Archiwum dla Luty, 2010

LIKIWDATURA. SUPLEMENT DO ROKU 2009. JESZCZE CHWILA O CZASOPISMACH I SPADAM.


 

Ministerstwo ogłosiło wreszcie wyniki jedynego, jak się okazuje, naboru w tym roku na wspieranie czasopism artystycznych i literackich. Szkoda wielka ale wygląda na to, że następuje kolejny akt centralizacji kultury. Nie  chodzi bowiem o to, że pieniądze przyznano wybiórczo, bo to dość jasne że wszystkim nie da rady dogodzić, nie chodzi już nawet o przesłynne  „błędy formalne” we wnioskach które uwalały redakcje na długie miesiące i czyniły z dotacji wyścig na przecinki. Chodzi o to, że panele ekspertów, które są oczywiście utajone, więc nie wiadomo kogo pytać o zdanie i komu podziękować (niech żyje transparentność Ministrze Zdrojewski) skoncentrowały środki finansowe w sposób nader dziwny i nieproporcjonalny. Otóż w ubiegłych latach wszyscy dostawali po mało albo bardzo mało w tym roku większość nie dostała nic a niektórzy dostali kasy w opór (jak na czasopisma kulturalne rzecz jasna a Sobiesiak z Mirem, Zbychem i Rychem – pęka ze śmiechu) W połączeniu z utrąceniem drugiego naboru dla wytrwałych – dla wielu redakcji oznacza to uciążliwą hibernację lub po prostu likwidację. Uczciwie jako naczelny mówię, że nie wiem za bardzo co to znaczy dla „Red.”-a.


Zabawne jest też to, że treściowo wnioski z roku 2007, 2008, 2009 (nie wiem jak inne, wiem jak nasz) niewiele się różnią, tak do końca zatem nie wiadomo, dlaczego w jednym naborze zyskują poparcie i odpowiednią ilość punktów od komitetu sterującego zwanego sądem kapturowym a w innym nie. Dlaczego wnioski się treściowo nie różnią? Bo pismo ma określony kształt i jeżeli go zmienia to ewolucyjnie o czym zresztą się we wniosku nie pisze a jak się pisze, to chyba nikt tego nie czyta, no, na pewno nie w komitecie sterującym. Nie da się prowadzić żadnej działalności ciągłej w takim stanie gdy się za to samo dostaje raz bęcki a raz frukty. I nie wiadomo dlaczego.


Co więcej – jak się jednego roku dostaje zero złotych a w nastepnym ni stąd ni zowąd 214 tysięcy to nikt mi nie wmówi że to jest 214 tysięcy na merytoryczną działalność, bo trudno jest utrzymać zespół gdy się ma takie wahnięcia że raz kasę trudno przeżreć a drugim razem nagle trzeba się zrzucać na znaczki.


Mnie mojej własnej pracy nie szkoda, chociaż szkoda mi współpracowników, kolegów redaktorów i autorów robiących w zasadzie od kilku lat za friko. Albo prawie za friko. Mimo wszystko jednak udało nam się zrobić poza Warszawą ogólnopolskie czasopismo które miewało relatywnie niezłe zejście w sieci sprzedaży czyli przy dobrych numerach około 65%. Przy złych numerach bywało gorzej, ale tak to jest. To nie dziennik, który kupuje się odruchowo. Szkoda mi jednak na ten przykład redakcji bardzo zasłużonej jaką jest (był?) „Fa-art.”, szkoda mi łódzkich „Arterii”, które w roku 2009 szły szybko i szparko przez środowiskowe bajorka. Szkoda mi, że 214 tysięcy hurtem dostaje „Krytyka Polityczna”, która nie wydała w zeszłym roku nawet dwóch numerów ale potrafi wokół siebie medialnie robić zadęcie z poszumem jako środowisko wpływowe, ponieważ swoją środowiskową wpływowość głosi, i zarazem szkoda że dla odmiany Dunin Wąsowicz robiący wytrwale miesięcznik próbujący trzymać ręce na pulsie – dostał w tym roku 106 tysięcy, czyli mniej niż rok temu. Dziwne jest że 147 tysięcy dostaje kwartalnik mający sławić kulturę Jidysz a który jak wynika z zestawienia zaakceptowanych projektów nie ma nawet własnego tytułu (sic!). I tak to dokonuje się konsolidacja rynku czasopism w Polsce. Minister powie – naciskajcie na samorządy. Ale samorządy kopiują styl z góry. Przykład idzie z góry a nie z dołu, chociaż szkoda że nie odwrotnie ja wiem, ale takie realia, taki kraj taka gmina. Poza ty samorządy przy projektach o zasięgu ogólnopolskim – jak np. pismo literackie – pokażą właśnie na Pana Ministra i powiedzą, no sory, my mamy taki fajny chór i teatrzyk gałgankowy którego Pan Minister na pewno nie wesprze. I tak to się bawimy, chociaż zabawy w tym coraz mniej i coraz bardziej szanuję i rozumiekm decyzję redakcji „Portretu”, która uczciwie acz nie bez kąśliwości zamknęła swoją działalność, Amen.

