Archiwum dla Kwiecień, 2010

NOTATKA NA ZADANY TEMAT 3. SPISEK PARTACZY ZAMIAST KARTACZY.

Wiadomo, że zdjęciami z miejsca katastrofy Polska i w jakiejś mierze świat będzie żył latami, ktoś tam zobaczy snajpera, ktoś zobaczy Stalina jak wstaje z grobu i kłusuje skrajem rumowiska po katastrofie lotniczej. Zawsze jednak zdumiewa mnie u ludzi wierzących w spiski i wietrzących spiski niewypowiedziana, pewnie nawet nie do końca świadoma, wiara w ludzką solidność, spójność i słowność. Nie chodzi o to, że spiski są niemożliwe, ale tym się różnią od teorii spiskowych, że ich realia są dalekie od teorii a ściślej fantazmatów spiskowych. Spisek wymaga ukrycia i dyskrecji a także dobrej koordynacji i sprawnego działania. Tymczasem mnie życie uczy, że nigdzie w już wśród narodów słowiańskich szczególnie nie wychodzi nam dyskrecja, koordynacja i sprawne działanie. Zaś zamiast złej woli o wiele częstszym i bardziej  śmiercionośnym czynnikiem pustoszącym ludzką wspólnotę jest partactwo, lenistwo, lekceważenie, ignorancja i zwykła głupota. Są to czynniki tym straszliwsze, że pozostają bardzo często niezauważone, nienazwane i równouprawnione z  najgłupszymi założeniami spiskowymi lub założeniami opartymi na domniemaniu złej woli i premedytacji. Zła wola, spisek, niecne zamiary jako kategorie wszystko wyjaśniające są również objawami pewnej ogólniejszej choroby – choroby braku pokory wobec świata, rzeczy takimi jakimi one są. A tym czasem historia niekoniecznie musi mieć jakiś wielki sens. To że człowiek ma prawo poszukiwać w niej porządku i sensu nie oznacza, że ten sens i porządek istniej i jest pełny a nawet jeżeli jest pełny, to, że ową pełnię z poziomu pojedynczego człowieka da się dostrzec. A gdy da się dostrzec, że się da cokolwiek o tym porządku powiedzieć, wyrazić w zrozumiały sposób. Spiskowcy teoremaniacy węszą ten spisek, czują, że to wszystko jest częścią większej całości zamiast się zgodzić na odczuwanie tego napięcia, pracować z nim i nad nim, natychmiast redukują owo napięcie poznawcze zalewając wszelkiej nierówności tonami masła i smalcu informacyjnego.

 

Trudno jest przyjąć, że rzeczy czasem dzieją się dlatego, że nikt, żaden człowiek nie ma na nie wpływu, że rządzi mniej lub bardziej ślepa fortuna, zbiór uwarunkowań, które nie mają nacechowania osobowego, nie są ani interwencją bożą, ani zapowiedzią mesjasza ani nie są odpryskami gigantycznej zmowy. Śmierć wydaje się absurdalna, nikczemna, ona musi mieć sens, jeżeli nie będzie miała sensu, być może – ja, Ty, On, Ona będziemy musieli się zmierzyć z myślą – nieprzyjemna, przyznaję – że i nasza śmierć nastąpi przypadkiem, na skutek przypadku i z grubsza bez sensu. Tworząc spisek, koncept spójny, na swój sposób logiczny, racjonalny – zyskuje się – zapewne mierne i złudne, ale jednak – poczucie sprawstwa, kontroli. Jeżeli ktoś, nawet wróg, gnój i sukinsyn kieruje tymi katastrofami, wpływa na nie, to w domyśle – można temu przeciwdziałać. Ludzkiemu partactwu trudno przeciwdziałać konkretnie. Ono nie ma planu. Jest przerażająco przypadkowe. I egalitarne. Czy nie jest tak, że w gruncie rzeczy za tymi spiskowymi teoriami z ostatnich dni jest zbiorowa projekcja niewypowiedzianego strachu, niepokoju metafizycznego, lecz zamiast go godnie przeżyć, dać sobie miejsce i czas na przepracowanie, natychmiast na miejscu śmierci, media, ludność wszelka, tłumy na Krakowskim Przedmieściu oraz spiskowcy ukuwają swoje małe sensy, senniki, skromne narracyjni objaśniające to co jest nieobjaśnialne. Jeszcze kurz nie opadł a już jedni z drugimi szyją swoje bandażyki na poranione dusze, na serduszka skołatane strachem, że może się okazać, że naprawdę tam nic nie ma. Uznać, że coś się po prostu stało, ponieważ się stało to przyznać skromnie i pokornie, że nie wszystko na tym świecie podlega, chociażby poznawczej kontroli, że nie tylko nie da się manipulować wszystkim, tak, jakby się chciało, ale co więcej samemu jest się czasem obiektem manipulacji z której nie ma dobrego wyjścia.

Na tym jak sądzę kończy się cykl notatek na zadany temat.

RUŚ KTÓRA ODCHODZI – SZKIC SPRZED 7 LAT.


