortec B-17 w nalocie wahadłowym podejmowanym w ramach operacji „Frantic VII” zrzuciła nad Warszawą ok. 1250 zasobników z bronią i żywnością. Ślady wpływu moralnego tego zrzutu można znaleźć w wielu relacjach, szczególnie ze Śródmieścia. Dopiero po tej dacie często znajduje się informacje o tym, że wreszcie oddziały idące na akcję miały w pełni wyposażenie w broń palną. My dzisiaj wiemy, że to był schyłek Powstania, ale dla wielu Powstańców dopiero zrzut 18 września oznaczał dla nich stanie się pełnowartościowym żołnierzem. Paradoksalnie mimo  wyczerpania walką ten nalot ze zrzutami  u wielu żołnierzy i mieszkańców podniósł morale, spodziewano się stałego zaopatrywania w ten sposób. Nikt nie wiedział, że masowe zrzuty dla Powstania już więcej się nie powtórzą

                Rzecznicy klubu rewizjonistów PW44, szermując argumentem o zaprzestaniu walki w pierwszych dniach walki, gdy jak się okazało nie udało się uzyskać jednoznacznego poparcia dla PW ze strony aliantów nie bardzo potrafią powiedzieć na jakiej zasadzie Powstańcy mieli by się poddać? Uprawnienia kombatanckie alianci zachodni przyznali Armii Krajowej dopiero 30 sierpnia 1944. Do tego dnia, każdy żołnierz AK schwytany przez żołnierzy niemieckich mógł być rozstrzelany bez sądu. 
I rzeczywiście tak często się działo. W trwaniu w oporze zatem w jakimś stopniu utwierdzali Powstańców sami alianci zwlekając z decyzją o przyznaniu uprawnień strony walczącej żołnierzom z Warszawy. Przez 30 dni Powstania AK i żołnierze pozostałych organizacji, włączonych do AK operacyjnie – było w jakiejś mierze bez wyjścia.

                Nie można zapomnieć o aktywności bohaterów tej akcji. W pierwszych dniach wszystkich upajała wolność, mimo że – znowu odsyłam do licznych relacji – nie brakowało takich, także prostych żołnierzy, którzy przeczuwali, że jeżeli w ciągu pierwszych kilku dni nie udało się skonsolidować stanu posiadania Powstańców, w tym zdobyć mostów, czy strategicznie ważnego Dworca Gdańskiego (bez niego nie było łączności z Żoliborzem a przez to i ze zgrupowaniami partyzanckimi i zrzutowiskami zaopatrzenia w Kampinosie), to Powstanie raczej nie przetrwa. Jednak KG AK próbowała sił – 14 sierpnia KG AK wydaje rozkaz zgrupowaniom partyzanckim z okręgu „Jodła” aby szły na pomoc Powstaniu, zgrupowania jednak nie są w stanie sforsować Pilicy, cofają się i próbują rozproszyć, inną próbą jest operacja (nieudana) połączenia Żoliborza i Starego Miasta przez Dworzec Gdański w nocy z 19/20 oraz 21/22 sierpnia, 20 sierpnia Powstańcom udaje się jeszcze opanować PAST-ę i Komendę Policji, i wreszcie podjęta z 31 sierpnia na 1 września jest próba przebicia się ze Starego Miasta do Śródmieścia. Dopiero po tej akcji jak się wydaje ostatecznie wyczerpują się siły ofensywne Powstańców, jednak jak na ironię, wówczas zdają się z kolei pojawiać pierwsze znaczące symptomy zmiany strategicznego położenia Warszawy – na drugim brzegu Wisły pojawiają się siły Sowieckie i polska armia walcząca u boku Sowietów, która – o tym tez warto pamiętać, płaci wysoką daninę krwi za próbę forsowania Wisły.

