Archiwum dla Czerwiec, 2010

PAROWSKI CZYTANY W BOLIWII.

„Burza – ucieczka z Warszawy ‘40” Macieja Parowskiego czytam w szeregu wypowiedzi próbujących przełamać mentalnie traumę drugiej wojny światowej. Teoretycznie wszystko już o tym napisano gdy chodzi o opis źródeł historycznych, prawdopodobieństwo, że jakieś archiwa czy badania archeologiczne odkryją przed nami jakiś nieznany kontekst wydarzeń 1939-45 – jest bardzo niskie. Zatem zamiast dawać świadectwo, chodzi teraz żeby złożyć te wydarzenia w całość, która będzie miała sens, która coś będzie mówić dzisiaj. Takimi próbami oswojenia były projekty Lao Che, L.U.C.-a, De Press, multiartystyczny projekt „Gajcy” czy kilka prób literackich, w tym popularne powieści Ciszewskiego. Teraz do tych artystów, raczej młodych wiekiem dołącza o pokolenie starszy Maciej Parowski z powieścią „Burza”, który pisał w różnych formach m.in. komiksowej i scenariusza filmowego 20 ostatnich lat. O ile jednak L.U.C. czy Lao Che buduje pomost pomiędzy bohaterami tamtego czasu i wydarzeniami a dzisiejszą Polską i Polakami raczej w sferze symbolicznej o tyle Parowski te ciągłość zrywa, pokazując co by było gdyby a nie co jest teraz. Osią historyczną pomysłu Parowskiego jest tytułowa burza, która pojawia się w postaci nieprawdopodobnego ciągu niżowego nad Polską w pierwszych dniach września 1939 i zmienia losy wojny, dając niejako chwilę oddechu i polskiej armii i aliantom, którzy niechętnie i bez szaleńczego tempa ale jednak ruszają Polsce na pomoc. Akcja powieści rozgrywa się wiosną 1940 roku w Warszawie, którą odbudowują ze zniszczeń jeńcy niemieccy. Z okazji zakończonej wojny dochodzi do skutku cała seria międzynarodowych spotkań, konferencji a w tym samym czasie w gwiazdorskiej obsadzie kręcona jest w Warszawie komedia której kanwą staje się zupełnie zabawna możliwość, że wojnę wygrywają jednak Niemcy. W centrum, zainteresowania Parowskiego nie jest jednak rozwikłanie węzła okoliczności w jakich Polska poległa w 1939 w taki sposób aby zanleźć możliwość militarnego rozstrzygnięcia, dzięki któremu II R.P. mogłaby przetrwać. Autor „Twarzą do ziemi” stawia raczej pytanie o to, co by się stało z polska kulturą i to postaci znane z raczej tragicznych opowieści z lat 1939-45 wydają się na kartach jego powieści najbardziej żywe i ten wątek wydaje się być najciekawszy. Żyje przecież Witkacy, Gombrowicz wraca z Argentyny, Wat i Broniewski zostają zwykłymi socjalistami, Bruno Schulz pisze kolejne opowiadania, Baczyński konkuruje z Gajcym i Wojtyłą w konkursie poetyckim na uniwersytecie a w istniejącej wciąż „Ziemiańskiej” spotyka się ciągle Bohema, zaś Karol Irzykowski radzi Hitchcockowi, żeby zajął się kręceniem filmu o ptakach. W jakimś sensie Parowski mówi dzisiejszej Polsce „nie” i na pytanie o ciągłość, odpowiada przecząco. Nie ma ciągłości między tamtą Polską a dzisiejsza i być nie może. Została brutalnie zerwana, utopiona w morzu krwi, a sensu w tym było niewiele. Parowski wyraźnie lubi tamtą Polską i chyba nie do końca lubią tę, którą mamy teraz. Obecna Polska nie mogłaby być tym, czy  mogłaby być tamta, tak jak widząc dzisiejszą Warszawę, trudno się oprzeć wrażeniu, że to miasto bez pomysłu na siebie, podczas kiedy ta, widziana na pocztówka z dwudziestolecia, wydaje się być może, rozczulająco biedna, miejscami obleśna, ale jest miastem które ma ciągłość, które narasta zgodnie z naturalnym rytmem, a nie dekretem czy planem sześcioletnim.


