Archiwum dla Marzec, 2010

A TERAZ BĘDĘ GDZIE INDZIEJ

Będę bardzo gdzie indziej, to znaczy wszęzie tylko nie w necie, zapraszam tam gdzie będę, może być sensownie:

A zatem naprzód.

MÓWTA CO CHCETA – LICHO NIE ŚPI.

Było tak, jechałem na spotkanie autorskie u Szymona Babuchowskiego w Chorzowie Starym w tamtejszym domu kultury. Spotkanie jak wiadomo miało się odbywać z okazji tego że Babuchowski to Katolskie Odrodzenie Polski (w skrócie KOP) a ja Tajna Organizacja Radykalnych Aryjczyków (w skrócie TORA) a obaj zaś wystąpiliśmy w Piśmie Apokaliptycznym „44” (chociaż jak sądzę z różnych pozycji). Miałem być odpytywany z najnowszych wierszy z tomiku z zeszłego roku „NeoNoe”. No ładnie myślę, jedźmy przeto. Mijałem właśnie w pędzie Górę św. Anny gdy otrzymałem tajnego smsa od Wojtka Rusinka że w radio na zapowiedzi tegoż spotkania, gdy głos lektora doszedł do tytułu pisma „44” taśma zacięła się trzy razy. No cóż. Bywa. Jechałem dalej niczego nie podejrzewając. Wymyślałem w tym czasie opowiadanie literary-fiction w którym młody poeta budzi się w kazamatach nowego pięknego świata opanowanego przez brunatne siły, które w pierwszym rzęzie rozstrzeliwują całą redakcję Pisma Apokaliptycznego „44” a zagorzałych zwolenników „Frondy” zsyłają na Sołowki. Młody poeta trafia na przesłuchanie do oficera śledczego, który wymawiając słowa na „r” ujawnia wadę wymowy, jest blondynem, pochodzi z miasta Łodzi i wydaje się mu dziwnie znajomy, ale cóż, to chyba złudzenie, wszakże to brunatny świat. Tak dumając nad fabułą opowiadania, którego nigdy nie napiszę dojechałem do Chorzowa, wlazłem na strych Domu Kultury i ani się obejrzałem a już czytałem wiersze i odpowiadałem na pytania. W samym środku imprezy, gdym czytał coś koło „NeoNoe” głośniki zaczęły przeciągle piszczeć jak stado Nazguli, trzeba było je odciąć. Nic dziwnego, powiedział Rysio Będkowski, głośniki pochodziły z linii EON (czyli Noe od tyłu a fuj, co za szatańska perwera z nutą homofilii!) i były opanowane przez szatańskie wibracje. Ale nic to. Wracałem tą sama autostradą A4 walczać z megasennością i postanowiłem zejchać koło północy na Orlen na Górze św. Anny.

Tam zasię postanowiłem nabyć drogą kupna kanapkę, kawę oraz numer „Tygodnika Powszechnego”. Staję więc przy kasie trzymając kanapkę jaką byłem zainteresowany i numer czasopisma żydowsko-masońskiego gdy facio za ladą mówi mi, że nie ma tych utensyliów w systemie. No jak, mówię nie ma ich, jak trzymam je w ręce a tutaj proszę o, są metki. A on mówi że nie wie jak to jest, ale tego i tego nie ma. To nabij mi Pan mówię jakąkolwiek rzecz w tej samej cenie. A on mówi że nie, bo on nic nie ma w systemie z rzeczy jakie moje są. Są i nie ma. Ot szatański wynalazek. To chociaż herbatę mówię. A to proszę, tam jest ekspres. Biorę więc dziarsko kubek papierowy i ruszam w stronę rzeczonego ustrojstwa kawowo-herbacianego w celu zaczerpnięcia wrzątku, który po dodaniu się z saszetką herbacianą da wywar o jaki chodzi. A tutaj nagle głowica ekspersu opuszcza się ku kratce na której jeszcze nic nie stoi i dosłownie wyrzyguje z siebie kłęby pary a kubka nijak nie ma jak podstawić, bo w mordę jerza – za nisko ta głowica, ona normalnie chowa się we wnętrzu kubka. Zrezygnowany udałem się do samochodu i powlokłem najwolniej jak umiałem do domu, sprawdzając czy aby nie odpadają śruby od kół, czy luzu w kierownicy nie ma. Kilka notek niżej namawiałem do zakupu poprzez nabycie pisma „44” ale teraz nie jestem już taki pewien, czy powinienem to czynić nadal. Dalibóg, uważajcie na siebie gdy będziecie czytali bloga Nowaczewskiego, wiersze Wencla czy nie daj Bóg, Wiśniewskiego, sprawdzajcie mocowanie więźby dachowej, zerknijcie na ulice, czy pod domem nie stoi czarna Wołga. Licho nie śpi.

