Archiwum dla Styczeń, 2010

LIKWIDATURA. SUBIEKTYWNE PARALITERACKIE PODSUMOWANIE ROKU 2009. PART 4.





Promyki
 
Żeby nie było, że tylko jękot, smutek i zgrzyatnie kaloryfera na zapleczu, postanowiłem na koniec napisać o kilku jaśniejszych sprawach. Bo jaki rok był taki był – ale – książki sie ukazują, spotkania się odbywają, jakaś garstka ludzi coś czyta, bywa że sobie pogada o tym czy owym. Słowem jest dobrze, ale jeszcze nie beznadziejnie. I tak jak następuje – idzie nawijka bardziej poztywna.


W bezbarwnej gdy chodzi o podsumowania, i nowe całościowe odczytania poezji ostatnich kilku lat pod koniec ubiegłego roku pojawiła się niczym meteor antologia poezji kobiet 1989-2009 „Solistki” wydana nakładem niestrudzonego Staromiejskiego Domu Kultury w Warszawie pod redakcją Marii Cyranowicz, Justyny Radczyńskiej oraz Joanny Mueller. Redaktorki świadomie unikają pojęcia „poezja kobieca” które w dyskursie krytycznym używane jest często jako eufemizm dla poezji egzaltowanej, emocjonalnej (nadto), sensualnej (irytująco) a w domyśle po prostu nijakiej, rozmemłanej, nie dającej się sklasyfikować. W „Solistkach” poezja kobiet (ale nie kobieca!) oznacza przede wszystkim inność, osobność, wyrazistość i brak kompleksów. Być może jest coś na rzeczy w obserwacji redaktorek, że młode kobiety, poetki „nie poklepują się po wierszach”, nie nawołują się mottami, dedykacjami. Tego emocjonalno-towarzyskiego ciepełka aż nadto bywa w męskiej poezji istniejącej na sposób o wiele bardziej stadny. Kto wie czy to nie jest sygnał, że emocjonalne rozmemłanie to coraz mniej sprawa kobiet i poezji kobiecej ale facetów w poezji. W wierszach pomieszczonych w antologii bardzo wiele wierszy jest skupionych na języku, nicowaniu jego form, sporo jest tekstów eksperymentalnych, sporo z nich porusza się na granicy lirycznego ryzyka. W równej mierze bowiem ryzykowne są hiperteksty na papierze Anety Kamińskiej co metaforyka Marzanny Kielar, ale to ryzyko liryczne dodaje smaku lekturze. Każdą autorek znałem wcześniej z osobna i czytałem, ale dopiero teraz, zebrane razem pokazują że dzieje się coś ważnego. Gadają ze sobą ich teksty, może po raz pierwszy ale nie ostatni. Jeszcze za mało tego, żeby wyznaczać nurty w poezji kobiet chociaż można sobie takie nurty bez trudu wyobrazić, wstępnie wyczuć. To już dużo więcej niż margines, niż „poezja kobieca”. O nie. To idą kobiety a nie poezja kobieca.  To obowiązkowa lektura i pomoc naukowa dla każdego kogo obchodzi polska poezja ostatnich 20 lat, nie po to żeby zaraz pokochać i oswoić, ale żeby się zmierzyć.

 

