Archiwum dla Grudzień, 2009

SZYBKA AKCJA



[www.klubgaja.pl]

Poszukujemy tekstów poetyckich polskich autorów dotykających kwestii Tybetu, wolności sumienia, wolności słowa, prawa narodów do samostanowienia, prawa do oddychania i prawa słowa do znaczenia. Wybrane teksty zostałyby zamieszczone w serwisie a następnie do końca stycznia wyedytowane w formie ebooka. Do kwietnia 2010 chcielibyśmy wydać oparty na tych tekstach arkusz-plakat poetycki dystrybuowany w ramach XIII Konfrontacji Literackich „Syfon czyli Rebelia” w Brzegu ale nie tylko. W późniejszym terminie chcielibyśmy wydać także zbiór tekstów w formie książkowej. Ewentualny dochód z publikacji będzie w całości przekazany na akcję „Niewidzialne Kajdany”prowadzoną przez polski oddział Stowarzyszenia Studenci dla Wolnego Tybetu oraz Helsińską Fundację Praw Człowieka. Na teksty czekamy do 10 stycznia 2010 roku. Teksty prosimy nadsyłać na adres:

Poecidlatybetu@wp.pl

 

Patryk Doliński

Radosław Wiśniewski

www.poecidlatybetu.pl

NO O CO CHODZI, O CO?


Niech nikogo nie odstraszy rozmiar książki Szymona Hołowni „Monopol na zbawienie”. sprzedawanej dla niepoznaki w jeszcze większym opakowaniu wraz z grą planszową. Tytuł to nawiązanie do popularnej wciąż gry w Monopole, książka, bowiem formalnie jest instrukcją gry z opisami kart zdarzeń i testowych pytań na jakie można się natknąć (a nawet trzeba) grając w zbawienie. Z drugiej strony „Monopol na zbawienie” można czytać jak przewodnik (oczywiście niekompletny i subiektywny) po współczesnym katolicyzmie, który chociaż z statystycznie jest w Polsce powszechny, to bywa często jedynie słabą dekoracją pokrywającą mieszaninę pogaństwa i świadomości magicznej. Hołownia posługuje się językiem żywym, otwartym, może i literacki stopień powyżej potocznego, ale chętnie posługującego się kolokwializmem w miejscu gdzie warto jakiś przesąd odrzeć z koturnowości i patosu. Książka daje się czytać po kolei, rozdziałami, ale można ją czytać w losowej kolejności w ramach gry czy po prostu losowo w ramach tasowania kart albo otwierając na przypadkowej stronie. Ułatwia to struktura, bowiem żaden z tekstów nie jest obszerniejszy niż kilka-kilkanaście stron, każdy zaś stanowić może odrębną całość. Jest to zatem książka wiecznie otwarta różnych czytelników – i tych żyjących w ciągłym pośpiechu i tych zagubionych i tych którzy mają trochę czasu żeby pobawić się – koniecznie z bliskimi i spróbować książki jako instrukcji do gry. Skojarzenia literackie z „Grą w Klasy” Julio Cortazara przy całej odrębności tematu i języka nie jest od rzeczy. Kto radził sobie z Cortazarem, ten pewnie łyknie pomysł Hołowni.

Autor zaś pozostając mocno przy swoich katolickich przekonaniach, pozostaje otwarty na innego, nie omijając świętoszkowato trudnych tematów. I nawet tam gdzie trudno się z nim zgodzić – chętnie się go czyta, bo zwyczajnie jest ciekawe jak tym razem wybrnął. To także książka, która dla wielu statystycznych katolików może być próbą powrotu do źródła a dla tych którzy tej wiary nie podzielają – próba zrozumienia o co chodzi wielu ludziom wokół. Chociaż obserwując świąteczny festiwal umęczenia, zabiegania i kupowania – można mieć wątpliwości czy rzeczywiście chodzi im o to samo. Pewnie nie, ale co tam.

NA ZACHODZIE BEZ ZMIAN.