Sam się sobie dziwię po latach, gdy odnajduję taki tekst napisany u schyłku 2003 roku i myślę, że trzeba by go jeszcze raz przypomnieć. Najlepiej zaś napisać od nowa. To było przed pomarańczową rewolucją i przed ostatnia sobotą, to jasne, ale sam się sobie dziwię i pod wieloma zdaniami nadal bym się podpisał. A że tekst napisany był dla niszowego pisma, to cyba nie jest zupełnie bez sensu wypuścic go jeszcze raz, tutaj właśnie.

 

1.

 

Warszawa zdaje się lekko dymić, chociaż to  mgła, nie pogorzeliska. Jest październik. Impreza literacka niebawem będzie dogasała przy jakiejś wódeczce, w mniej lub bardziej geriatrycznym towarzystwie.  Wpadasz na Mariankę ze Lwowa i Michała z Nowosybirska na środku zblakłego mocno chodnika na piętrze w Domu Literatury, co jak rimbaudowski statek pijany rozcina spienione marmury, granity,  asfalty, połyskujące nieistniejącym deszczem dachy taksówek. W zasadzie, że oni ze wschodu, dowiadujesz się po chwili rozmowy. Niby to przypadek sprawia, że mówisz o balladach, jakie niedawno dostałeś od przypadkowo spotkanych handlarzy w jednym z hipermarketów Warszawie. Słuchali przy swoim stoisku pieśni Chóru Armii Czerwonej Aleksnadrowa i jeden powiedział:

-         puść „dawaj tawariszcz zakurim”, to chyba trójka

A ty przecież znasz te płyty na pamięć, więc mówisz, że nie, że czwórka. Okazało się, że trójka, bo płyta była piracka. I od słowa do słowa, od Aleksandrowa, po cerkiewne nieszpory; po adresy i obietnice nie bez pokrycia jak się okazało, gdy któregoś dnia na okienku nad skrzynka pocztową listonosz zostawił pakunek, który nie mieścił się w wąskim przesmyku na listy. Rzeczywiście, o dziwo, odwzajemnili się i za trzy płyty, wysłali też trzy płyty. Wśród nich ta jedna, gdzie wbrew opisowi nie ma bandyckich ballad Petersburga, ale coś innego. Nie rozumiesz już języka wpychanego natrętnie jako język wroga w podstawówce, który zapomniałeś zaraz po ukończeniu szkoły, ale tyle pojąłeś, że do bardzo plastikowego podkładu facet śpiewał o tym, że ojczyzna znowu kładzie w mogiły dwudziestoletnich gierojów. I nawracające słowo „Afganistan, Afganistan” i jakby przeprosiny, usprawiedliwienie, pytanie, na które nikt nie odpowiada „szto my diełali w Afganistanie”? Michał  uśmiecha się ze zrezygnowaniem, ale już jesteście w jednej bańce o ostrych krawędziach. Marianka mówi o zdumiewającej ją polskiej poezji, że ona taka inna od ich wierszowanych piosenek, a przecież wciąż słowiańska z ducha; jakby chciała powiedzieć, że u nich cały czas rządzi rym i śpiewność, którą należy schować do kieszeni jako coś wstydliwego, jak naftalinowe kulki. Kiedy, odpowiadasz, Ty właśnie tej swobodnej śpiewności szukasz i radośnie witasz, wskrzeszaną czasem u tego czy innego poety. I oboje, po chwili, chórem, ale na głosy, że ta polska śpiewność jest już inna. Jakby przemielona, zdystansowana wobec opresyjnych zasad, może nawet mądrzejsza, bo nie terkocząca jak automat.

 A dlaczego Michale, zapytasz, tak dobrze mówisz po polsku, bez naleciałości, bez akcentu, skoro Ty z Nowosybirska. A Michał uśmiechnie się znowu smutno i powie, że  jeszcze w czasach jego średniej szkoły uczyli się z kumplami polskiego, bo wiele dzieł rosyjskich pisarzy było dostępnych i owszem, ale po polsku. Matuszka Rosija wciągnęła ich na indeks i nie pozwalała im do swoich, ich własnym językiem gadać. Marianka kiwa w tle głową twierdząco. I wspominasz wręczenie doktoratu honoris causa Brodskiemu w Katowicach kiedy ten, chociaż swoje wystąpienie przygotował po angielsku, poza protokołem mówił po polsku. A jeszcze wspomnisz w milczeniu  świętej pamięci, nieświętego żywota – Władimira Wysockiego, który w latach siedemdziesiątych napisał piosenkę o czołgu który w sierpniowym upale nie rozumie dlaczego stoi nad brzegiem Wisły i „łyka tłusty dym z drugiego brzegu”. Było, minęło?

Kilka dni później wpadnie Ci w ręce lekko zdezaktualizowane wydanie „Gazety Wyborczej”, a tam gdzieś na entej stronie  informacja o tym, że zmarł Gieorgij Władimow. Na czatach serwisu „nieszuflada.pl” spróbujesz się  tą informacją podzielić, no bo przecież po to wymyślono te netowe hocki-klocki, żeby ludzie sobie przekazywali ważne rzeczy. Ale uczestnik czata o pseudonimie zad358 zapyta:

-         Kto umarł? Jakiś Bułgar?

