Zupełnie nie zauważyłem jak Martyna Wojciechowska pracująca dla jednej z komercyjnych telewizji zdobyła koronę ziemi i nagle stała się wysokogórskim ekspertem. Nie wiem, może jestem krzywdzący dla Martyny Wojciechowskiej, być może podróżowanie z ekipą filmową po różnych zakątkach świata też wymaga niezwykłego hartu ducha ale mimo wszystko wyżej będę doceniał górskie wyczyny podejmowane dla nich samych a nie dla zrobienia takiego czy innego programiku dla podrzędnej komercyjnej telewizji w podrzędnym, średniej wielkości kraju w Europie. Mówiąc krótko – dajcie mi budżet programów Martyny Wojciechowskiej w a wejdę na Mount Everest recytując z pamięci „Pana Tadeusza”. Jestem gotowy. Nie ma chętnych żeby mi opłacić koronkę, implanta ziemi? Cholera. Szkoda. I co, dlatego, że nie jestem blondynką? Tylko dlatego?

 

Żeby pozostać w kręgu kultur upadłych – nominowanie „Avatara” do Oscarów i zapewne jego tryumf w kategoriach to oczywiście tryumf kasy a nie ducha od ucha do ucha. Rozmawiając ze znajomymi o „Awatarze” odczuwam pewne załopotanie i czuję się – bywa – jak dinozaur pręgowany. Generalnie obraz się podoba, bo kolorowy, rysunkowy, ze słusznym przesłaniem i zapierającymi dechy w piersiach efektami. A kto mówi inaczej ten kiep albo czepialski. Ja zasię muszę przyznać, że skoro siła filmu w efektach specjalnych i grafice komputerowej, to proszę dajcie mi 237 milionów dolarów, a zapewniam, że ja również opłacę speców od efektów specjalnych i będzie na co popatrzeć. No ludzie, to żadna sztuka wydać ćwierć miliarda dolarów  a potem obnosić się z efektami specjalnymi jako główną atrakcją filmu. Litości. A gdzie postaci, gdzie elementarna spójność fabuły i chociażby na poziomie bajki – spójność świata przedstawionego. Sztandarowym przykładem braku tej spójności jest ekstrapolowanie w świat za 200 lat wszystkiego co znamy już obecnie. Śmigłowce, rakiety, karabiny – to wszystko znane jest i dzisiaj w niewiele zmienionej formie. Dlaczego za 200 lat ludzkość w strategicznym punkcie wszechświata miałaby się posługiwać przedpotopowym sprzętem skoro nawet Talibany nie używają muszkietów z czasów wojen napoleońskich? A dlaczego grawitacja odpycha góry Pandory ale zarazem sprawia że kto się poślizgnie ten spada z tych gór? Działa tylko na kamienie ta grawitacja? Bo woda z wodospadów z tych gór tez spada w dół a nie leci do góry.

 

W opozycji do tego opowiem wam, jak wędrowałem ostatnio po „Empiku” i dziwiłem się, że proza Izaaka Babla pod tytułem „Konarmia” znajduje się na półce „Historia Militaria” zerknąłem na półke z poezją a tam – dosłownie – „wielka księga siusiaków”, na półce z grami leżało dvd z filmem „Piraci z Karaibów” zaś na półce filozofia książka Joe Simpsona „Dotknięcie pustki”. Nie wiem dlaczego tak. Nie rozumiem jeszcze, że można być literackim imbecylem i nie wiedzieć że jeden z najwybitniejszych prozaików XX wieku służył istotnie w Armii Konnej Siemiona Budionnego znakiem czego spisał ów czas w formie krótkich opowiadań; jak  można w ogóle nie odróżniać filmu od gry komputerowej (casus „Awatara” się kłania) i nie zajrzeć do książki Simsona w której opisuje jak ze złamaną nogą czołgał się trzy dni po lodowcu do bazy pijąc własny mocz – są tam zdjęcia, rysunki i mapy lodowca z zaznaczoną trasą Joe. To nie filozofia ale prawdziwa historia, życie za wszelką cenę. No ale do tego trzeba mieć coś z szarych komórek. Nie wiem skąd taki bałagan. Tymczasem dochodzę do kasy i dostaję w promocji dvd z filmem „Once”. Siadam w domu i oglądam. Skądś znam tego gościa z gitarą z pierwszej sceny. I to nie tylko dzięki dźwięcznemu irlandzkiemu „Fok” (zamiast „fak”). I nagle olśnienie. Pamiętacie kultowy film Alana Parkera na podstawie powieści Roddy’ego Doyla „The Commitments”? Kończy się serią scen w których reżyser (bo w powieści tego nie ma) pokazuje co się stało z pozostałymi członkami zespołu. Outspan, gitarzysta pokazany jest na jednej z ulic Dublina, kiedy gra na gitarze. „Once” zaczyna się na tej samej ulicy 20 lat później tylko że Outspan to oczywiście nie Outspan ale Glen Hansard i gra kawałki swojego, rzeczywiście istniejącego zespołu „The Frames”. I spotyka dziewczynę, która zamawia u niego naprawę odkurzacza. I się zaczyna historia, która nie krzyczy niczym szczególnym, wydaje się zwykła, ludzka, fragmentaryczna, po ludzku niedopowiedziana i po ludzku niedokończona. Acha i Hansard gra w filmie na tej samej gitarze co w końcowych scenach  z „The Commitments” tyle że ponieważ nie miała ona „łezki” dla ochrony przed uderzeniem piórka przednia płyta jest wydrapana do belek usztywniających co widać na załączonym obrazku:

 

Polecam ten film niejako w opozycji do „avtara” bowiem jego produkcja kosztowała dokładnie tysiąc razy mniej niż bizantyjski potworek Camerona, ekipa pracowała 17 dni zdjęciowych w naturalnych plenerach Dublina i okolic, nagrywając zwykłych ludzi a główne role nie były grane przez profesjonalnych aktorów. Często używano obiektywów z długą ogniskową, dzięki czemu nawet przechodnie nie orientowali się, że w okolicy kręcony jest film. Trochę tak, jakby kino przypomniało sobie od czego jest. Że potrafi być od opowiadania prostych historii, które dzięki temu nabierają większej mocy. A pomiędzy tym wszystkim unosi się sporo ciepła, zwykłej akceptacji dla życia, takie jakie jest, bez sztucznych upiększeń i ułatwień.

Czego wszystkim oraz samemu sobie życzę.