W dniu w którym zostałem ćwierć-nominowany do „Paszportu Polityki” w zasadzie nic się nie zmieniło. Pewien Pan z pewnej firmy dystrybucyjnej, na moje uprzejme zapytanie czy w końcu zechce zakończyć negocjacje w sprawie  znowelizowanych form sprzedaży „Red.”-a, odpisał mi, że sam sobie jestem winien bo gdy dwa tygodnie temu po dwóch tygodniach milczenia ze strony firmy w przerwanej w pół zdania rozmowie napisała do mnie pewna pani, że chciałaby dostać dane do nowej umowy – odpisałem jej że negocjacje są w toku i nic mi nie wiadomo o tym jakoby były sfinalizowane. Zresztą psu na buty ten cały wysiłek, bo umowy z dystrybutorami są tasiemcowe, zawierają kolejnych kilkanaście stron załączników i konia z rzędem kto zrozumie dodatkowo wewnętrzny slang dystrybutora a co dystrybutor to jego slang a ty się ucz, bo nauka to potęgi klucz.

Dzień później Tomasz Piątek wysłał list w obronie bibliotek wiejskich, które chciałby likwidować minister kultury Rzeczypospolitej Polskiej, bo jak mówi, trzeba coś zrobić z bibliotekami niedochodowymi. Po raz pierwszy chyba, ale kto wie czy nie ostatni podpisałem protest song zawieszony na stronie „Krytyki Politycznej” i poczułem się zepchnięty na tę samą barykadę co Igor Stokfiszewski. Nie z powodu w widzeniu literatury, ale w poczuciu, że za chwilę już nic nie będzie widać. Ja proponuję zacząć od najbardziej niedochodowego molocha – Biblioteki Narodowej a potem polecieć po całości – Zakład Narodowy Ossolińskich, biblioteki uniwersyteckie, wojewódzkie, wojewódzkie pedagogiczne a z oszczędności i wyprzedaży wszystkich książek proponuje ufundować wielki pomnik Hansa Franka. Bo w końcu w ten sposób spełni się jego Third-Reich-Dream o polakach jako prawdziwych pastuchach z krwi i kości.

Dwa dni po ćwierć-nominacji zmienił się rozkład jazdy w całym PKP i gruchnęła wieść, że będą likwidowane stacyjki wzdłuż całej, świeżo wyremontowanej za pieniądze budżetu i UE linii Opole – Wrocław. Ajentów jakoś nie ma chętnych na stacje co specjalnie nie dziwi. Częste zmiany, wojny o bilety, mętliki spółkowy sprawia że coraz mniej ludzi chce jeździć koleją a czasem i coraz mniej może. To i komu by się chciało opierać swój byt materialny o kolejne spółek PKP wojenki. A spółek tych jest ze czterdzieści, sam nie wiem ilu kolesi się w nich mieści. No bo przecież nie ma logicznego powodu ciągłego pączkowania spółek PKP poza jednym – wiele spółek skarbu państwa, wiele zarządów, wiele rad nadzorczych, wiele synekur. Wożenie pasażerów jak po raz kolejny się to pokazuje w całej krasie – nie należy do głównych zmartwień wszystkich spółek PKP, bo przecież nie o to tutaj chodzi. Nikt już nawet nie udaje, że pasażer jest celem istnienia kolei. Jest im przeszkodą.

Dwa dni po ćwierć-nominacji skradziono słynną tablicę z obozu w Auschwitz i to jest świetne świadectwo stanu społeczności w jakiej żyjemy. To nie neonaziści, nie, to złomiarze, dam sobie główkę przyciąć. A następnego dnia przyszła zima i okazało się, że pękają szyny, wywracają się samochody zaskakując w zasadzie wszystkich. Jednej nocy zamarzło 15 bezdomnych lub nadużywających alkoholu. Wszyscy znowu poczuli się zaskoczeni. Jakże to, mróz w grudniu?

No właśnie, bądź tu mądry i pisz wiersze. Może właśnie dlatego to ostatnie jakoś się nie składa. Real wychodzi jak szydło z wora.

NEONOE NA POGRANICZU

A tymczasem ruszamy wskroś Polski na Pogranicze:

WYWIAD KTÓRY NIE MIAŁ PRAWA SIĘ WYDARZYĆ

Już niebawem, na żadnych łamach – wywiad a z niego fragment tutaj:

Adam Epler: No dobrze, ale jest Pan urodzony w roku 1974, w życiu pewnie Pan nie strzelał do nikogo ani do Pana nie strzelano. Taka poezja, tworzona przez człowieka urodzonego 30 lat po wojnie naraża się na szereg zarzutów. Z jednej strony będą zarzuty nazwijmy je – uzurpacyjne, że autor, który czegoś nie przeżył nie ma prawa o tym pisać, z drugiej strony zarzuty o instrumentalizm, że coś co było prawdziwą krwią, walką sprowadza się w wierszu do zgrabnej figury stylistycznej… 