                I wreszcie w tej ponurej historii nieregularnego warunkowania łatwo jest zapomnieć o roli Niemców w początkowym etapie PW44.  Większość zbrodni na ludności cywilnej i wziętych do niewoli Powstańcach dokonała się w pierwszym, dość chaotycznym etapie Powstania, kiedy z jednej strony w Warszawie odcięty od pozostałych sił niemieckich bronił się komendant m. Warszawy gen. Stahel a z drugiej strony od Woli i Ochoty przebijały się do niego oddziały Dirlewangera oraz Kaminskiego i Reinefartha w celu udrożniania głównych arterii komunikacyjnych miasta. Najkrwawsze dni w dziejach Powstania to wcale nie wrzesień, ale pierwsze dni sierpnia właśnie i rzeź Woli oraz Ochoty. Według wielu relacji niemieckich działania sił pacyfikacyjnych w tym czasie wymknęły się spod kontroli i odniosły niezamierzony odwrotny skutek od zamierzonego, zamiast zastraszyć Polaków i zmusić ich do kapitulacji wywołały efekt (nieznany z nazwy von dem Bachowi) „under doga”, czyli wykreowały sytuację bez dobrego wyjścia dla przeciwnika co tylko wzmogło jego zaciekłość. Bo człowiek, który może się honorowo poddać, walczy inaczej niż ten, który nie ma nic do stracenia. Wobec masakry Woli  zaciekłość oporu tylko wzrosła a późniejsze nieregularne wzmocnienia alianckie tylko ten opór podtrzymywały. Niemiecka opresja w Warszawie do mniej więcej połowy sierpnia miała charakter planowy i masowy, po tym czasie obejmujący i konsolidujący dowództwo von dem Bach Zelewski starał się tego typu zachowania hamować w tym częściowo uchylił rozkaz Himmlera o eksterminacji ludności cywilnej. Nie dlatego, żeby kochał kraj swoich przodków, ale dlatego, że chciał wytworzyć presję wywieraną na insurgentów przez ludność cywilną. Tak długo jak ludność nie mogła liczyć na humanitarne traktowanie – mogła liczyć tylko na wątłą ochronę jaką dawał opór Powstańców. I rzeczywiście po 15 sierpnia widać wyraźnie, że coraz więcej ludzi ginie w wyniku ogólno wojskowych działań, a zorganizowane rzezie tak jak na Woli w dniach 4-5 sierpnia w zasadzie już się nie powtarzają, chociaż oczywiście doraźne egzekucje mają miejsce do ostatnich dni Powstania.


                W psychologii znane jest pojęcie warunkowania sprawczego i w największym skrócie działa ono najlepiej gdy uczony organizm, powiedzmy szczur otrzymuje wzmocnienia za prawidłowo wykonywaną czynność nieregularnie.  Dowodzący Powstaniem nie byli głupcami chociaż zapewne nie byli najlepszymi wojskowymi, jednak ich postawie trwania w oporze trudno odmówić jednak pewnych racjonalnych podstaw. Być może rzeczywiście mając wiedzę o tym jak będzie wyglądał finał skapitulowaliby szybciej, jednak wiedze nabywali stopniowo a okoliczności obok strasznych kosztów co jakiś czas i nieregularnie dawały wzmocnienie.

PRZERYWNIK Z EPOKI BRĄZU ( I TYBETU)


Stowarzyszenie Żywych Poetów, Poeci dla Tybetu, Stowarzyszenie Dziejba zapraszają:

POECI TEŻ GARNKI LEPIĄ
plener integracyjny (zlot artystyczno-literacki z elementami rękodzieła i wytwórstwa ludowego)

„Poeci tez garnki lepią” to impreza integracyjna z elementami rękodzielniczymi i artystycznymi. Zapraszamy wszystkich chętnych do wioski wzniesionej przez studentów zgodnie z technologią i możliwościami narzędzi jakie panowały na ziemiach polskich w epoce brązu.

W tym roku zapraszamy wszystkich, którzy chcieliby się włączyć czynnie w projekt „Poeci dla Tybetu” ale jeszcze nie wiedzą jak to zrobić, albo wiedzą jak ale nie wiedzą z kim. Trzy dni w Dziejbie powinny nam pomóc się policzyć, dogadać i ustalić plan działania na kilka najbliższych miesięcy.

Zapewniamy: wyżywienie, wypicie, nocleg w warunkach znanych z epoki brązu, pieczonego prosiaka, dobrą atmosferę, instruktaż wyrobu garnków oraz innych narzędzi z epoki brązu, wypieki najlepszych wyrobów i ich utrwalenie.

Nie zapewniamy: zwrotu kosztów dojazdu, honorariów, lansu, taniego poklasku.