To wizja tendencyjna, jednostronna, wszyscy w niej, po chwili wielkiej próby, nagle odnajdują swoje miejsca. Pewnie znikło już getto ławkowe, endecy stali się śmiesznymi kabotynami, po tym jak żydowscy żołnierze w służbie RP zgarnęli stosy virtuti militari a komuniści z KPP zmieniają się powoli w cywilizowanych socjalistów czy socjaldemokratów. Zwycięstwo wymagało wspólnego wysiłku, do którego, jak w to w chwilach pod ścianą, Polska i Polacy się zmobilizowali i tym razem – tak jak faktyczna przegrana położyła się cieniem na dziejach mojego kraju – u Parowskiego ze zwycięstwa płynie ożywczy powiew. Nareszcie coś się udało. Ksiażka skrzy się od kryptocytatów, zabawnych zestawień postaci, charakterów, odwróceń anegdot a’rebours (bo przecież Niemcy przegrali, więc wszystko teraz będzie inaczej) a miejscami od niemal publicystycznej satyry i ironii jak wtedy gdy ojciec młodego Jacqesa Chirac’a karci go mówiąc, że miał okazje być cicho, ale jej nie wykorzystał. Miejscami te spiętrzenia, odwrócenia i zabawa konwencjami ma charakter rubasznego zagłob owskiego konceptu, a niekiedy przebija zza niej smutek i zwykły sentyment za Polską dwudziestolecia.

Tyle o zaletach książki i przyczynach dla której daje się ją czytać nawet w niewybrednych warunkach rozklekotanej starej Toyoty na drodze z Rurrenabque do Santa Rosa. Wady są drobniejszej miary ale też jest ich więcej. Przede wszystkim  drażni sposób opowiadania i uzupełniania informacji o tym, jak to w ogóle było możliwe że Niemcy przegrały. Dzieje się to w tasiemcowych dialogach w ramach konferencji międzynarodowych które są narracyjnym trickiem pozwalającym zebrać w Warszawie dziesiątki postaci, które w innym wypadku na pewno by nawet o istnieniu Warszawy nie wiedziały. Tyc dialogów a w zasadzie wypowiedzi rozebranych na dialogi jest chyba za dużo i miejscami rażą sztucznością. W znacznym, stopniu niedopracowana wydaje się strona historyczna opowieści, czy raczej militarno-historyczna. Oto bowiem, alianci postanawiają zesłać Hitlera na wyspę św. Heleny i kronika pokazuję te scenę, gdy Hitler wsiada na pokład francuskiego lotniskowca „Foch”. No wszystko pięknie, ale Francja ani w 1939 ani w 1940 nie miała w planie budowy takiego lotniskowca, nie mówiąc o istniejącym okręcie. Taki lotniskowiec wszedł do służby we francuskiej marynarce wojennej dopiero w roku 1963. Całej serii zgrzytów dostarczają nie do końca zrozumiałe ekstrapolacje dotyczące postaci – bowiem w ważnych rolach w 1940 roku Parowski obsadza m.in. generała Sosabowskiego (faktycznie w roku 1939 był zaledwie pułkownikiem a awans na generała otrzymał dopiero w roku 1944), pułkownika Stauffenberga (w roku 1939 zaledwie rotmistrza w 1 Dywizji Lekkiej a nie szefa sztabu armii rezerwowej wtajemniczonego w tajny plan „Walkiria”), generała Montgomery (w 1939 zaledwie brygadiera), generała Grota Roweckiego (w 1939 pułkownika), Fieldorfa Nila (w 1939 także zaledwie pułkownik). Trudno oprzeć się wrażeniu, że autor gra tymi postaciami, ze względu na ich późniejsze zasługi, które położyli grając w zupełnie innym dramacie, który wydarzył się naprawdę. Jednak szansa by byli oni tak znani i tak znakomicie ustawieni w roli w przypadku gdyby Polska wygrała wojnę jest bardziej niż nikła. Gdyby bowiem maszyna dziejów potoczyła się inaczej to także i okoliczności, które wydobywało z postaci pułkowników pamiętanych do dzisiaj dzielnych generałów a generałów degradowały w ludzkiej pamięci poniżej pułkowników – byłyby inne i kogo innego prawdopodobnie wypychałyby na dziejową scenę. Parowski próbuje mi, jako czytelnikowi wmówić, że dzieje wypchnęłyby na scenę tych samych ludzi i to jeszcze o kilka lat wcześniej, ale nie wyjaśnia przekonująco jak do tego doszło. I to właśnie jest najsłabszy punkt książki. Nie wiemy jak doszło do tego, że generał Kutrzeba okazał się triumfatorem znad Bzury, skoro bitwa nad Bzurą w koncepcji w której Polska wygrywa wojnę nie powinna była się w ogóle wydarzyć, bo była to bitwa nie do wygrania ani przez Kutrzebę ani przez Sosabowskiego. Nie jest tez do końca jasne, dlaczego błoto i deszcze zatrzymały czołgi a nie zatrzymały konnych zaprzęgów taborów, kawalerii, artylerii konnej i nóg piechurów? Skąd i z jakich okoliczności dziejowych wynika nagłe przystąpienie do wojny Litwy czy utworzenie w Polsce legionu Czechosłowackiego, skoro jako żywo Słowacy woleli w 1939 wystąpić zbrojnie przeciwko Polsce, co zresztą uczynili. I jak wojnę mili wygrać generałowie klasy Juliusza Rómmla, Władysława Bronowskiego, Fabrycego czy Dęba – Biernackiego.