Radosław Wiśniewski: Bez ryzyka nie ma wyników, w angielskim jest taka fajna fraza : „No pain – no gain”. Staram się przede wszystkim ustawiać w wierszu swój głos wobec zdarzenia, wobec bohaterów sprzed lat a nie się pod nich podszywać, wiedzieć za nich. Wiersz poprzez możliwość zawieszania dosłowności wydaje mi się dobrym sposobem dawania głosu tamtym sprawom i ludziom. Na czynienie ich obecnymi dzisiaj. Tamte czasy i ludzie nie są przecież odcięte jakimś dziejowym sekatorem od naszego czasu. Istnieje cała siec powiązań, nici, może poplątanych, ale trwałych, które każdego łączą z przeszłością. Nie rozumiem za bardzo jak ignorując, odrzucając tę świadomość można sobie rościć pretensje do wypowiadania jakiegokolwiek, roszczącego sobie pretensję do bycia istotnym – zdania na temat świata i ludzi. Fakt nie przeżyłem wojny, ale ona była obecna w domu poprzez opowieści starszych a przy tym jest w zasadzie obecna, bo mieszkam w domu na osiedlu lotników Luftwaffe, syn właściciela domu jesienią 1939 został powołany do Krigsmarine, być może nawet strzelał do ś.p. stryja Stacha, który z Syberii razem z Andersem przeszedł na Bliski Wschód a tam postanowił zaciągnąć się do marynarki wojennej. Ja w tym domu tez jestem z jakiejś okazji i z jakiejś okazji psychicznie obejmuję w posiadanie jako „moje miasto” Brzeg, dawniej Brieg, dawniej Brega, dawniej „Vysokije Brega” a jeszcze dawniej „Alta Ripa”. Wprawdzie nie przezyłem zmiennych kolei dziejów tego miasta, tej społeczności, która dała mi język i tożsamość, bo przecież to niemożliwe, człowiek żyje tylko około 80 lat – ale naturalnie staję wobec tego doświadczenia. I o tym  mam prawo chyba napisać. To nie są reporterskie zabawki, to powieści o próbach przeniknięcia sytuacji granicznych a nie przeżycia ich za kogoś innego. Sama opowieść o sytuacji granicznej w jakimś sensie jest jej – zapośredniczonym to fakt – ale przeżyciem.

A co do zarzutu instrumentalizacji – tak można powiedzieć o dowolnym prototypie tekstu> Czy ktoś kto pisze erotyk nie naraża się na zarzut instrumentalizacji aktu miłosnego, drugiej osoby? No można by postawić taki zarzut a jednak nie słyszałem, żeby ktoś zarzucał komukolwiek kto pisze wierszyki o miłości, że instrmentalizuje ukochaną osobę. Nie ma na to uniwersalnego wzoru, ale na wiele rzeczy nie ma matematycznego wzoru – a jednak się próbuje tworzyć.

 Adam Epler: No ale jednak wspólny tom wierszy z Dariuszem Pado „Raj/Jar” gdzie rozegraliście sobie holocaust jako koncept na wspólny tomik, czy jak to sami mówicie poetycki maxi-singiel był chyba blisko historycznej pornografii? 

Radosław Wiśniewski: A Pan czytał ten tomik dokładnie? Nie zafiksował się Pan czasem na spisie treści? Bo po mojej stronie tego holocaustu chyba nie ma aż tak wiele. To bardziej zbiór wierszy próbujących powiedzieć „nie” tradycji okrucieństwa wobec obcego. Przynajmniej ja miałem takie myśli kiedy komponowaliśmy obie części. „Albedo III” jeżeli na czymś się opiera to nie na holocauście, ale częstych powidokach dokumentalnych z września 1939, podobnie „Alibi albo stawiacz min” (historia obrony wybrzeża w 1939), Hartheim to z kolei historia eliminacji niepełnosprawnych umysłowo w Trzeciej Rzeszy, „Rubedo” to oblężenie Wrocławia w 1945, w wierszu „Weronika postanawia nie pozwolić nikomu umrzeć” poza parafrazą z mistrza banału Paolo Coehlo jest tylko tło w postaci tajemniczych miejsc Gór Sowich, potem Chorwacja, teatr na Dubrowce, mysz za ścianą ocalona wbrew iluś wojnom toczącym się wówczas na całym świecie. Tylko „Selekcja” i dwa zamykające wiersze w jakiś sposób wiążą się z samym, Holocaustem. Ja wiem, że to się narzuca samo jako łatwy liczman, łatwy kluczyk interpretacyjny ale tradycja okrucieństwa niestety się wylewa poza tamte czasy, cierpienie jest ciągle obecne w świecie, walka ciągle trwa, tyle że na innych polach w innych rejonach. Jak śpiewał Kaczmarski „Lecz nie skończyła się obława i nie śpią gończe psy i giną ciągle młode wilki na całym wielkim świecie”. Tak pięknie mówimy sobie tutaj w Europie o wybaczeniach, przeprosinach a tak cudnie milczymy w innych sprawach – Birmy, Tybetu, Darfuru.