Zaczniesz coś  tłumaczyć, ale zmilkniesz szybko gdy zad358 wyraźnie da do zrozumienia na kanale ogólnym, że najzwyczajniej drze z Ciebie (?) łacha:

-         Byłeś z nim blisko związany? To straszne, taka strata dla literatury bałkańskiej…

A zawtóruje mu serią netowych uśmieszków człowiek o pseudonimie „Andaluzyjski_Podkuchenny” dorzucając też i lapidarne podsumowanie:

-         Brawa dla tego Pana…

Pewnie, że brawa.

 2
.
Ruś odchodzi a my nawet tego nie widzimy, pomyślisz. Tak jest, skoro zad358 (wiek średni, wieloletni członek Związku Literatów Polskich, oddział wielkomiejski) nie wie już kto to był Władimow, a jego pogardliwy bełkot o człowieku który w 1967 roku podpisał list za zniesieniem cenzury w ZSRR, że to niby wielka strata dla literatury Bułgarskiej, zyskuje poklask wśród ludu, który uważa się za literacki. A zatem Ruś w nas umiera, jak uśmiech na twarzy Michała, z łagodną rezygnacją. I co komu po wiedzy, że wówczas, w 1967 roku w ZSRR, groziło za podpisanie takiego listu  znacznie więcej niż celny strzał w mordę z lewego, jaki się należał zadowi358 (było, minęło). Pomijając refleksję z zakresu nauki o dobrym wychowaniu i manierach przy stole, że naśmiewanie się tak ze śmierci kogokolwiek, jak i z literatury mniejszych liczebnie od siebie nacji jest tancbudnym chamstwem. W zasadzie Idioty nie powinno dziwić, że zad358 nie zna, nie wie, i że wcale to go nie martwi, i że buczy sobie pewnie teraz do ekranu, że nie ma nad czym się zatrzymywać. Ot, jakiś Ruski wywalił w kalendarz. Było, minęło. Bo mówimy Rosja, a myślimy co? Step, równina, dzicz, mafia imperialna; wielkie torby w pasy – których przeznaczenia już nie znamy, pełni dumy Jewropejczycy z awansu; Stadion Dziesięciolecia – nazwa wypowiadana przez mieszkańców stolicy zapewne z pogardą tym większą, im częściej zaopatrują się tam w pirackie płyty z oprogramowaniem Microsoft Office i pochodnymi; naleśnikopodobne czapki żeglujące nad kolczastymi drutami, zdobiącymi szczyty płotów w dawnych miastach garnizonowych; dławiący miętowy aromat czekoladek od kolegów pionierów z Biełgorodu? Jakby Bułhakow, Rachmaninow, Szostakowicz, Czajkowski, Dostojewski, Gogol, Achmatowa, Cwietajewa byli z zupełnie innej Rosji. A podobno były czasy kiedy rządy robiły swoje a wódkę się wspólnie piło na pohybel czerwonym, bo blok był jak ze stali kształtowanej w wieże czołgów T-55, a ludzie – wiadomo – ludzie jakoś żyć ze sobą musza, chociażby mieli zaraz do siebie strzelać. I były czasy, gdy tam, kryjąc się przed wszystkowidzącym okiem Wielkiego Brata ludzie uczyli się białopolskiej mowy. Bo Rosja – samą siebie odrzucająca; samą siebie wsadzająca do łagrów; sama siebie przesłuchująca w aresztach w Twerze, Mińsku, Charkowie; sama siebie wysyłająca na emigrację; fingująca powody by samą siebie trzymać w domach wariatów; wreszcie – sama sobie strzelająca w tył głowy – ta Rosja, Ukraina, Białoruś, w polskim jazyku odszukiwała siebie. Ocalała jakiś rąbek prawdy, przyzwoitości, honoru i smutku rozległego jak step nad Donem. Nie dlatego, żeby własny język był zbyt ubogi. Dlatego, że języki same się zakneblowały a ten jeden jeszcze nie zdrętwiał w imadłach cenzorów. Ale – było, minęło.