Być może jednak jest tak, że historii w której Polska wygrała z Niemcami i nie została pozostawiona sama sobie przez aliantów w 1939 roku nie da się opowiedzieć spójnie tak aby zachować historyczną wiarygodność, być może historia w tamtych warunkach z burzą czy bez nie mogła potoczyć się inaczej. I być może dlatego Parowski stawia inne pytania i skupia się na innym problemie – polskiej kultury z której być może można było coś ocalić i uratować.

Zupełnie uboczną historią i pozostającą w luźnym związku z całą resztą tego patchworku wydaje się być intryga osnuta wokół słynnego polskiego jasnowidza Stanisława Ossowieckiego. Sam niepokojący pomysł z zupełna utratą mocy jasnowidzenia, która przychodzi wraz z odwróceniem sytuacji na frontach i ostatnim widzeniem w którym znana nam historia polskiej martyrologii staje się jedynie ostatnim zwidem w głowie Jasnowidza wydaje się być kapitalny, podobnie jak rozwiązanie intrygi – jednak ów wątek nie staje się przez to wiodący (a zapewne jako taki był pomyślany) a postaci nie zyskują dzięki temu wyrazistości. Poza nielicznymi wyjątkami bowiem Parowski powołuje postaci i zderza je ze sobą bez kreślenia pogłębionych szkiców psychologicznych, co chyba jest niewykorzystaną szansą tej ksiązki. Doprowadza to bowiem do zderzenia współczesnych wyobrażeń tych postaci, które są jakie są, z powodu spełnienia się historii jaką znamy. Tymczasem Bruno Schulz czy Witkacy, Gombrowicz, Sosabowski czy Śmigły-Rydz  w wyniku innego zawirowania historii w roku 1940 zapewne byliby zupełnie innymi osobami.

Być może jednak, dzięki fikcyjnemu decorum, udaje się Parowskiemu w jakimś sensie przekroczyć zapisaną w zbiorowej podświadomości traumę 1939 roku i na chwilę postawić czytelnika w lepszym świecie, lepszej Europie.