I z książek przepadłych warto chyba zwrócić uwagę na „Dobę Hotelową” Bartłomieja Majzla. Podmiot  - poeta i podróżnik, autor tomu wierszy „Doba hotelowa” to tropiciel nietrwałości świata w tym najbardziej nietrwałości siebie samego i stwarzanego przez siebie świata. Zarazem w wierszu Majzla wydaje się być wszystko a podmiot urasta do rozmiarów herosa. Słońce odmieniane według wszystkich przypadków i przypadłości wydaje się być mu powolne niczym pies. Wszystko jest w wierszu, nawet ekstaza, ale zarazem wszystko to jest naznaczone i sprzedane w zastaw. Nic nie jest samo z siebie a zastaw trzeba w końcu kiedyś wykupić. Miejscami wiersze Majzla wydają się być stoickimi ćwiczeniami jak z dawnych wieków, buddyjskimi próbami oswajania pustki. Doba hotelowa nie będzie trwać wiecznie – mówi tajemnicza portierka tytułowego hotelu. Świat jako hotel, człowiek jako gość hotelowy to chyba gorzej niż człowiek jako przechodzień w świecie. Hotel to przypadkowe zbiorowisko. Ci ludzie, te zdarzenia, te wiercące się głosy nie są połączone, nie stanowią całości. Przechodzień przecież dokądś zmierza a gość hotelu nie, gość hotelu bywa, znika. Język tych wierszy jest niespójny, rytm rwany, składnia niepełna, wersyfikacja nerwowa – trochę jak nasłuchiwanie wiercących się głosów zza ścian. Sporo z tych tekstów to zasłyszenia, krzyki piski, rozmowy zawiedzionych kochanków słuchane przypadkiem przez sufit. Dopiero i w finałowym wierszu objawia się coś z tego, czym jest wiersz Majzla, odsłania się podmiot, profetyzujący ktoś, jakiś zdziczały wierszopis dopisujący swoją wersję poetyckiego posłannictwa. „Posłaniec” a tak zatytułowany jest ostatni wiersz tego poematu na głosy, to inaczej przecież Angelus. Tylko czy majzel stworzony przez Majzla to jeszcze anioł, a jeżeli tak, to czyim jest w istocie posłańcem i jakie niesie wieści sobie i Tobie?

 

Ano właśnie, co wieści? Tego dowiemy się kiedy indziej. Tymczasem zwróćmy uwagę a dobre debiuty poetyckie 2009 roku to  Agnieszka Mirahina ze zbiorem „Radiowidmo” i Magdalena Nowicka ze tomem „Przewieszka”. Poza tym to o czym wspominałem w innych miejscach – bardzo dobry tomik „Niepiosenki” Mariusza Grzebalskiego, „Samochody i krew” Bartosza Konstrata, „Cyklist” Przemysława Owczarka i w ostatniej chwili, rzutem na taśmę wydana w 2009 Justyna Bargielska „Dwa fiaty”, Aleksandra Zbierska, która zaraz po debiucie „Wibrujące ucho” wydała drugi tomik „panoptikon”, wreszcie frapujący debiut ś.p. Marciusza Moronia „pali zalewa burzy”. Ze skromnych powrotów na renę poetycką trzeba odnotować Grzegorza Giedrysa z tomkiem „Debiut” i Mateusza Wabika z nierównym, ale frapującym zbiorem „Spisek” Z zadań domowych z prozy niewiele odrobiłem, wyznaje szczerze ze smutkiem, ale wskazałem wcześniej i to powtórzę, że dwie książki zwróciły na siebie moja baczną uwagę – „Piaskowa Góra” Joanny Bator i „Sajgon” Karola Maliszewskiego. Zupełnie natomiast umknęły mi rzeczy chyba ważne i istotne w tym roku mianowicie „Pensjonat Pazińskiego któren za te powiesić dostał Ausweiss. Przeleciała mi przez ręce Joanna Siedlecka pod kryptonimem „Liryka”, tyle ż wiarygodna co zabawna ze swoją stuprocentową wiarą w ubeckie kwity. Brak wstrząsu i realnej dyskusji nad tą książką, poza uprzejmościowymi kilkoma zdaniami u profesora Beresia w TVP chyba był właściwym wskazaniem autorce i jej dziełku miejsca na ziemi i w mieście.

 

A o kolejnych promykach niebawem. Szybko bo styczeń się kończy i nowe zdarzenia wokół.

LIKWIDATURA. SUBIEKTYWNE PARALITERACKIE PODSUMOWANIE ROKU 2009. PART 3.

Pogrzybki z międzypola. 