44 W OBROCIE A W NIM COŚ Z ZUPEŁNIE INNEJ BECZKI



W dystrybucji jest już drugi numer pisma „44″ a w nim kawałek poświęcony JP2 napisany na 10 lecie „Listu do Artystów”. I z niego  taki fragment:


Drogi współczesnej sztuki, a także literatury, wbrew zaklęciom Tamtego Papieża z „Listu…” – rozchodzą się  z drogami wyznaczanymi przez Kościół Rzymsko-katolicki. Można powiedzieć, że z narastającą wzajemnością. Nasza, polska sztuka odwołująca się wprost do prawd wiary – razi deklaratywnością, dydaktyzmem. Wydaje jej się, że jeżeli jest słuszna ideologicznie, to nie dozna krytyki. Ktokolwiek bowiem by zechciał ją skrytykować – objawienie skrytykuje, Boga samego, przez którego natchniony jest wiersz, wierszyk, rymowanka. Nie potrzeba chyba dodawać, że szukając swojego uzasadnienia, wiele tych potworności artystycznych odnajdzie, być może wbrew intencjom, opokę swoją w „Liście do artystów” przywołując wersy o powinnościach, objawieniu, konieczności chwalenia Stworzenia i Stwórcy na każdej harfie i cytrze, chociażby była z gontu i nie stroiła.  Taka w większości nieudana sztuka, literatura specjalnej troski znajduje poparcie i oparcie, w taką się inwestuje i podtrzymuje – bowiem słuszna. Realia polskie, w których doszło już do kilku precedensowych procesów i skazań artystów za obrażanie uczuć religijnych – wyraźnie wskazują jak miejsce sztuki widzą Urzędnicy od pana Boga, bo to nie wynika z deklaracji, ale  z praktyki. Nikt w obronie wolności artystycznej się nie zająknął, bowiem liczą się przede wszystkim owe „uczucia religijne” co do których istnieje podejrzenie, że imię ich nadęcie, obraza i neuroza, bowiem jakoś dziwnie dochodzą do głosu głownie jako znieważane, obrażane. Wystarczy poczytać – co nie daj Bóg – antologie poezji chrześcijańskiej, kąciki poezji w prasie katolickiej, przyjrzeć się koncertom ku czci, gdzie ten sam garnitur pieśniarzy nie mających wiele do powiedzenia poza konfekcją (wyjątkiem jest może Marek Bałata, 2Tm2,3, Lao Che, Leszek Możdżer – ale oni w tych koncertach nie występują). Wreszcie, jeżeli ktoś ma jeszcze wątpliwości jaka sztuka wspiera się na kościelnych instytucjach – niech przyjrzy się pomnikom Naszego Papieża od Suwałk po Bogatynię i od Szczecina po Ustrzyki.  Owszem, szczerość intencji bije w oczy na równi z nieporadnością lub niechlujstwem, archaiczną stylizacją, czołobitną grzecznością i unikaniem jak ognia spraw żywotnych i jątrzących. Ma być pokora, służebność i szanowanie tajemnicy, którym to słowem chętnie zasłania się wszystko to, na co nie istnieją proste i bezbolesne odpowiedzi. W tej hierarchicznej strukturze rozumny artysta – filmowiec, muzyk, poeta – jedną z władz rozumu jest przecież krytycyzm – nie będzie umiał się odnaleźć i będzie szukał tlenu. I wydaje się, że nikt takiego wariata – gotowego do rozmowy, jurodiwego, nawiedzonego idioty – nikt nie wyczekuje. Nie ma dla niego miejsca nawet w przedsionku czy pod schodami tej Katedry z której tak często czuć kadzidłem a tak rzadko powietrzem, czymś zdatnym do normalnego oddychania.