3.
Bo oto zapukaliśmy do bram Edenu, zwróciliśmy się twarzami na zachód. Nie tylko politycznie, nie tylko gospodarczo, ale także duchem. Metodycznie kilkanaście lat skalpujemy siebie z Rusi, ze wszystkiego co Rusią pachnie. Idiota celowo używa pojęcia „Ruś”, które na jego własny rachunek oznacza bardziej przestrzeń wrażliwości, stan ducha, niż geograficzne krainy, konstelacje ziemskich rządów. W mowę odświętną, opus sacrum języka – poezję – wkradły się tony jakich nigdy nie używaliśmy, jakich nie było i zanikły te, które były w niej zawsze. Nikt nie powie, że źle czy dobrze, tak się po prostu stało. Władimow przemknął u nas niemal niezauważony. „Gazeta Wyborcza” napisze w nekrologu, że głównym bohaterem książki ”Generał i jego armia” jest generał Własow i szlus. Błąd, rzeczowy, ale nieistotny już, prawda? Co innego gdyby ktoś z redakcji napisał, że głównym bohaterem książki Hellera „Paragraf 22” jest Havermeyer. Od razu ktoś by zarżał litościwym śmiechem, ktoś inny zadrżał z oburzenia a redakcja by przeprosiła za błąd i czym prędzej sprostowała. Niestety, ale głównym bohaterem „Generała i jego armii” w warstwie powierzchniowej jest fikcyjny generał Kobrisow, a Własow występuje daleko w tle, na przykład w dniu kiedy 20 Armia rusza do kontruderzenia pod Moskwą, a ten stoi pod cerkwią i zamiast uwagę skupić na bitwie pyta, pod czyim wezwaniem ta cerkiew? Bohaterem właściwym jest jednak Rosja, która wkładała w usta łagierników idących prosto z zony na front patetyczne słowa pieśni, które po wojnie zawojowały świat za sprawą Chóru Armii Czerwonej, których i dzisiaj słucha się ze ściśniętym gardłem. Bo zekowie wierzyli, tak, wierzyli w to co się im mówi, szczególnie gdy Soso, kiedy już wytrzeźwiał, zaczął się do nich zwracać per „bracia i siostry”. Ta Rosja Władimowa wyrzuciła z kraju pochodzenia i nie dała mu wrócić gdy rozsypał się komunizm. Rosja Putina, Jelcyna nie chciała Władimowa, bo obrazoburczy, pokazywał pęknięcia pomników wielkiej ojczyźnianej. Umarł na wygnaniu, w Niemczech, tylko kto tam rozumiał to co on próbował powiedzieć? Ale ten jeszcze został zauważony a ile się rozgrywa poza obiegiem naszej świadomości? Dlaczego w imię pojednania polsko-niemieckiego łatwiej dzisiaj o tłumaczenia wierszy i prozy – niestety obracającej się coraz bliżej technicznej finezji i treściowego banału – zza Odry niż te bliższe, a które stały się enigmą? Nic przeciwko pojednaniu, ale dlaczego ono takie nierówne? To pytania nie tylko do polityków, bo oni sobie a ludzie – wiadomo – muszą jakoś żyć. Gdzie te tłumaczenia ukraińskich poetów, skoro już wolno? Dlaczego polskie uniwersytety tak ochoczo walą honorowymi doktoratami po głowach coraz bardziej zasłużonych i niepodważalnych depozytariuszy jednego pojednania, gdy nie ma na ten przykład nagrody literackiej, która braciom Moskalom, Zaporohowcom byłaby przepustką w lepsze życie? Czekamy aż zaczną być nagradzani  - jak Wiktor Pielewin – w U.S.A., Niemczech, Francji, Wielkiej Brytanii? A żal, bo i nas byłoby na to stać, a nagroda tutaj pewnie milsza by była, bo serdeczniejsza, prawie braterska.  Czy jeszcze się słyszmy, czy jeszcze coś o sobie istotnego wiemy? Żal, żal dziewczyny, żal zielonej Ukrainy. O’Hara, Ashbery, Wharton, Heller rulez. A tłumaczeń Babla pióra Woroszylskiego już nie uświadczysz nigdzie indziej jak w antykwariacie. Idiota nie ma nic przeciwko anglosasom, giermańcom – bardzo proszę, dla wszystkich będzie miejsce na rozległych połaciach słowiańskiego serca – tylko dlaczego, skoro od piętnastu lat jest już wolność wypowiedzi, nie ma antologii młodej poezji – niech będzie – wschodniosłowiańskiej. Nie wymagajmy już bardziej subtelnych rozróżnień pomiędzy tym co tworzyło się i tworzy w obrębie kultury ukraińskiej, białoruskiej, których to znajomość języków macierzystych stała się umiejętnością uznawaną za poślednią. Owszem, i my i oni uczymy się teraz zapalczywiej niemieckiego, angielskiego, ale czy zrozumiemy się lepiej między sobą gdy już posiądziemy tę umiejętność?