WYSTĘPNY PROGRAM
13 sierpnia
do 21:00 rozlokowanie uczestników, ognisko rozpoznawcze, słowo o akcji „Poeci dla Tybetu” - Patryk Doliński i Radek Wiśniewski

14 sierpnia
od rana do 18:00 – działania rękodzielnicze: lepienie garnków, wyplatanie koszy, składanie tomików „Poeci dla Tybetu”.
Godzina 18:00 – świnia, wolne wierszy czytanie i ognisko,”Nangpa-La” remake unplugged (autor słów nieznany, muzyka ludowa)
15 sierpnia – 12:00 – dożarcie prosiaka, końcowe ustalenia, rozpuszczenie apostołów do domu

POTWIERDZENIA PRZYBYCIA
na dziejba@dziejba.org
lub poecidlatybetu@wp.pl

Acha, razem z kolegą Przemkiem, perkusistą z „Nangpa-La” jesteśmy gotowi po programie oficjalnym Nangpa-La dograc każdemu chętnemu do jego wierszy jakiegoś improva.

Dla wegetarian prosiak zastępczy.

PRZERYWNIK KRUCJATOWY

Mam konflikty sąsiedzkie. Naprawdę. Mam ich wiele. Z jednym sąsiadem o miejsce do parkowania na coraz bardziej zatłoczonej ulicy. Z innym o obcinanie żwyopłtu przy jego wjeździe do garażu. Z jeszcze innym o kawałek zagrodzonego, zawłaszoczonego ogrodu, przez co nie moge sobie wyznaczyc dojścia do tego ogrodu tak żeby nie wadziło czwartemu sąsiadowi od którego z kolei nie ma jak polubownie wyegzekwować piwnic. To ja myślę tak. Na miejscu parkingowym na asfalcie pierdykne krzyżyk, w piwnicach postawie kaplicę, w ogrodzie zasadzę las, las krzyży a potem sie mianuję obrońcą tych wszytskich świętych perfabrykatów i niech no mi podskoczą. Już ja im pokażę. Ubekom, gestapowcom, żydom jednym.

WARSCHAU 44: DECYZJA – ZACZYNAĆ

Obóz rewizjonistyczny często podkreśla, że walk w Warszawie nie był w planach nawet wątpliwej zdaniem rewizjonistów „Akcji Burza” a w związku z tym siły warszawskiego okręgu AK nie były gotowe do wykonania  postawionych przed nim zadań. Krytykowana jest też sama decyzja wydania rozkazu do walki w warunkach, kiedy sowieci zostali czasowo odepchnięci od Wisły w rejonie Warszawy (bitwa pancerna pod Rembertowem w pierwszych dniach sierpnia), kiedy alianci odmówili Powstaniu wsparcia, kiedy wiadomo było, że mnie można liczyć na desant Brygady Spadochronowej, że w tych wszystkich okolicznościach należało odwołać mobilizację oddziałów AK.

Zwolennicy chwackiej wizji historii Powstania z kolei uważają, że trzeba było wydać rozkaz do walki bez względu na konsekwencje, bo wolność i wartości moralne mają wyższość nad twardymi wojskowymi danymi.  Tym samym niejako podpisują wyrok na dowódców Powstania, którzy mieli jakoby być głupkami, nie biorącym pod uwagę sytuacji wojskowej.

Otóż my dzisiaj wiemy dokładnie gdzie i jakie oddziały mieli Niemcy, Sowieci i Alianci. Dowództwo AK podejmując decyzję, rzadko kiedy  ma  tak pełną wiedzą o sytuacji jak historycy 66 lat później a mimo tego musi decyzję wydać. Spór o to czy ryzyko podejmowanej decyzji jest akceptowalne czy nie trwa zawsze wokół decyzji, które powodują klęskę, ryzykowne decyzje, które prowadzą do zwycięstwa nie są dyskutowane, mimo, że często są o wiele bardziej ryzykowne. Ten obyczaj sądzenia ludzi podejmujących decyzje po skutkach, których nie znali jest w jakimś sensie normalny ale warto przy nim pamiętać, że sądy te też są mniej lub bardziej ryzykowne i sensowne. W jakimś sensie zatem spór o PW44 pomiędzy obozem chwatów i rewizjonistów należy do kategorii sądów nierozwiązywalnych.

Jeden zarzut obozu rewizjonistów należałoby jednak w tym miejscu warunkowo uchylić, mianowicie ten że pierwotnie nie planowano walk w Warszawie w ramach Planu „Burza”. Sam fakt, że podejmuje się działanie nieplanowane nie jest jeszcze zarzutem. Idę o zakład, że w czasie najbardziej podziwianych kampanii Napoleon nie planował co najmniej połowy, jeżeli nie więcej swoich posunięć a jednak jest uważany za geniusza. Rzecz jest w trafności podjętej nieplanowanej decyzji i jej wykonaniu. Trafność zaś nieuchronnie ocenia się ex post. Decyzja Napoleona o wydaniu Austriakom bitwy pod Marengo była obarczona sporym ryzykiem i w zasadzie, jak wiedza historycy epoki napoleońskiej, Francuzi bitwę te przegrali, ocalił ich generał Desaixe, który wkroczył na arenę spóźniony, wcześniej wysłany za daleko od sił głównych przez Napoleona, w momencie kiedy francuska armia rozpoczynała już odwrót a austriacka wszczynała pościg i nagłe odwrócenie losów dokonało się w zasadzie po bitwie. Nikt jednak Napoleona nie sądzi za samo wydanie decyzji o bitwie ale za jej wykonanie.