KATARYNA MUZĘ WCINA – PAT METHENY 2010


Pat Metheny i Orchestrion to był ciekawy koncert chociaż nie do końca poczułem się przekonany koncepcją. Ale oczywiście jest klika pewników. Po pierwsze słuchanie dobrej muzyki na żywca oczyszcza umysł i serce , to pewne. I tej muzyki było sporo, na oko około 60 może nawet 65% całego koncertu. Po drugie Pat Metheny to dobry muzyk, który wie o co mu chodzi i potrafił to, o co mu chodzi osiągać czego najlepszym przykładem jego dawne projekty z Pat Metheny Group czy np. „Secret Story” chyba jedna z lepszych płyt jakie w ogóle z zakresu soft-jazzu znam. Pat ma swoje rozpoznawalne brzmienia, zagrywki, motywy, sposoby frazowania. To czyni z niego artystę a nie tylko dobrego muzyka. No ale teraz wątpliwość co do samego projektu. Bowiem Pat gra na gitarze tyleż solo co kieruje poprzez nią (i chyba nie tylko poprzez gitarę bo widać, że to i owo nadeptuje co leży na scenie) całym szpejem który stoi jak wielki muzo-robo-cop za nim. Są w tym szpeju, w całej ścianie szpeju, instrumenty perkusyjne, klawiszowe, gitara basowa i klasyczna a i gitary na jakich gra Pat nie są zwykłe. Do tego dochodzi niezła loop stadion, czyli urządzenie na którym można sobie nagrać frazę, cały utwór nawet i zapętlić określona ilość fraz żeby potem do nich dogrywać solówki albo kolejne frazy. Rzeczywiście, jeżeli kiedyś mówiło się o możliwości one-man-band to Pat Metheny ją urzeczywistnił i to w jazzie – co wydaje się samo w sobie oksymoronem. Zawsze wydawało mi się, że istotą muzyki jazzowej ale także bluesowej i rockowej jest interakcja – między artystą a publicznością albo między samymi artystami na scenie. A jazzie jest to szczególnie ważne bowiem z tej interakcji wynikają zaskoczenia, to czyni te muzykę ciekawą, niepowtarzalną, ciągle wędrującą. I moja wątpliwość dotyczy właśnie tego co jest esencją jazzu. Jeżeli tak, jeżeli interakcja, dzianie się muzyki w trakcie jej grania, to ten cały Orchestrion, którego skonstruowanie, wierzę – zajęło Patowi wiele czasu i energii – to tylko taka jazz udająca katarynka. Nic nikogo zaskoczyć nie może ani kompozycyjnie ani brzmieniowo bo interakcja jest między maszyną a człowiekiem a ściślej miedzy tym samym człowiekiem. Niby jedne człowiek tym steruje. Okej, prawda, ale nie uwierzę, że sterowana tupnięciem nogą czy brzdąknięciem w strunę e perusja zabrzmi równie pełnie jak z perkusistą, który potrafi to samo zagrać szczotką, pałką, o rant werbla, środkiem membrany. Nie ma takiej możliwości. Zostaje zatem blade tło, rozbudowany automat perkusyjno-akompaniujący.

 Oczywiście jest autor i on gra ładnie, momentami gra sam, solo i to chyba jest najprzyjemniejsze a potem gra. No właśnie – na żywo? Solo? W czasie koncertu Pat tłumaczył i demonstrował jak działa Orchestrion, ale nie za bardzo przekonuje mnie sztuka do której trzeba przekonywać, poza tym nie wierzę, że każdą nutkę zagraną na koncercie Pat wysterował na żywo i wynikało to właśnie z demonstracji jakie przeprowadzał na użytek publiczności. Bo gdybym miał jeszcze pewność że to rozbudowana improwizacja samego muzyka – to bym po prostu się cieszył ze względów wymienionych we wstępie do tej notatki. Jednak mam przekonanie graniczące z pewnością że nie akordy czy frazy ale całe utwory były odgrywane przez Orchestrion według wcześniej zaprogramowanego planu a nie tworzone na żywo. Zresztą sama definicja muzyki „na żywo” pewnie będzie musiała ulec modyfikacji już niebawem. No bo ile fraz może sobie dograć muzyk, żebyśmy jeszcze nie skrzywili na jawny „half-playback”.

Pat twierdzi, że jego projekt to przełom, nowum i w ogóle. Na jego stronie można przeczytać jak tworzył urządzenia i tak dalej. Ale to nie przełom, to raczej załom. „Secret Story” to była prawdziwa miłość. „Orchestrion” jest trochę jak solowy seks z samym sobą przy użyciu złożonych i wyrafinowanych narzędzi mechanicznych. A że też potrafi być miło. Pewnie, że tak, ale czy o to chodziło?