 Adam Epler: I tutaj trzeci zarzut – że to wszystko razem wychodzi Panu jak tani moralitet a przecież poezja nie ocala i nie lubi patosu. 

Radosław Wiśniewski: Przyjmuję to z pokorą, jeżeli ktoś mi wykaże a pewnie to jest możliwe – że w tym czy innym wierszu nie udało się osiągnąć dobrego efektu literackiego. Ale nie przyjmuję takie zarzutu generalnie. Nie ma jednego, powszechnie obowiązującego wzorca poezji jako jedynie słusznego. Są oczywiście pewne mody i owcze spędy ale z tego nie wynika jeszcze wyższość jednego typu poezji nad drugim. Tak jak nie da się udowodnić wyższości świąt Bożego Narodzenia nad Świętami Wielkiej Nocy, chociaż oczywiście Stanisławski mógł sobie na tej kanwie robić kabaret. Wydaje mi się jednak, że każdy krytyk, poeta próbujący poważnie takiej hierarchii dowodzić będzie też robił kabaret tylko ze złudzeniem, że zajmuje się czymś poważnym – a to już może być smutne. Patos to przecież pewna kategoria estetyczna, ani dobra ani zła, jest do ogrania, rozegrania. Rozumiem, że komuś może się nie podobać jak ją ogrywam, ale powtarzam – nie przyjmuję argumentu że samo jej użycie jest złe w sobie. I tak samo z zarzutem dotyczącym moralizowania. Wydaje mi się, że poezja ma prawo mieć jakiś związek z etyką. Mam poczucie że etyka z estetyką mają się ku sobie. Nie są to relacje proste, ludzkość o tym napisała wiele tomów, więc nie ośmielę się tego tematu teraz rozwinąć, ale poprzestańmy na tym, że te związki moim zdaniem istnieją, nie są błahe.

 Adam Epler: To jednak poezja ocala? Przecież jeden z pierwszych pana wierszy, nieprzypadkeim pomieszczony i tomie „Raj/Jar” i w debiutanckim „Nikt z przydomkiem” nosi tytuł właśnie „Ocalona” 

Radosław Wiśniewski: Nie wiem czy ocala, ja nie wiem co to znaczy, że poezja ocala albo nie ocala. Bo to jest zagadnienie z kategorii „czym się różni wróbelek” jak wiadomo wróbelek się różni tym, że ma jedną nóżkę bardziej. Ten problem wydaje mi się sztucznie postawionym problemem na dokładkę, który wyrodził się w mem, autonomiczną strukturę, żyjącą własnym życiem, zdanie-zaklęcie powtarzane w bliżej niejasnych celach. Słowo ocalenie jest wielkie, abstrakcyjne. Budzi moją niepewność i nieufność a ja wierzę konkretom, nie wierzę w ludzkość ale w ludzi i ludziom. Wierszyk o którym Pan wspomina to ocalenie pamięci o myszy, jednej małej myszy, której postanowiłem nie zabijać łapką, ale dokarmiać i wytresować, żeby żarła w jednym miejscu zamiast szaleć po szafkach. Nota bene eksperyment się udał. Mysz żarła resztki ze spodeczka przy śmietniku a ja miałem spokój w szafkach. Wracając do ocalania przez poezję – wierzę, że ludzie potrafią utrzymywać się w przytomności, pobudzonej świadomości, stanie czuwania, podwyższonej gotowości na świat. Wiersz ma w tym pomóc, powinien w tym pomóc. A czy z tej czujności urodzi się cokolwiek wielkiego, ocalenie – tego nie wiem. Gdyby się udało to chociaż w jednym przypadku – byłby to sukces.