4.
Jest też chyba coś, czego od wschodnich braci nasza rodzima literatura mogłaby się nauczyć, a ściślej przypomnieć sobie. Warunkiem spotkania jest uznanie, że nie tylko ja daję, czasem wciskam, ale uznaję pełnowartościowość „Ty” i szanuję historię Drugiego, jestem gotowy się nauczyć. I owóż kiedy zabieram się za młodą polską prozę mam drażniące poczucie, że akcja tej prozy dzieje się w jakimś historycznym „nigdzie”, że postaci odnoszą swoje istnienie do horyzontalnego układu współrzędnych, jakby wyrastały z pustki. Co z tego, że wszystko wydaje się psychologicznie wiarygodne, skoro wiszące w próżni, dekoracje charakterystyczne bywają bladawe, nie przekonujące. Jakby po etapie epatowania historycznością, nastąpił okres panieńskiej wstydliwości, ostentacyjnego odcinania się od. I to do tego stopnia, że z trudem doszukać się naszej poplątanej Polski w tle o co prosi na puszczy krytyka. No tak jest, po prostu. W prozie widać najwyraźniej, że wyprowadziliśmy się ze swojego domu w nic. Rzeczywistość, świadomość bycia kolejnym trybem w pasie transmisyjnym tradycji niemal zupełnie znikła. Długo by o tym mówić. Poniekąd – było, minęło. A Tam, na wschodzie, z tego co dane mi było ostatnio czytać rzeczywistość historyczna jest cały czas obecna, historyczna z której wprost wynika teraźniejszość. A przychodzi im to jakoś bezpretensjonalnie, bez wysiłku, bez zadęcia, normalnie. Nie mówię już o fresku historycznym Władimowa, nawiązującym do tradycji najlepszej epiki rosyjskiej, pozostawmy budzącego skojarzenia z Zoszczenką – Dowłatowa na boku. Weźmy na przykład krótko i niemrawie promowanego u nas Wiktora Pielewina (rocznik 1962) z jego powieścią „Mały palec Buddy”. Tytuł przetłumaczony może i celnie, ale z oryginałem – „Czapajew i Pustota” – niewiele ma wspólnego, tak jak tytuł filmu „Wirujący seks” miał tyle wspólnego z „Dirty dancing” co koń z koniakiem. Powieść Pielewina w zasadzie jest – pomimo postmodernistycznego, deliryczno-narktycznego obłąkania – opowieścią o Rosji, dotknięciem spraw ogólniejszych, istotniejszych (?) niż traumatyczno-neurotyczne hocki-klocki jednostki. Diagnoza duszy rosyjskiej, której – jak powiada recenzent – nie ma a boli. Nie miejsce tutaj na recenzję, nie miejsce na szczegółowe analizy, ale rzecz sprowadza się do konstatacji, że dosyć awangardową formę, warsztatową, narracyjną, intertekstualną biegłość, Pielewin potrafi łączyć z głębią wielopoziomowej refleksji zbiorowej na temat „co się z nami stało”? I nie popada ani w eseizm, mądralowatość, ani w fabularną taniość. Błyskają nawiązania do wielkiej tradycji, no niestety nie wschodniosłowiańskiej, przyznajmy otwarcie, ale rosyjskiej – coś z Dostojewskiego, Tołstoja, Gogola i Bułhakowa. Zarazem jest ta tradycja, jak i jest dyskusja, próba odświeżenia dyskursu i mimo wszystko – osadzenie w realiach. Realiach, które są tak absurdalne, że uzasadnione jest podejrzenie, czy aby nie są projekcją życia wewnętrznego jakiegoś paranoika.Tutaj się łączy emocjonalne łkanie Idioty z wnioskiem racjonalnym na puszczy (bo i tak tego nikt nie posłucha w imię autonomii twórczej). Bo gdyby było tak, że emocjonalnie, wielkopańsko nie bylibyśmy obrażeni na Wschód, czy nie byłaby do pomyślenia sytuacja, że chociażby nasza proza (wszak poezja to i tak Wolna Republika) zaczęła sobie mocniej przyswajać tradycję rosyjską, bez szkody dla siebie. No co za wstyd niby? Tym bardziej, że własnej tradycji mamy zaledwie tyle co kot – na przykład bułhakowowski Behemot – napłakał. Może byłoby się na czym oprzeć, z czego czerpać. Szkoda, że polska literatura nie stworzyła do tej pory takiej postaci jak Piotr Pusto, że nie pojawił się polski Pielewin. Nie pojawił się, bo jesteśmy rozmyślnie głusi i głupi, gdy chodzi o zrozumienie tamtej kultury i rzeczywistości. Mamy swoje wzorce, prawda? Nawet ich brak, jest nam drogowskazem.