TYLKO BEZ SZTUCZNYCH UPIĘKSZEŃ PROSZĘ


 Zupełnie nie zauważyłem jak Martyna Wojciechowska pracująca dla jednej z komercyjnych telewizji zdobyła koronę ziemi i nagle stała się wysokogórskim ekspertem. Nie wiem, może jestem krzywdzący dla Martyny Wojciechowskiej, być może podróżowanie z ekipą filmową po różnych zakątkach świata też wymaga niezwykłego hartu ducha ale mimo wszystko wyżej będę doceniał górskie wyczyny podejmowane dla nich samych a nie dla zrobienia takiego czy innego programiku dla podrzędnej komercyjnej telewizji w podrzędnym, średniej wielkości kraju w Europie. Mówiąc krótko – dajcie mi budżet programów Martyny Wojciechowskiej w a wejdę na Mount Everest recytując z pamięci „Pana Tadeusza”. Jestem gotowy. Nie ma chętnych żeby mi opłacić koronkę, implanta ziemi? Cholera. Szkoda. I co, dlatego, że nie jestem blondynką? Tylko dlatego?

 

Żeby pozostać w kręgu kultur upadłych – nominowanie „Avatara” do Oscarów i zapewne jego tryumf w kategoriach to oczywiście tryumf kasy a nie ducha od ucha do ucha. Rozmawiając ze znajomymi o „Awatarze” odczuwam pewne załopotanie i czuję się – bywa – jak dinozaur pręgowany. Generalnie obraz się podoba, bo kolorowy, rysunkowy, ze słusznym przesłaniem i zapierającymi dechy w piersiach efektami. A kto mówi inaczej ten kiep albo czepialski. Ja zasię muszę przyznać, że skoro siła filmu w efektach specjalnych i grafice komputerowej, to proszę dajcie mi 237 milionów dolarów, a zapewniam, że ja również opłacę speców od efektów specjalnych i będzie na co popatrzeć. No ludzie, to żadna sztuka wydać ćwierć miliarda dolarów  a potem obnosić się z efektami specjalnymi jako główną atrakcją filmu. Litości. A gdzie postaci, gdzie elementarna spójność fabuły i chociażby na poziomie bajki – spójność świata przedstawionego. Sztandarowym przykładem braku tej spójności jest ekstrapolowanie w świat za 200 lat wszystkiego co znamy już obecnie. Śmigłowce, rakiety, karabiny – to wszystko znane jest i dzisiaj w niewiele zmienionej formie. Dlaczego za 200 lat ludzkość w strategicznym punkcie wszechświata miałaby się posługiwać przedpotopowym sprzętem skoro nawet Talibany nie używają muszkietów z czasów wojen napoleońskich? A dlaczego grawitacja odpycha góry Pandory ale zarazem sprawia że kto się poślizgnie ten spada z tych gór? Działa tylko na kamienie ta grawitacja? Bo woda z wodospadów z tych gór tez spada w dół a nie leci do góry.

 