SENNIK PODROZNY Z CZESLAWEM MILOSZEM BEZ POLSKICH ZNAKOW

Pierwsza noc w Buenos Aires, dziwnie tutaj mysle, tyle ksiegarni ale ani sladu Witolda Gmbrowicza, chociaz jak wiemy z obserwacji Tomasza Pindla i Szymona Kloski, jest to wybitna postac argentynskiego panteonu literackiego. Cos jest nie tak, to jakas falszywa geba byc musi, pupa wielka jak boskie Buenos, o nie, trzeba to spenetrowac, za homoprzeproszeniem. I klade ja glowe do poduszki, gdy uszy mi dygaja bo w kablowce ciagle „vamos, vamos argentina” chociaz do meczow mundialu chiwla jeszcze jako taka. I oto sni mi sie Milosz Czeslaw w pelnej krasie, chyba w okolicach slynnej miejskiej biblioteki publicznej w Nowej Rudzie przy ulicy Bohaterow Ghetta 5, stojac na wprost ratusza w Nowej Rudzie na prawo w gore, na rogu chyba byl, lub jest jeszcze bar mleczny. Budynek jest z czerwonej cegly jak zwykle a Milosz jest w czarnym fraku jakby wlasnie Nobla odebral, stoimy na wyboistych kocich lbach prowadzacych w dol, na podwroko za biblioteka, na parking tamtejszy. Milosz Czeslaw zaraz sie gdzies uda, bo przecie spotkanie autorskie skonczone i on na pewno zaraz gdzies jedzie dalej, ow przyslowiowy nasz poeta. Bo kiedy ktos chcial dac przyklad czegos w poezji to mowil na przyklad tak „na przyklad wiersz Milosza moze mi to albo tamto, a wiersz debiutanta moze mi owamto albo siamto”. Ale ten Milosz Czeslaw w osobistyj obejsciu jest mily,mysle sobie, stoi z nami i gada, zupelnie jak czlowiek i czuc wyraznie, jakby to powiedzial 20 lat temu noworudzki poeta, Zygmunt Krukowski, ze „nie idzie tego rozerwac”. Tej sytuacji znaczy, granicznej, z Miloszem Czeslawem i mna i nami na podjezdzie z nierownych kocich lbow, za biblioteka w Nowej Rudzie. I nagle ow Czeslaw spoglada na mnie i zwraca sie wprost:
- A wie Pan, Panie Radku, ze to chyba niedopatrzenie w historii literatury polskiej, ze nie ma w niej naszych owocnych wieczornych rozmow na rozne tematy!
No mysle, dziadzio pojechal po calosci, musze mu przerwac, bo przeciez wszyscy wiemy ze Milosz Czeslaw juz nie zyje to raz i nawet jezeli tutaj cos do mnie mowi to albo ja tez juz nie zyje albo on zaraz umrze, zeby bilans Miloszow zywych i umarlych zaczal sie w koncu zgadzac. Ale ow Czeslaw zupelnie nie zrazony ciagnie dalej:
- Panie Radku, mnie sie wydaje bliskie to co Pan pisze o tych Zydach, Cyganachm wie Pan to jest wielki temat, odtracony…
Aja mysle, ze juz wiem, Milosz mnie myli najzwyczajniej z Jerzym Ficowskim, ktorego szanuje, ale jako zywo nim nie jestem i nawet nie wypada zebym dluzej sie pod niego podszywal, raz ze to zacna postac, dwa ze tez nie zyje, wiec nie ma sie jak wybronic z tej mojej milczacej, czczej i glupiej uzurpacji. Wiec mowie cicho:
- Panie Czeslawie, chyba nie ma juz co z tym zrobic, tak sie stalo i juz, ja jestem tutaj Pan tam, a te slowa, coz moga, coz moga
Pomyslaelm zajarzy moze ze ja z tych Herbertowych Chlopcow raczej niz z willi Iwaszkiewicza, ale ten niezmacony zupelnie mowi dalej:
- Ja wszystko wiem Panie Radku, wszystko rozumiem, ale powiadam Panu nasze rozmowy powinny jednak miec miejsce, powiedzmy w czwartek co wieczor, co Pan na to? Nie przeszkadza Panu? To znakomicie!
I usmiecha sie znad tej swojej koziej brodki, ktora nosil w ostanich latach swojego zycia, zawija smokingiem i odchodzi w swinia dal podwrka za biblioteka w Nowej Rudzie.

RAPA NUI BEZ POLSKICH ZNAKOW

Rapa Nui jest przedziwnym miejscem na ziemi. Jest niewielka, ale i tak wieksza niz wyobrazenie o niej, kiedy sie ja widzi z powietrza. Pelna domyslow o poprzednikach w zasadzie tylko domyslow, bo zostalo po nich wprawdzie troche pisma (co ich rozni od Polinezji i kultur ameryki poludniowej ktore nie znaly pisma) ale ze nie ma materialu porownawczego – nie ma jak odcyfrowac pisma i nie wiadomo co to w ogole za znaczki. Niektorzy mowia o powinowactwie z sanskrytem a inni z hieroglifami egipskimi. Statuje czyli Moai, podobne sa do polinezyjskich bostw, ale nie wszystkie a niektore miejsca pod statuje (platformy kultowe) maja laczenia kamieni jak z fortecy inkaskiej Saqsaywaman pod Cuzco. Widzialem jedne i drugie i rzeczywiscie podobienstwo jest ludzace. Albo i nie ludzace. Klimat jest umiarkowany, teraz na poczatku zimy kwitna kwiatki i fioletowieja wszystkie trawy wiec wyspa sie robi bardziej adwentowa niz wielkanocna. Ponoc temperatura wody nie spada ponizej 20 st, powietrza ponizej 15. Ale tez latem nie jest wyzsza niz 30 st.