Jakąś decyzję i działanie zatem trzeba było podjąć, pamiętając, że brak działania, też bywa działaniem.  To co mnie zajmuje od wielu lat i niepokoi, to nie fakt, że decyzję podjęto, bowiem podobnie desperackie decyzje podejmowali przywódcy francuskiego, czeskiego, jugosłowiańskiego podziemia. Wojna partyzancka rządzi się innymi prawami inaczej się kalkuluje i odmiennie się sumuje podejmowanie ryzyka niż w wojnie regularnej. Ciekawi mnie analiza wykonania tej decyzji i pytania, których nikt nie stawia i które znikają zupełnie z corocznych rytualnych wymian zdań na temat PW44.



[fragment komiksu w. pawlińskiego PW44 – źródło: www.pw44.pl]

Część z tych pytań postawił uczestnik Powstania, autor mniej znanej obecnie, pierwszej monografii PW44 – pułkownik Adam Borkiewicz. Swoją drogą szkoda, że to praca która nie jest wznawiana, wydana bodaj raz, w roku 1957 na fali odwilży i nigdy więcej nie wznowiona. Mój głos nie jest więc w tym względzie oryginalny, ale może warto, chociaż na chwilę zejść z wysokiego, emocjonalnego „c”, które każe jednym krzyczeć „bohaterowie” a drugim „zbrodniarze” i popatrzeć na PW44 jak na zwykłą operację wojskową. Do dzisiaj nie wiadomo dlaczego, mimo tajności, Niemcy spodziewali się wybuchu powstania, co zaznaczył w swoim dzienniku generał Stahel, dowódca sił niemieckich na terenie Warszawy w pierwszych dniach Powstania. Dla Niemców, powstanie było „spodziewane” czyli już na starcie miało odjęty walor zaskoczenia. Nie wiadomo dlaczego KG AK zdecydowało się na rozpoczęcie walki o godzinie 17:00, czyli w pełnym słońcu, w środku lata. Nie wiadomo dlaczego zdecydowano się na zwykłą polową taktykę natarcia w formacji roju, czy inaczej „kupą mości panowie”. Zapewne z braku czas dla przygotowania innych, bardziej złożonych rozwiązań, jednak nietrudno zauważyć, że już wówczas można było przewidzieć, że dzienne natarcie dużych, słabo uzbrojonych ugrupowań powstańczych na częściowo umocnione obiekty w mieście, często wsparte bronią pancerną – może nie tylko nie odnieść skutku, ale przede wszystkim przyczynić się do wysokich strat. Wreszcie nie wiadomo dlaczego zdecydowano się na wystąpienia dzielnicami, siłami okręgów, czyli de facto w rozproszeniu. Możliwości koncentracji sił w warunkach mobilizacji konspiracyjnej pewnie nie były duże, ale zamiast określić najważniejsze cele w mieście i na nich skupić działania nielicznych dobrze uzbrojonych grup powstańczych – próbowano zdobywać wszystko co wydawało się ważne: mosty na Wiśle, Okęcie, Sejm, Uniwersytet, dworce, Komendę Policji etc. Nie wiadomo też dlaczego nie przygotowano zawczasu skutecznej łączności pomiędzy zgrupowaniami w wyniku czego dowodzenie oddziałami w polu, w szybko zmieniających się warunkach walki miejskiej odbywało się jak za dawnych czasów, przy pomocy rozkazów przekazywanych przez gońców. Nie wykorzystano, szczególnie w pierwszych dniach i godzinach zwykłej sieci telefonicznej, czemu dziwili się sami Niemcy. Centrale telefoniczne nie były celem ataków powstańczych. Być może dlatego w pierwszych dniach powstania zgrupowanie żoliborskie „Żywiciela” wykonało kontredans z Żoliborza do Puszczy Kampinowskiej i z powrotem, rozpadł się Pułk „Garłuch”, który pierwotnie miał nacierać szerokim łukiem na Okęcie, wybuchło i zgasło powstanie na Pradze. Zapewne brakiem łączności można tłumaczyć też, słaba konsolidację terenów opanowanych przez powstańców. Każdy kto chociaż przez chwilę interesował się powstaniem pamięta ten obraz poszatkowanej mapy Warszawy gdzie spore kwartały dzielnic mieszkalnych opanowane przez insurgentów pocięte były wąskimi, ale jak widać nie do przebycia dla wojska i ludności granicami terenów opanowanych przez Niemców.  Być może skupienie sił Powstańczych bliżej centrum i uderzanie koncentryczne nie tylko od środka dzielnic, ale także z obszarów peryferyjnych w stronę centrum miasta i Wisły bez zajmowania celów ważnych może w wymiarze taktycznym dla konkretnego obszaru miejskiego ale nie dal działań całości powstańczych sił, dałoby lepsze efekty. Być może, bo przy pozostałych błędach – ta zamiana kierunku niewiele by dała. Historycy są zgodni, że godzina „W” od strony wojskowej i taktycznej była w większości porażką. Powstanie się zamanifestowało, ale wojsko powstańcze poniosło ciężkie straty, szybko uległo – szczególnie w dzielnicach peryferyjnych – moralnemu rozkładowi i rozproszeniu. Częściowo udało się niektóre zgrupowania odtworzyć i przywrócić do sprawności bojowej ale wówczas nie mogło być mowy o zaskoczeniu na żadnym poziomie, nie mogło być już wówczas mowy tez o przewadze powstańców ani w uzbrojeniu, ani w ugrupowaniu czy sprawności dowodzenia lub łączności, bowiem te sprawy zostały zaniedbane.