Zatem Rok 2009 to kolejny rok bez żadnej debaty literackiej, poetyckiej, krytycznej. Mówię tutaj o realnie nośnej wymianie zdań, która by zajęła środowisko, podzieliła je według postaw i pomysłów na literaturę, wzbudziła wściekłość lub złość. Przy końcu roku trafiła się nam jakaś namiastka przy okazji kolejnej książki Olgi Tokarczuk „Prowadź swój pług przez kości umarłych”. Sama wymiana poglądów przypominała raczej teatrzyk stereotypów i odległa jest od tego czego by można oczekiwać. Nie trzasło, jak sobie mniemałem rok temu na linii między pismem apokaliptycznym „44” i innymi przypisanymi do nurtu mesjanistów czy neomesjanistów a linią środowiska „Krytyki Politycznej”. Obie inicjatywy były w tym roku dość niemrawe, to znaczy niby były a jakoby ich nie było a szkoda. Na tym styku mogłoby wiele wyrosnąć dzikiego ziela. Skoro jednak o tym mowa trzeba zwrócić uwagę na ważny gest – mianowicie pierwszą książkę Igora Stokfiszewskiego „Zwrot Polityczny”. Zapewne jest ona trochę obliczona na przekonywanie przekonanych, ale to rzecz ważna od strony meta. Po pierwsze zamiast krytyczno-literackiej drobnicy (jaką ja sam preferuję) próbuje stworzyć w miarę spójną (inna sprawa czy akceptowalną) wizję krytyczną. Poza tym to jakby nie było najważniejszy debiut, ważniejszy niż jakikolwiek debiut poetycki w 2009. To ten łysy gość rozdawał od lat kuksańce, samemu nie podając się całościowej ocenie, to ten niezrealizowany poeta, autor bodaj jednego wiersza pod tytułem „Miłość” próbował dzielić i rządzić a teraz sam się wystawia na strzał. I ten strzał padnie. Niebawem. Nawet wiadomo skąd. Stąd.

 

Jak na rok rocznicowy słabo wypadły ewentualne sponsorowane przez państwo albo po prostu liczące na sukces komercyjny produkcje literackie. Wiadomo że Maciej Parowski ukończył w grudniu „Burzę” powieść opowiadającą alternatywny wrzesień 1939. Znane fragmenty oraz wcześniejsze mutacje pomysłu (komiks, scenariusz do filmu) każą myśleć o tym tekście jak o czymś co mogłoby się okazać ciekawym, ważnym głosem w sprawie. No ale wiadomo już, że nie ukaże się w 2009. Strategicznie byłoby to ważne dla tej książki, podobnie jak dla szykowanego od wielu lat „Nod” Radosława Kobierskiego znanego z fragmentów krążących w  czasopismach literackich. Jacek Dukaj wydał „Wrońca”, chociaż to nawiązanie mocno nie wprost – bo przecież żadnej okrągłej rocznicy 1981 nie było, raczej chodziło o nawiązanie a’rebours do 20 rocznicy 4 czerwca 1989. Aż dziwnie, że tylko tyle. Można by było zaliczyć w ten poczet powieści Ciszewskiego gdyby nie fakt, że miały one swoje edycje wielu lat wcześniej a z okazji okrągłej rocznicy 1939 – zostały tylko wznowione. Zdaje się, że temacie zmieścili się nieźle historycy i wydawnictwo „Bellona” (ale nie tylko ono) zalewając rynek monografiami, opracowaniami o zróżnicowanej zresztą jakości i sensowności. Bo po co nam kolejna monografia obrony Warszawy w 1939 czy kolejna zdawkowo-obrazkowa monografia wojny obronnej 1939 roku pod takim czy innym tytułem – nie wiem. Chyba tylko po to, żeby każdy wydawca miał na czym zarobić. Ale żadnych nowości sensu stricte nie było. Dobra i ciekawa książka Moczulskiego to przecież reedycja z drugiego obiegu sprzed lat, Zawilski „Bitwy polskiego września” to reedycja z pierwszego obiegu zresztą z popsutymi graficznie mapami. Te ze starego dwutomowego wydania były kolorowe i o wiele bardziej przejrzyste.

 

Rok 2009 to również rok słabych produkcji z pogranicza muzyki i poezji. „Herbert”, „Poeci”, „Gajcy”. Pisałem o dwóch pierwszych na tym blogu, więc nie będę powtarzał zarzutów, projekt „Poeci” w którym wziął udział także L.U.C., ale także Peja i O.S.T.R. to jednak rzecz chyba już nie na Jarodzkie ucho, które topi się w monotonii przekazu muzycznego. Być może ta monotonia brzmi wyłącznie w moim uchu, ale pomysły fajne na raz są mordercze gdy robi się je więcej razy niż raz. Fajnie że da się wyrapować Lechonia i może dzięki temu jedna na sto osób lubiąca Peję czy Lilu – sięgnie po oryginał. Na projekcie mści się chyba tez dość chaotyczny dobór tekstów od Ignacego Krasickiego po Tuwima. Nie za bardzo czytam te logikę. A generalnie działanie na pograniczu muzyki, sztuk audiowizualnych to chyba jedna z ciekawszych możliwości trafiania poezji do szerszej widowni, czytelni. Na tym tle nieźle wypada formacja Łukasza Jarosza „Lesers Band” która wykonała w 2009 ogromną pracę, wydała kolejną płytę i zagrała trasę. Jarosz to w ogóle muzyczno-poetycki unikat – lider, autor tekstów i perkusista, takie połączenie rzadko się zdarza. O i teksty ma niezłe.