5.
Słuchasz piosenek weterana z Afganistanu, odtwarzanych z przepalonych płytek od przypadkowych gości spotkanych kiedyś w Warszawie. Bo to jakby kto rwał cęgami kłębki nerwów. Dodajesz Rachmaninowa Nieszporami, bo to jakby Pan odwracał swoje oblicze ku każdemu stworzeniu na ziemi, i łkając z nim w bólu, jak brat, wyzbywał się wszechmocy na rzecz wszechmiłosierdzia. I pomnisz tadejowe słowa o tym, że Ruś odchodzi, wypowiedziane na skraju cmentarza starowierców w Holi. Jej ślady jeszcze widać, ale coraz częściej lilie tylko porastają zsiniałe z żalu, nie pamiętając imion jakim patronują, sosny się rozsiewają rozsadzając korzeniami resztki obwałowań leśnej nekropolii. Czy to Ruś odchodzi na zawsze, czy po prostu my odchodzimy od niej zapatrzeni we wrota Zachodu a ona zapada się jak te groby wyczuwalne jeszcze, jeżeli latem pójść w las bosą stopą. Bo ginie śpiewna mowa babć przyrośniętych do ławeczek przed chałupami krytymi gontem, najczęściej już eternitowym, mowa która nie wie sama z jakich deszczułek jest pozbijana. Bo jeszcze są wsie, gdzie gdy kogo zapytać tam po jakiemu mówi, to odpowie:
-         po naszymu
Próchnieją krzyże przydrożne, chylą się cerkiewki nieogrzewane ludzkim ciepłem, umiera powoli na starość Hrybowszczyna w Puszczy Knyszyńskiej. Ruś jako przestrzeń duchowa, staje się wstydliwa, nie-trendy. Odchodzą przestrzenie dla narracji, swoistego czucia i myslenia; wyzbywamy się ich jakby były niechlujnie sterczącymi z garnituru nitkami, czymś co nie przystaje do normy salonowej. Stajemy na ubitej ziemi wolni od przeszłości i naleciałości, tacy swojscy. Bez niej, bez cyrylicznej smuty snującej się łąkami, wzgórzami – będziemy silni, bardziej uniwersalistyczni, zrozumiali dla salonów w Nicei czy gdzie tam jeszcze. Zarazem nadzy, okaleczeni, jakby ktoś odarł brzozę z kory i zostawił w nagim polu.  A to u nas zachowała się przecież ostatnia cerkiew unicka, chociaż gdyby archimandryta Roman usłyszał, przeczytał te słowa, szturchnął by Cię jak to robił co rusz pewnego lipcowego popołudnia i śmiejąc się rzuciłby:

-        
Nie ostatnia – jedyna

A ty z gardłem wywichniętym na lewą stronę pomyślałbyś jednak, że w Twojej językowej intuicji coś jest, może nawet coś większego, bardziej duszoszczipatielnego niżby ktokolwiek pomyślał. Nawet gdyby ktoś się pochylił na łożem śmiertelnym tej Rusi co wyprowadza się od nas powolnym, nieubłaganym krokiem, znika za Bugiem, gdzie też jej nie kochają, to przecież i tak by jej nie zatrzymał. I nikt nam nie uwierzy, że to my, że to my właśnie. Bo zaparci jesteśmy przed braćmi swoimi, w pogardzie z nimi żyjemy a oni z nami. A przecież powiedziane jest w Dobrej Księdze – Idź, najpierw z bratem swoim się pojednaj. Było, minęło?
 

DRUGA NOTATKA NA ZADANY TEMAT

Na chwilę wpisałem się do grupy sprzeciwiającej się poprzez facebooka pochówkowi Prezydenta i jego żony na Wawelu a potem się wypisałem. Uznałem jednak, że robienie demonstracji przed pogrzebem jest nie na miejscu, chociażbym się z tym pomysłem nie zgadzał. Historia ma swoje osądy i sztucznymi, technicznymi zabiegami nic się tutaj nie zmieni. Nie da się zakląć historii i wmówić jej kłamstwa wawelskiego. Najprostszy przykład to krypta Wazów, gdzie nie znam połowy a może i więcej pochowanych. I co z tego, że tam są. Wyniósł ich tam układ, zbieg okoliczności, powiązanie DNA a nie jakieś szczególne zasługi. Gdy mnie zapyta prawnuk za pięćdziesiąt lat jeżeli dożyję, nie będę umiał mu nic odpowiedzieć sensownego o krypcie Wazów, poza tym, że uważam całą te aferę z Zygmuntem III Wazą za jedną z największych dziejowych pomyłek w dziejach Europy i mojego kraju. Tak jak nie wszyscy królowie cieszą się dobrą opinią historyków i ludu polskiego, tak i nie wszyscy prezydenci na nią teraz i w przyszłości sobie zasłużą. Obawiam się, jednak, że gdy basałyk zapyta mnie za 50 lat kto to tam leży koło Marszałka, Pogromcy Bolszewii (chociaż zapewne powiem też basałykowi, że ten Marszałek to było niezłe ziółko wcześniej, socjalista co napadał na pociągi) – boję się, że za 50 lat nie będę umiał powiedzieć nic więcej, ponad to, że to taki prezydent, który zginął w samolocie w licznym towarzystwie. I co więcej, być może nie będzie to wcale osąd sprawiedliwie brzmiący, bo wiadomo, czasy mamy niewojenne. Ale brak zdolności do antycypacji tego typu zdarzenia za powiedzmy 50 czy 100 lat zdaje się stać za tym pochopnym i emocjonalnym wyborem miejsca pochówku. Chociaż generalnie mówię – skoro już zapadło – niech leży. Chociaż, no właśnie, chodzi mi o dwie rzeczy, które jakoś ciężko zmilczeć. Jeden drobiazg to folwarczność obyczaju. Mianowicie decyzja zapadła bez nawet wzięcia pod uwagę głosu kogokolwiek poza rodziną i władzami kurii arcybiskupiej. Nie było mowy, o tym że rozważa się te decyzję, nie było trybu warunkowego, że jeżeli nie będzie sprzeciwu. Nie. Podano decyzję do wierzenia, bez dyskusji. Każdy głos w dyskusji będzie i jest pacyfikowany pod hasłem ciszej, nie wypada, czy – co jest najbardziej kuriozalne – że nie wolno się nikomu wypowiadać na ten temat skoro tak zadecydował biskup i rodzina. Wawel nie jest prywatnym folwarkiem tego czy innego biskupa. Owszem kościół jest zarządcą Katedry, ale zarządca to nie właściciel a nawet właściciel nie zawsze może postąpić ze swoją własnością wedle uważania. Jeżeli nie ogranicza go prawo to zawsze powinien obyczaj. Wawel to nie kruchta, ale własność całego narodu, chociażby dlatego że cały naród łożył i łoży na jego utrzymanie. Cały naród a nie jedna rodzina i biskup. To dobro ogólne, tak jak Kościół Mariacki czy Zamek Królewski w Warszawie i dobrze by było gdyby przed decyzją jakąkolwiek w sprawie istotnie zmieniającej charakter tego miejsca zarządca zechciał wysłuchać co ma do powiedzenia suweren, czyli naród a naród nie jest już jak wiadomo jednego zdania. Belfersko wygłoszone oczekiwanie, że naród zrozumie i będzie milczeć kak sobaka, jest dla mnie nadużyciem i moralnym nelsonem poniżej pasa.