Skromnym zdaniem piszącego te słowa hobbysty – do utrwalenia i utwardzenia oporu przyczynili się sami Niemcy oraz alianci i w jakimś stopniu Rząd w Londynie w imię legitymizacji którego Powstanie wybuchło.

WARSCHAU ’44 – CZĘŚĆ 1

Pisałem to zapewne już dziesiątki razy, wyrażałem te opinię w rozmowach prywatnych i tych bardziej publicznych, ale ponieważ znowu mamy rocznicę Powstania Warszawskiego, to wypada zapewne kolejny raz się przypomnieć. Po pierwsze PW44 w sposób naturalny, jako doniosłe wydarzenie historyczne w dziejach polski, będzie wiązało silne emocje.

Zazwyczaj dyskusja w Polsce wokół PW44 ogniskuje się wokół dwóch skrajnych i na dłuższą metę nieakceptowanych stanowisk. Wydaje mi się zresztą, że im więcej szumu wokół PW44, tym więcej emocji i opinii a coraz mniej namysłu nad wydarzeniami i prób ich interpretacji. Opinia zastępuje coraz częściej analizę wydarzeń, która wprawdzie efektowna nie jest, bo uniemożliwia, jeżeli się ja traktuje na serio, szybkie, zwięzłe streszczenie oceny.

 

Jedno stanowisko oscyluje wokół mitu „zwycięstwa moralnego” oraz „narzędzia desowietyzacji” i waloryzuje hekatombę Powstania Warszawskiego bardzo pozytywnie, przeciwstawiając argumentom historyków wojskowości emocjonalną żarliwość wobec chłopców z opaskami, dziewcząt w panterkach oddających pończochy na robione domowym sposobem granaty. Ta postawa na dłuższą metę jest nieakceptowana ponieważ dokonuje ekstrapolacji czyli przeniesienia wiedzy późniejszej niż zdarzenie historyczne i próbę uzasadniania ta wiedzą, decyzji i racji moralnych, które tą wiedzą się uzasadnić nie dadzą. Zaś kategoria zwycięstwa moralnego, szczególnie gdy jest ono podejmowane nie tylko na własny rachunek ale np. milionowej ludności cywilnej zanadto kojarzy mi się z myśleniem gauleitera Hanke, który aby nie siać defetyzmu, zabronił do ostatniej chwili ewakuować ludność cywilną Wrocławia, czym przyczynił się do śmierci stu tysięcy cywili, gdzieś po drodze, mimochodem. Nie zakładam, by nienajwyższych lotów jako dowódcy operacyjni oficerowi KG AK byli skończonymi głupcami, bo nimi nie byli. Dowiedli tego w czasie wydarzeń następujących po i przed PW44. Wiele o nich można mówić, ale upał lipca 1944 raczej nie pozbawił ich zdolności i umiejętności jakie wykazywali wcześniej i później. To pierwsze stanowisko nazwałbym roboczo chwackim. Pojawiają się tez w optyce chwackiego ośrodka argumenty zupełnie nieracjonalne czy bajowe, jak te, że gdyby nie zorganizowany wybuch Powstania, to wybuchłoby w sposób niekontrolowany i starty byłyby większe. To oczywiście argumenty powtarzane do znudzenia przez chwackich publicystów ale kompletnie głupi i wykazujący brak szacunku wobec żyjących weteranów PW1944 bo sugeruje że byli to niezrównoważeni nastolatkowie. Owszem, żołnierze PW44 byli bardzo młodzi, ale też byli zdyscyplinowani, czego dowiedli w trakcie walk i wcześniej, kiedy stawili się na pierwsza mobilizacje a potem bez słowa się zdemobilizowali i znowu zmobilizowali. To nie była ruchawka, jak w Paryżu w tym samym czasie. AK była fatalnie uzbrojoną, ale dobrze zorganizowaną w sensie struktur siłą zbrojną o bardzo wysokim morale.