W opozycji do tego opowiem wam, jak wędrowałem ostatnio po „Empiku” i dziwiłem się, że proza Izaaka Babla pod tytułem „Konarmia” znajduje się na półce „Historia Militaria” zerknąłem na półke z poezją a tam – dosłownie – „wielka księga siusiaków”, na półce z grami leżało dvd z filmem „Piraci z Karaibów” zaś na półce filozofia książka Joe Simpsona „Dotknięcie pustki”. Nie wiem dlaczego tak. Nie rozumiem jeszcze, że można być literackim imbecylem i nie wiedzieć że jeden z najwybitniejszych prozaików XX wieku służył istotnie w Armii Konnej Siemiona Budionnego znakiem czego spisał ów czas w formie krótkich opowiadań; jak  można w ogóle nie odróżniać filmu od gry komputerowej (casus „Awatara” się kłania) i nie zajrzeć do książki Simsona w której opisuje jak ze złamaną nogą czołgał się trzy dni po lodowcu do bazy pijąc własny mocz – są tam zdjęcia, rysunki i mapy lodowca z zaznaczoną trasą Joe. To nie filozofia ale prawdziwa historia, życie za wszelką cenę. No ale do tego trzeba mieć coś z szarych komórek. Nie wiem skąd taki bałagan. Tymczasem dochodzę do kasy i dostaję w promocji dvd z filmem „Once”. Siadam w domu i oglądam. Skądś znam tego gościa z gitarą z pierwszej sceny. I to nie tylko dzięki dźwięcznemu irlandzkiemu „Fok” (zamiast „fak”). I nagle olśnienie. Pamiętacie kultowy film Alana Parkera na podstawie powieści Roddy’ego Doyla „The Commitments”? Kończy się serią scen w których reżyser (bo w powieści tego nie ma) pokazuje co się stało z pozostałymi członkami zespołu. Outspan, gitarzysta pokazany jest na jednej z ulic Dublina, kiedy gra na gitarze. „Once” zaczyna się na tej samej ulicy 20 lat później tylko że Outspan to oczywiście nie Outspan ale Glen Hansard i gra kawałki swojego, rzeczywiście istniejącego zespołu „The Frames”. I spotyka dziewczynę, która zamawia u niego naprawę odkurzacza. I się zaczyna historia, która nie krzyczy niczym szczególnym, wydaje się zwykła, ludzka, fragmentaryczna, po ludzku niedopowiedziana i po ludzku niedokończona. Acha i Hansard gra w filmie na tej samej gitarze co w końcowych scenach  z „The Commitments” tyle że ponieważ nie miała ona „łezki” dla ochrony przed uderzeniem piórka przednia płyta jest wydrapana do belek usztywniających co widać na załączonym obrazku:

 

Polecam ten film niejako w opozycji do „avtara” bowiem jego produkcja kosztowała dokładnie tysiąc razy mniej niż bizantyjski potworek Camerona, ekipa pracowała 17 dni zdjęciowych w naturalnych plenerach Dublina i okolic, nagrywając zwykłych ludzi a główne role nie były grane przez profesjonalnych aktorów. Często używano obiektywów z długą ogniskową, dzięki czemu nawet przechodnie nie orientowali się, że w okolicy kręcony jest film. Trochę tak, jakby kino przypomniało sobie od czego jest. Że potrafi być od opowiadania prostych historii, które dzięki temu nabierają większej mocy. A pomiędzy tym wszystkim unosi się sporo ciepła, zwykłej akceptacji dla życia, takie jakie jest, bez sztucznych upiększeń i ułatwień.

Czego wszystkim oraz samemu sobie życzę.

LIKWIDATURA. SUBIEKTYWNE PARALITERACKIE PODSUMOWANIE ROKU 2009. PART FUNF UND LAST.

Daremne nadzieje, próżny trud


Najpierw zacznijmy od tego że stało się i ukazał się ostatni numer olsztyńskiego pisma literackiego „Portret” pod nazwą, właśnie „Ostatni” z klepsydrowym layoutem okładki. To miły gest wobec czytelników i kronikarzy życia intelektualnego i artystycznego Polski, że nie pozostawia się domysłów, dąsów, tylko się mówi otwarcie było i się skończyło, bęc. Lepszy niewąski sztych na koniec niż powolne konanie w ramach pogłębiającej się hibernacji. Szkoda „Portretu”, szkoda innych pożegnań i niezliczonych hibernacji. o ale miało być nie o tym. Chociaż powiem jeszcze, że żegnamy gromkimi brawami „Portret” i donośnym pohukiwaniem, że było nieźle. Naprawdę.