  

Istnieją domysły, że w roku 2009 na krawędzi upadku, z różnych przyczyn, głownie docinania dopływu funduszy publicznych, zmęczenia materiału znalazło się kilka projektów czasopiśmienniczych – w tym ponoć „Portret” i – jak wynika pośrednio z komentarza – „artpapier”. Na tym tle dobrze się dzieje, że powstaje czasem coś nowego, dobrego. Ale o tym  już w następnym odcinku.
CDN

LIKWIDATURA. SUBIEKTYWNE PARALITERACKIE PODSUMOWANIE ROKU 2009. PART 2







[foto – www.wrzuta.pl]




Ewentyzm albo Festwalenie.



Łabędziemu śpiewowi spoza centrali towarzyszy coraz głośniejsza fanfaronada kolejnych festiwali, centralnych uroczystości dożynkowych i gromkich wręczeń nagród mających też otoczkę lub pozór wydarzenia literackiego. Po Nagrodzie Literackiej Gdynia, Nike, Silesiusie, Angelusie, Paszportach Polityki, nagrodzie imienia Kościelskich na mapie kasowej pojawiła się nagroda miasta stołecznego Warszawy i zdaje się, że to nie koniec. Każdy chce mieć swój cyrk i swoje małpy w tym cyrku.  Z jednej strony to fajnie, że różni zasłużeni literaci, albo zupełnie niezasłużeni ale utalentowani, albo zupełnie nieutalentowani, ale przynajmniej młodzi – mają więcej szans podreperować swoje budżety. Z drugiej strony – nie idzie za tym nic w literaturze. Być może – jeżeli w polityce mamy czasy postpolityczne – tak w literaturze mamy czasy postkrytyczne i zostały już tylko cyrki wokół nagród i nic więcej.


Warte zauważenia przy okazji tych cyrków coś jeszcze. Mianowicie bywały czasy, kiedy szacowne gremia niewiele się różniły co do gustów i kto dostawał Paszport (przyznawany jako pierwszy) ten zazwyczaj zgarniał resztę prawem górskiej premii lub wedle zasady wartości przydanej. Na szczęście przyrost ilości nagród, zróżnicował gremia oceniające i zdemokratyzował gusta o czym w roku 2009 świadczyły wybory szacownych zbiorowisk – Sylwia Chutnik, Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki, Dariusz Basiński (nominowany w moim prywatnym rankingu do strzału kulą w płot roku 2009), Dąbrowski Tadeusz, Anna Piwkowska, Stanisław Barańczak.

Najciekawsze w tym wszystkim i najbardziej odważne jest chyba przyznanie Nagrody Literackiej  Nike Tkaczyszynowi-Dyckiemu, który jest człowiekiem i poetą bardzo skupionym w swoim języku, świecie i w sobie, postacią wręcz a-medialną, jakby nie z tego świata. Stawiam kasztany przeciwko orzechom albo nawet owies przeciwko pszenicy że Eugeniusz  Tkaczyszyn Dycki wniesie zupełnie nowy ethos laureata w historii nagrody Nike i za to również wielka mu chwała. Swoją drogą – przypadek Dyckiego to także rzadki przykład jak uparte trzymanie się raz obranej drogi, rzetelne wyznawanie swojego literackiego obłędu przynosi z czasem docenienie na innych niż krytyczno literackie polach. Chociaż jestem niemal pewien, że Eugeniuszowi to docenienie na innych polach dość dogłębnie zwisa chociaż jest miłe, bo komu nie było miłe przyznanie garnca grajcarów. Ale królestwo Jego – nie stąd, ani nie stamtąd, ono jest skądinąd.