 

Drugie stanowisko z kolei lubi używać przymiotników takich jak „zbrodnicze”, „samobójcze”, „ludobójcze”, przy czym przymiotniki te są najczęściej nie waloryzują postawy  ówczesnych sojuszników i wrogów, ale polskich dowódców wojskowych oraz kierowników państwa. Głównym argumentem tej opcji w sporze, jest fakt, że Powstanie kosztowało życie około 20 tys. powstańców, około 180-200 tysięcy cywilów, spowodowało wysiedlenie Warszawy, jej wyburzenie i zagładę substancji narodowej, tak ożywionej (ludzie) jak i nieożywionej (pamiątki narodowe, zbiory muzealne, zabytki architektury). Podobno Komenda Główna AK wszystko wiedziała, a jeżeli nie wiedziała, to wszystko mogła przewidzieć a jednak wydała rozkaz do przystąpienia powstania. Z tym, że to raczej kolejn a radosna ekstrapolacja wiedzy późniejszej niż moment podejmowania decyzji w warunkach bojowych. Nikt nie mógł zakładać w lipcu 1944, że Powstanie będzie trwało 63 dni i nikt nie zakładał, nikt nie zakładał, że Niemcy posuną się do destrukcji całego miasta aczkolwiek zapewne liczono się z wysokimi stratami. Dotychczasowe doświadczenia wykazywały, że miejscami ze strony Sowietów dochodzi do współpracy (Lwów, Lublin) a ich postawa była ambiwalentna (Wilno) i nieprzewidywalna. Rząd RP zapewne znał wiele z ustaleń alianckich, ale też uważny obserwator poczynań aliantów wiedział i widział, że i oni nie byli konsekwentni a ich deklaracje zmieniały się w zależności od okoliczności. Nie mogło być inaczej, trwała wojna. Wymuszanie na chwiejnym aliancie właściwej postawy polityką faktów dokonanych nie był niczym nowym ani haniebnym, bo to się w dziejach przydarzało wielokrotnie. Sęk tkwi w cenie, tyle, że cena stanowiła element, jak sądzę zupełnie innej kalkulacji innej gry. W kilka dni po wybuchu powstania zaczęła się toczyć zupełnie inna gra i inne karty były w grze.

 

Są jeszcze stanowiska pośrednie pomiędzy obozem głoszącym zbrodniczość i moralny triumfalizm, próbujące godzić te sprzeczne punkty przykład przyjmujące za pewnik najgorszy z możliwych argumentów opcji moralnego zwycięstwa – konieczność wydania rozkazu powstania aby uzbrojonych ludzi czymś zająć („Powstanie i tak by wybuchło, bo musiało wybuchnąć”). Wyrazicielem takich formułowanych ex post pomysłów jest Tomasz Łubieński, który w książeczce „Ani tryumf ani zgon” wskazywał, że przecież można było wyprowadzić kilkadziesiąt tysięcy zaprzysiężonych i częściowo uzbrojonych członków AK do lasu i niechby tam wojowali a nie w mieście.

 

Kiedy nad tym myślę i co roku wysłuchuję powtarzającego się jak dwie mantry sporu, jakos trudno mi się odnaleźć ze swoimi przemyśleniami i odczuciami w tym co się mówi i jak się mówi. Dlatego chciałbym spróbować wyrazić swój ogląd, synalka bogatego społeczeństwa urodzonego 30 lat po opisywanych wydarzeniach.