Sprawa druga dotyczy definicji. Otóż biskup raczył się wyrazić, że ś.p. Prezydent umarł śmiercią bohaterską i że jest bohaterem. Można zapewne uznać, że wszyscy pasażerowie samolotu, który rozbił się pod Smoleńskiem (a nie w lesie katyńskim jak już chcą mitomani) w jakimś sensie byli tam w ramach obowiązków służbowych, ale nie wiem czy dlatego mamy ich uważać za bohaterów. Bohaterstwo jest tam, gdzie jest świadomy wysiłek i okazanie odwagi – czyli zwalczenia własnego strachu w imię wyższej wartości. Czy bohaterstwem jest zatem wsiadanie do polskiego „Air Force One”? Bo przecież wsiadając chyba nikt nie zakładał że prawdopodobieństwo pożegnania się z życiem jest duże a skoro tak, trudno mówić, że dokonywał świadomego wysiłku pokonania strachu w imię wyższej konieczności. Wysiłku takiego zapewne dokonują setki, czy dziesiątki polskich żołnierzy w Afganistanie, niezależnie od tego czy komuś ta wojna się podoba czy nie – oni tam pełnią w naszym imieniu służbę i giną nie w wypadkach lotniczych ale od intencjonalnie wystrzelonych do nich kul. Ale zostawmy wojsko. Czy ksiądz świadomie idący do ciężko chorego na zakaźną, śmiertelną chorobę jest bohaterem – jest. Ale czy ten sam ksiądz, kiedy jego szofer przekroczy prędkość, wpadnie w poślizg i roztrzaska się na murze czy przydrożnym drzewie, z samego faktu że jechał do chorego – staje się bohaterem?

NOTATKA NA ZADANY TEMAT

Od soboty odbierałem telefony czy jednak jedziemy dalej z imprezą „Poeci dla Tybetu”, czy nie należałoby odwołać jednak całości. Nie odwołaliśmy całości, ale część, te która mogłaby naruszać żałobę narodową, czyli w porozumieniu z dyrekcją Centrum Kultury odwołaliśmy koncert DePress i generalnie niedzielną część imprezy. W sobotniej zrezygnowaliśmy z występu Jakuba Dymka oraz formacji Nangpa-La, ale poectwo czytało swoje wiersze dla Tybetu oraz wszystkie inne, publiczności , fakt nieliczna, ale zawsze, wybrała laureata Złotego Syfonu Publiczności – Darka Adamowskiego z Białegostoku.


Dlaczego, dlaczego. Dlatego, że czytanie wierszy nie narusza chyba żałoby, czytanie wierszy nie jest w żadnej mierze masowym aktem, jest wręcz aktem intymnym. Nawet gdy tych poetów i poetek jest sporo – to w momencie czytania zazwyczaj jest cisza a nawet jeżeli jej nie ma, to że czytający na sekund parę wytwarza świat wokół siebie, to prywatność rozmnożona, wiersz ma te właściwość, że potrafi wywołać kilkadziesiąt na raz osobistych, różnych, rezonansów. A przyjechali do nas ludzie od Szczecina do Białegostoku, do małego miasta nad Odrą, żeby czytać wiersze w sprawie. Żeby się przede wszystkim spotkać i zobaczyć, że jest nas mało, tak cholernie mało, w stosunku do ogromu sprawy której jakoś (każdy inaczej) chcielibyśmy pomóc. Jeżeli komuś się symbolicznie ta czarna niedziela kojarzy, nakłada i natrętnie narzuca, to przyjmijmy że i nam, tutaj, w Brzegu, wytwarzających, jak pole ektoplazmy jakieś fantomy wolnego Tybetu – wszystko się skojarzyło z jakąś nieuświadomioną do końca figurą romantyczno-mistyczną która domagała się domknięcia. Może nawet wierszem i tylko nam. Niech i tak będzie. I tak się stało. Tybet nie przeszkadza żałobie, nie narusza pamięci Katynia.
 