Rozdawanie nagród nadaje nowy rys debacie literackiej. Rozmawia się o tym co nagradzane a nagradza się to o czym szumią wierzby.  Nie ma naturalnej wymiany ciosów nad książką, nad dziełem w czasie gdy żyje ono swoim pierowtnym życiem – w obiegu księgarniano-czytelniczym. Bo dzieło nie-nagrodzone nie istnieje. Jest nagroda jest dzieło, nie ma nagrody – dzieła nie ma. Nagrody zaś przyznaje się zgodnie z regułami za lata ubiegłe. W roku 2008 nagradzano za 2007 a w 2009 za 2008. Zatem eventyzm, a nie co innego sprawia, że paradoksalnie wyobraźnia czytelnicza, jeżeli istnieje, skupia się na książkach które mają kilkanaście miesięcy istnienia na rynku a najczęsciej już nie istnieją i są reinkarnowane przez wydawców by można było je omawiać a omawia się je szerzej dopiero po nominacjach. Omówienia nie są jednak żadnym poważnyjm dyskursem literackim, nie jest to spór o cokolwiek. Omawia się w tonie laudacji a nie sporu. Są przecież nominowane a nie dyskutowane. I tak nam rośnie rodzaj jakiegoś trędowatego, nietykalnego sposobu gadania juz nie o literaturze, ale książkach, w którym nikt z nikim o nic się nie spiera, bo nie ma o co. Werdykty są jawne, procedury tajne. Jak w Ministerstwie kultury – gdzie nie wiadomo kto i za co uwala bądź popycha wnioski, bowiem siedzą tam eminencje w kapturach i są nietykalne jak inkwizytorzy… o przepraszam, o tym było powyżej. Zatem powie każda kapituła, każdej nagrody mniej więcej tak: Werdykt jest wynikiem uśrednienia gustów jurorów lub zdolności manipulacyjnych jednego jurora (jak Henry Fonda w 12 gniewnych ludziach), albo siły przekonywania. I oczywiście ma rację dowolna kapituła i jej kapitularze i mają prawo tak powiedzieć. Roma locuta, causa finta.
Rzecz w tym, że poza tą karczmą co Rzym się nazywa (na potrzeby tej notatki) – w zasadzie już nic nie ma, albo to co jest to jest prawie nic.

LIKWIDATURA. SUBIEKTYWNE PARALITERACKIE PODSUMOWANIE ROKU 2009. PART 1


Dowiedziałem się wreszcie, oczywiście z prasy że tak dobrego roku w kulturze nie było już od dawna. A potem, pod tym dumnym tytułem, przeczytałem dziennikarskie doniesienia o tym, że kultura rośnie w siłę a ludziom kultury żyje się dostatniej. Dowiedziałem się też o jakiej kulturze tu mowa, w każdym razie literatura w jej zakres nie weszła. Z tego powodu pozwalam sobie subiektywnie, niesprawiedliwie, wybiórczo, uzurpatorsko ocenić roku 2009 pod względem zniknięć, zjawień i wybawień literackich uzupełniając tym samym znaczący brak informacyjny, jaki zaistniał u progu nowego roku 2010. A zatem po kolei:

 

Łabędzi śpiew spoza centrali.

Mam wrażenie, że to generalna tendencja, że metropolia powoli bierze odwet na wszystkim co lokalne a nie jest to trudne, bowiem kultura lokalna może istnieć tylko wtedy gdy metropolia albo przestanie prowincję łupić albo złupi ale redystrybuuje część złupionego z powrotem na prowincję. Nie wiem jak się mają lokalne przedsięwzięcia kulturalne z innych dziedzin sztuki ale gdy chodzi o literaturę wydaje się, że jest i będzie coraz gorzej. Taki drobny przykład: W roku 2009 odbyła się piąta edycja festiwalu 4 Pory Książki, po czym 26 listopada, już po zakończonej edycji „Pory reportażu”, żeby nie psuć sobie publicity, szefostwo Instytutu Książki ogłosiło zawieszenie, czyli jak wiadomo w warunkach Polski lokalnej, faktyczną likwidację festiwalu. Jeżeli się tą informację złoży z przepychem Festiwalu imienia Czesława Miłosza – to widać wyraźnie o co tu chodzi. Nie znam dokładnych finansów Instytutu Książki, ale zapewne z samych zakąsek na Festiwalu MIłosza można byłoby zaoszczędzić na jakąś kadłubową formę istnienia „4 pór książki”, chociażby pod postacią festiwalu poświęconego dowolnej formie literatury – co byłoby bardziej dostosowawcze dla publiczności w mniejszych ośrodkach. I niechby się to nazywało „4 strony książki” i niechby było raz w roku, ale niechby było.