Niezależnie od wszystkich złych, nienajlepszych i kiepskich objawów pozostałych po roku 2009 nie sposób nie zauważyć, że w roku 2009 pojawiły się nowe odpryski nadziei że generalnie zrobi się trochę lepiej. To co zwraca moje uwagę to obok trwałej pozycji jaką wypracowała sobie poznańska oficyna WCAiK made by Mariusz Grzebalski (w zeszłym roku mówiłem o tych seriach jako wschodzącym holdingu literackim) to niezwykła mobilizacja Łodzi na mapie literackiej. Stowarzyszenie K.K. Baczyńskiego, Tygiel Kultury, konkurs im Bierezina to były znane marki, ostatnio jakby przyprószone. Obok nich pojawiły się w 2008 roku i w 2009 utrzymały niezłe tempo wydawnicze „Arterie”. To nowe pismo, nowe pomysły, nieco siermiężny undergroundowy image i ciekawe próby wadzenia się z tematami. W ogóle to zabawne, kiedy zaczynaliśmy „Red.”-a około 4 czy 5 lat temu, uznaliśmy że tematyczność pisma to może być jakiś rodzaj przebitki na rynku czasopism. Minęło kilka lat i oto w zasadzie wszyscy idą w tematyczność. Ale, ale btw – nowy numer też juz w kioskach, salonikach prasowych, empikach i w Garmond Press (to nowość w naszej dystrybucji, zamiast Kolportera SA). Kto ciekaw niechaj sobie zajrzy do odpalanaego i wypełnianego pomalutku serwusu reda.


Chciałem też zdyskontować jeszcze jedną, obok wzmożenia moralnego między środowiskiem neoapokaliptyków a krytykantami politycznymi, pomyłkę. Liczyłem że Roman Honet z Grzegorzem Nurkiem jednak zmontują inicjatywę wydawniczą. Nie wiem dlaczego ale liczyłem że ten redaktorski tandem jeszcze się spotka i namiesza. Wygląda na to, że chyba nie. Instytut Baśni jaki obaj założyli po odejściu z „Zielonej Sowy” wydał do tej pory jedną książkę i na kolejne się nie zanosi. Tym bardziej że Grzegorz Nurek zdaje się wkręcony jest bardzo mocno  „Tygodnik Powszechny” (w którego kolejnej debacie o literaturze nie biorę udziału, och, chyba nie mam już nic do powiedzenia nowego) a Roman Honet realizował w tym roku na rzecz Biura Literackiego cykl „Poeci na nowy wiek”.  To są takie żale na puszczy, bo przecież każdy sobie sterem żeglarzem i okrętem, rok ponad po zamknięciu jest pora zakończyć żałobę po „Studium”. Było, minęło.

 

Nie mylę się jednak chyba co do tego , że zupełnie nową jakość do Internetu wnosi Leszek Onak i jego serwis „niedoczytania.pl” oraz pochodne projekty – wczytane.pl oraz gazetaliteracka.pl której częścią ten blog bywa. Nie chodzi tylko o żywość tych mediów, ale także o żelazna konsekwencję i kilka nowych postaci, do tej pory mi nie znanych. Ciekawskich pomysłów realizacyjnych tamże jest co niemiara. Aż szkoda, że nie powstaje żadna, chociażby śladowa emenacja na papierze. Bo tak zawsze może kiedyspaśc serwer i dupa blada, śladu nie zostanie.

Ciągle trwa w tej spienionej kipieli w kałuży naszej niczym Reduta Ordona Dunin Wąsowicza  czyli „Lampa” i chyba należałby się medal za wytrwałość i odporność na frustrację tak dla Dunin Wąsowicza jak i kolejnych jego recenzentów którzy nie opuszczają chyba żadnej książeczki, płytki, ulotki. Nie wiem czy to nie „Lampa” jest najczulszym rezonatorem prądów i nurtów w literaturze i okolicach.

Skoro o redutach mowa – chciałem zwrócić uwage na rączo prowadzony – już samodzielnie przez Bartka Sadulskiego i Przemka Witkowskiego Ósmy Arkusz „Odry” od tego roku podobno co miesiąc!  Byłbyż to powrót do dawnego pomysłu „Ordy” na tyłach „Odry”. Zaznaczam, że mój udział w Ósmym Arkuszu jest ostatnio symboliczny zaledwie a to co obaj panowie robią (obok arcyciekawej mapy nowej poezji wydanej także w roku 2009 z „Ritą Baum”) to ich własna robota i zasługa.