Przy tym wyspa wydaje sie mala, ale nie jest tak mala zeby wszedzie dojsc na nogach. Dzisiaj np. wlezlismy spacerkiem na jeden z wulkanow na krancu wyspy. Jutro wypozyczamy quada zeby udac sie na jedyna piaszczysta plaze na wyspie (cala reszta jest skalno wulkaniczona, raczej nie nadaje sie do plywania). Frajda podwojna bo nigdy nie jezdzilem na quadzie, ho ho a oni tutaj akceptuja wszystko, nawet polskie prawo jazdy.

Wyspa byla dziwna w przeszlosci, kiedy istnialo tutaj kilka udzielnych ksiestw i dziwna jest teraz bowiem domaga sie… niepodleglosci a jakze. Tymczasem zwaznym, ze trzy razy w miesiacu przyplywa z Chile statek i specjalnym promem (bo nabrzeza tutaj nie ma) przewozone sa wszystkie niezbedne do zycia rzeczy. Raz na trzy miesiace przyplywa specjalny tankowiec i elastycznym rurciagiem kotwiczac okolo 200-300 metrow od skalistego brzegu podaje paliwo do zbiornikow kolo lotniska. Lotnisko to wlasciwie wielki pas startowy przecinajacy wyspe na pol, zbudowany w ramach porouzmienia miedzy Chile a USA jako zapasowe lotnisko dla awahadlowcow kosmicznych. Na wyspie jest lacznie okolo 5000 mieszkancow. Wystepuje tu kilka zespolow folklorystyczno-cepeliowskich, jeden chyba calkiem niezly folkowy, sa tutaj takze dwa browary i niezliczona ilosc agencji podrozy ale zadnego wielkiego turystycznego przemyslu, zadnych wielkich hoteli. Wszystkie przedsiebiorstwa poza lotniskiem naleza do miejscowych ludzi. Aczkolwiek 43 porcent powierzchni wyspy zajmuje park narodowy i archeologiczny, pozostale 40-42 `procent nmalezy do rzadu Chile a okolo 5 procent do mieszkancow. Zaden obcokrajowiec nie ma prawa kupic ziemi na Rapa Nui, nawet jezli wezmie slub z Rapanujczykiem lub Rapanujka to ziemia ktora razem ewentualnie kupia od rzadu bedzie anlezec do rzeczonego malzonka lub dzieci z tego malzenstwa. Mieszkancy nie placa podatkow ale Nie wpadli na pomysl, ze gdy uzyskaja te ukochana niepodleglosc – rzad Chile moze im juz nie dostarczac paliw plynnych za free.

Wszystko jest koszmarnie drogie, ale pewnie to jest cena za wzgledny spokoj na wyspie. Dzisiaj przez caly dzien w zasadzie nie spotkalismy innych ludzi na wyspie. Cisza i spokoj, zadnych wielkich hoteli. Jest zakaz budowania na wsypie budynkow wyzszy niz dwa pietra. Wyjatkiem jest wieza kontrolna na lotnisku. Wszyscy mieszkaja w jednynym miatseczku na wyspoie Hanga Roa. W interiorze jest moze 10 bud udajacych farmy. Nic wiecej. Statuj jest okolo 1000, tych znanych, pierowtnie 300 z nich stalo na platformach kultowych, 200 bylo na roznych etapach transportu ku platformom a 400, w tym najwieksza 21 metrowa byly na roznych etapach produkcji. Wszystkie rzezbiono w kraterze jednego wulkanu Rano Raraku w centrum wyspy. Patrzac na same proporcje statuj postawionych, transportowanych i tworzonych to wygladalo na rosnaca histerie wytworcza. Tym dziwniejsze jest to ze wokolo statuj w trakcie produkcji znaleziono mase narzedzi, tak jakby ludzie nagle porzucili prace i odeszli.

Dziwne miejsce, troche jak ziemia w pigulce. Male, zatopione w bezmiarze i bez reszty pochloniuete drobnymi sprawami mieszkancow, tak jakby ten wielki ocean naokolo, 2000 km do najblizszego ladu w ogole nie mialo znaczenia. I wczesniej i teraz. Chcialbo sie krzynknac, ludziska, ludziska, przecie jestescie nic nieznaczacym pylkiem na bezmiarze wod. Obudzta sie. Ale czy ziemia nie jest taka wyspa wielkanocna? Juz nie powiem ze Polska.