Może jako występującemu na Festiwalu Miłosza powinno mi zależeć na jego przepychu ale za dobrze wiem, że przepych tutaj oznacza zwałę w kilkunastu innych miejscach. Poza tym właśnie festiwal w Krakowie przyciąga medialnością, więc można przyciąć zapewne nieco kasy na honorariach, liście gości, trzygwiazdkowych hotelach i dać kasę tam, gdzie medialność autorów nie przyciągnie – właśnie na projekty z powiedzmy Mysłowic, Wągrowca czy jeszcze – niech będzie – Brzegu, Oleśnicy, Nowej Rudy.

 Oczywiście, każdy powie – zawsze można napisać projekt do ministerstwa, jasne, można. Można na szkoleniu usłyszeć od urzędnika ministerialnego, że sam nie wie co należałoby wpisać w tę lub inną część wniosku – chociaż to niewiedza o tym, co będzie uznane za błąd formalny, czyli wykluczający z jakiejkolwiek rozmowy merytorycznej (dla kogo to, za ile i czy można lepiej). Po wielu godzinach pracy nad projektem za brak podpisu lub parafki można dostać odpowiedź, że z powodu braku formalnego – wniosek odpada. Nasz wniosek upadł, bo nastąpił błąd rachunkowy w jednej części na 300 złotych (literówka) przy watości całości projektu na poziomie 106 tysięcy i imprezie na terenie 11 miast przez trzy tygodnie. A wiadomo, fundusze na kulturę to nie fundusze unijne gdzie stając do konkursu można mieć szansę na 1 formalną poprawkę. Tutaj poprawek formalnych nie ma i nie będzie. Trochę szkoda. Pewnie jak co roku na błędach formalnych uwalonych zostanie około 87% do 97% projektów z tzw. terenu.

Wiadomo też, że Kraków, Warszawa, jedna sprawa, likwidację festiwalu 4 Pory Książki przeżyją bez większego bólu. Ale nie wiem czy Wąbrzeźnie, Lidzbarku albo Chełmie odbędzie się w związku z tym chociażby jedno spotkanie z kimkolwiek. To pewnie już Ministra Kultury (a jemu podlega Instytut Książki) nie zaboli, bo tam jest mało ludzi, a ci którzy są się nie zbuntują. Czytelnicy nie blokują bibliotek ani księgarń.

To, że kultura zmierza w stronę medialnego spektaklu to żadna nowość, cos na granicy truizmu. Szkoda jednak, że instytucje które ten proces mogłyby równoważyć zdają się zmierzać w tę samą stronę. Bo przecież pomysł likwidacji bibliotek – no oczywiście nie formułowany wprost, bo tego  w tym kraju się nie robi – to działanie z tej samej kategorii. Łabędzi śpiew prowincji która pomału pod każdym względem jest sprowadzana do parteru.

Ograniczenie dostępu do kultury oczywiście wytworzy dobrze znaną mechanikę błędnego koła – brak dostępu do biblioteki spowoduje dalszy spadek czytelnictwa a spadek czytelnictwa będzie uzasadniał dalsze cięcia i tak aż do zera. To tak samo jak z likwidowaniem i żonglowaniem kolejnymi reformami na kolei państwoewej, jak postępująca degradacja infrastruktury komunikacyjnej etc. To oczywiście kreuje zagłębia wyuczonej bezradności, pogardzanego wykluczenia, które później z łaski pańskiej się zalepia kolejnymi zasiłkami. To wszystko tworzy ogłupiałe społeczeństwo, które nie czyta, nie rozumie, przenosi na swoje lokalne tereny styl i słownictwo podpatrywane w telewizji w kolejnych komisjach ds. pijanych halabardników z drugiego planu w prowincjonalnym teatrze. Bo nie ma przeciwwagi dla tej plugawości. I społeczeństwo nam plugawieje a my wszyscy radośnie w nim i tylko rozliczni kacykowie plemienni mogą się cieszyć, że rosną tłumy głupich wyborców podatnych na byle manipulację, byle drobnym populizm.

Miało być o literaturze? A nie było? Doprawdy?

CDN