Z czytelniczego rynku obok licznych niespodziewajek, z których przede wszystkim składa się życie czytelnika – czekam wreszcie na ukończenie powieści „Nod” Radosława Kobierskiego, „Burzę” Macieja Parowskiego (niech się wreszcie ukaże!), nową powieść Mariusza Sieniewicza. Ciekawy jestem czy w końcu ukaże się antologia poetów neomesjanistycznych, czy ukaże się odpowiadająca im antologia poetów lewackich. Ciekaw jestem nowych wierszy Marcina Cieleckiego, który ponoć po latach milczenia ma o sobie przypomnieć (przypomnę debiut „Czas przycinania winnic” 2002), podobno kończy prace nad nowym zbiorem wierszy Joanna Wajs. Ciekawe czy ukaże sie kolejny zbiór wierszy Karola Maliszewskiego? Co z nowymi wierszami Zegadły Marcina (podobno już w drodze, już już).


Wiele nadziei wiażę też z tym, że w roku 2009 wokół kultury i metod jej zarządzania wynikło kilka nerwowych wymian zdań, na Kongres Kultury Polskiej odpowiedziały liczne środowiska kontr-kongresami wśród których znowu prym wiedzie ta sama ekipa – Sowa, Stokfiszewski, Marecki, Sierakowski et consortes (a te consortes na przestrzeni lat nie takie znowu różne, raczej podobne). To fajnie. Potem zadyma Tomka Piątka wokół bibliotek, jeszcze fajniej. A nad wszystkim unosi się duch raportu Hausnera o stanie kultury i zdania o tym jak to PRL zalega w instytucjach kultury jak Polska długa i szeroka. Agnieszka Graff w Wyborczej łoi ngo’sy a ngo-izację, po warsiawsku , owszem, centralistycznie, ale też świetnie. No znakomicie. A dlaczego? Bo niby na początku z jednej strony i z drugiej strony coś ze złości, zdumienia. A jednak mam nadzieję, że to wszystko doprowadzi do przewietrzenia struktur w jakich się to wszystko kisi, dusi i pichci. Niechby wreszcie ktoś zrobił krok naprzód i dał możliwość czasopismom kulturalnym stawać do konkursów 2 czy 3 letnich. To by dało trochę oddechu, czasu na pomyślenie i dopracowanie tego co ma się wydrukować i redakcje mogłyby zacząć działać jak redakcje a nie drużyny harcerskie do wyrywania grantów. Generalnie sporo było nerwu, polemik, dyskusji i wydaje mi się – mogę się mylić – że to się zaczyna pomału układać w jakiś rodzaj fragemntarycznej, ale wynikającej z naturalnej energii debaty o kulturze, byc może także o literaturze. I ta naturalnosc niektórzych reakcji mnie buduje. Że to nie jest znowu animowanie i wymuszanie w jakimś stopniu wymiany zdań, ale że okzało się że ludziom, jakimś ludziom na czymś zależy i coś ich naprawdę boli.

A tutaj – tak przy okazji –  kolejny głos w sprawie wziankowanego niżej zawieszonego, czyli zamkniętego Festiwalu 4 Pory Książki – może jednak da się uratować ten festiwal? Nie w tym roku to może chociaż w 2011?

Na desre ploteczka. Nie wiecie być może, że towarzystwo wzajemnej adoracji ostatnich sprawiedliwych Pani Bieńczycka i Pan Trojanowski, którym przynałem w zeszłym roku laur za niesposkormione dążenie do jedynej prawdziwej prawdy o poezji podziergało sięw roku 2009 i odtąd są podzieleni na dwa podobozy (conjamniej) i już nie posiadują na jednym blogu Marka Trojanowskiego. Ból był wielki i publiczny o tyle o ile ktoś jeszcze to śledzi. Tutaj pytanie, czy w 2010 ktoś by nie wydał wreszcie dzieł zebranych Marka Trojanowskiego za godizwą kwotę? To by rozwiązało wiele problemów.

Ciąg dalszy kiedy indziej.