Ale nic się nie kończy i nikt  nie skostniał na amen. Spokojnie, to tylko awaria. Ani zipniemy a żałoba minie, kibice odwołają święty rozjem i znowu zaczną się nawzajem szlachtować na ustawkach, policjanci znowu ustawią się jak komiksowi zbójcy za wiatami przystankowymi łapiąc na łamaniu bzdurnych zakazów czy nakazów niedzielnych kierowców niczym Bolek I Lolek na tropie złoczyńców z krainy deszczowców. Strukturalnie nasze Państwo, Polska jest bardzo dobrze przygotowane na takie ewentualności, żaden urząd, ministerstwo nie przestanie działać, nic się nie zawali, nawet chyba scena polityczna pozostanie podobna, bo przecież inwazja ciepełka i nagłych zmian opinii o oponentach o 180 stopni także minie. Tak w kraju jak i za opłotkami naszej zagrody. Przy całym szacunku dla zmarłych, świętej pamięci kandydaci do Najwyższego Urzędu nie byli faworytami w tym wyścigu, nie za bardzo widać kogokolwiek kto by miał teraz zastąpić czołówkę peletonu więc wszystko pozostaje po staremu. Wybory prezydenckie, samorządowe mają zerowy związek z katastrofa Ado parlamentarnych zdążymy wszyscy już zapomnieć kto szczuł i co było grane.

 

Nie wierzę tez w żadne zmiany mentalne w tym potrzaskanym tożsamościowo, nieufnym wobec siebie na wszystkich poziomach, zakutanym po uszy w hipokryzje i małe obłudy społeczeństwie pogańsko-katolickim. Śmierć Papieża i Pokolenie JP2 nie dokonało żadnej przemiany, dlaczego straszna, przypadkowa, niepotrzebna, śmierć 96 osób, w części polityków miałaby coś zmienić? Jak mówi poeta Kaczmarski:


 
Koszulę z piersi zdarł, zupełnie jak w teatrze,

Polacy – czuły naród – dali nabrać się:
Niektórzy w krzyk, że już nie mogą na to patrzeć,
Inni zdobyli się na litościwą łzę.

Tyle hałasu trudno sobie wyobrazić!
Wzniesione ręce, z głów powyrywany kłak,
Ksiądz Prymas siedział bokiem, nie widziałem twarzy,
Evidemment, nie było mu to wszystko w smak.
(„Rejtan czyli raport ambasadora”)

POECI DLA TYBETU NA STARCIE

Dzisiaj ruszyli „Poeci dla Tybetu” w Brzegu. Razem z imprezą ukazuje się w internecie e-book pod tytułem „Poeci dla Tybetu”, plakat poetycki w formie tomiku do samodzielnego składania,  w niedługiej przyszłości załączymy go do nowego numeru czasopisma „Red.”. Impreza odbywa się w nienajlepszej sytuacji finansowej Stowarzyszenia. Jest ubogo ale bogato. Zdumiewająco wręcz.

 To Patryk Doliński był motorem naszych inicjatyw wyrosłych z forum „Jurodiwiec”  dawno, jeszcze około 2008 roku. Patryk Michalski z kolei okazał się być tymn księdzem katolickim, który był gotów odprawić msze za prześladowanych w Tybecie w dniu zakończenia igrzysk w Pekinie  w sierpniu 2008 roku.  Tomek Pietrzak z kolei w czasie olimpiady próbował ruszyć z akcją „Wiersz dla Tybetu”, rzucił pomysł na nieszufladzie, zebrał bęcki i zaszył się tymczasem. W grudniu zeszłego roku Ania Juchnowicz była tą dziewczyną , która zaproponowała, że zrobi e-booka dla serwisu, ale mówi, mało tych wierszy w serwisie, co z kolei zdopingowało mnie i Patryka do tego, żeby rozpuścić wici w eterze na które niespodziewanie odpowiedziało wiele osób, znacząco wiele, w tym Tomek Pietrzak, któremu podobna akcja w 2008 wyszła gorzej, wpadła w sidła jałowych dyskusji na pewnym serwisie netowym. Tomek z kolei tchnął w nas ducha ofensywnego. Z tym co mieliśmy pewnie byśmy powiesieli ebooka, zrobili małomiasteczkowa impreze literacką i tyle. Ale Tomek tchnął w nas siłę żeby z tym co mamy pójść dalej. No i Stowarzyszenie, super ludzie, które to już pokolenie ludzkie pod tymi sztandarami? A piszę to wszystko żeby podkreślić, że to nie jest one-man-band. To jest people’s band. Inni ludzie odpowiedzili wierszem a jeszcze inni przyjadą. Mam wrażenie że to początek nowej przygody, że zadyma pod nazwą „Poeci dla Tybetu” dopiero się zaczyna. Naprawdę. Coś mi się wydaje, że ten ebook będzie się rozrastał.

I to poczucie nie mija, mimo że po pierwszym dniu jestem zmęczony, niewyspany. Coś się zaczyna. Poezja zaangażowana? A własciwie dlaczego nie.