Archiwum dla Listopad, 2009

ANTYRAPORT Z OBELŻYWEGO MIASTA

 

Są pisarze, którzy całe życie zdają się pisać jedną i tę samą książkę. W ramach kolejnych przybliżeń – wydają się osiągać optimum brzmienia swojego literackiego głosu. Takim pisarzem – przynajmniej gdy chodzi o prozę – wydaje się być Karol Maliszewski a kolejnym jego przybliżeniem do właściwego tonu wydaje się zbiór prozy „Sajgon” który właśnie ukazał się nakładem Biura Literackiego z Wrocławia. Głównym bohaterem Maliszewskiego, podobnie jak w jego poprzednich próbach prozy jest nie człowiek ale miasteczko i opowieść o nim, jego dziwactwach, wariactwach, ob jawieniach i zadławieniach. Narracja i jej język wydaje się wymykać narratorowi i żyć własnym życiem, przywdziewając rozliczne formy – od dziennikowych wstrzemięźliwych, reporterskich zapisków (ach niemal neoklasycznych!) po niepowstrzymane słowotoki, jakby prosto z baru mlecznego, piwiarni, ulicy, zasłyszane, zapisane. Tytułowy Sajgon to gorsza cześć miasteczka, pełna pijaków, elementów podejrzanych, socjalnych baraków, zasmarkanych dzieci z wszami we włosach, rejon gdzie nawet słońce rzadko zagląda. Sajgon mógłby nazywać się cieniem, szarą strefą, miastem podziemnym, odrzuconym, podzamczem. Zarazem opowieść o nim wydaje się być podobnie odrzuconym cieniem współczesnej prozy, dykcją odepchniętą. Nie tylko dlatego, że to dziwna narracja w której trudno wysnuć jednoznaczną intrygę, powiedzieć o kim o czym to książka, ale też dlatego, że język podmienia mówiące postaci i raz po raz wymywa już składający się do kupy świat, sens, sensik. Takiego świata nie ma, pozszywaj sobie sam czytelniku – zdaje się mówić starą prawdę narrator, zarazem nie ułatwiając zadania odbiorcy. Bo „Sajgon” to także dzikość języka, i dotkliwość świata; zdumienie, które każe przystanąć, zanotować, pomimo tego że Sajgon naokoło huczy. Może nawet się zachwycić. I niech nikt  nie da się nabrać na noworudzkość tej opowieści, ta Nowa Ruda o której pisze Karol Maliszewski pewnie gdzieś istnieje pomiędzy nim a światem, na szerokim międzypolu światów, czasów i zdarzeń. Jest i nie ma jej zarazem. I nie jest to żadna mała Ojczyzna dla żadnego z narratorów, raczej wielka bezdomność, która inaczej niż w eposie heroicznym – nie wypycha nikogo na zewnątrz w poszukiwaniu złotego runa czy czegoś w tym rodzaju. Raczej zachłannie zasysa, ściąga ku sobie jak czarna dziura. A co jest tam na dnie – zapyta czytelnik. Osobliwość i jeszcze  raz osobliwość, zdrzenie słowa z tym co niewsyłowione. Zatem może nie proza a poezja? Tak, to całkiem możliwe, bo Maliszewski jest przede wszystkim poetą. A ta proza, te recenzje, cóż mogą , cóż mogą proszę księdza.

 

 


 

TRZY RAZY S – NIEBAWEM NA STRONACH BIURA LITERACKIEGO

Niebawem na stronach Biura Lietrackiego rusza dyskusja pod szczytnie brzmiącym hasłem „Byc poetą dzisiaj” o tym co poezja ma robić, żeby trafiać, żeby byc czytaną i czy w rzeczy samej Nike dla Eugeniusza Tkaczyszyna Dyckiego cokolwiek w tej sprawie zmienia. W istocie nic, ale z samego zastanowienia się to i owo wyniknąc może, czego fragment poniżej:

W pierwszych słowach mojego listu pragnę zaznaczyć, że nie bardzo wierzę w literaturę żyjącą z samego prestiżu bycia nagradzaną. Dlatego nagroda NIKE dla Eugeniusza Tkaczyszyna – Dyckiego w moim odczuciu niewiele zmienia w sytuacjipoezji, chociaż pewnie wiele zmienia w recepcji poezji samego Dyckiego i wiele zmienia w życiu samego autora. Zarazem wydaje mi się i nieśmiało to głoszę, że literatura musi być czytana, publikowana, dyskutowana. Tymczasem fakt przyznania znaczącej nagrody oryginalnemu twórcy bardzo często wytrąca go z normalnego obiegu, ustawia poza dyskusją, przesuwa recepcję jego twórczości w stronę słowa objawionego. To niewątpliwie jedne z licznych a nie wyrżniętych resztek etosu poezji o proweniencji romantycznej. Dla autora to może zbawienne, że literaturę może z szafy na różne hobby – gdzie być może literatura sąsiaduje z takimi aktywnościami jak „wędkarstwo”, „sklejanie modeli samolotów z drugiej wojny światowej” przenieść do szufladki – „zajęcia poważne”. Bo praca w języku jest zajęciem poważnym – z całym szacunkiem dla wędkarzy oraz  modelarzy.Niezupełnie też się zgadzam z zawartą w zagajeniu dyskusji insynuacją, że instytucje zajmujące się promowaniem literatury stawiają głównie na prozę. Po pierwsze ileż to tych instytucji jest w Polsce. Po drugie – nawet zakładając, że każdy powiat i gmina jest powołana (no bo teoretycznie jest) do krzewienia i dbania o stan kultury (w tym literatury)  na swoim terenie – ne za bardzo wiem na jakim argumencie, obserwacji, na jakich danych taki sąd miałby się opierać.  Toż jak Polska długa i szeroka konkursy ogłasza się najczęściej dla poetów i poetek. Dla prozaików i prozaiczek konkursy organizuje się rzadko i niechętnie. Być może dlatego, że publiczne wysłuchanie nagrodzonego wiersza to zaledwie kilka chwil mąk wyższego rzędu, podczas gdy opowiadanie potrafi się ciągnąć i czasu nie wystarczy na poczęstunek.  Gdy mówimy o konkursach – mowa  jest jednak  najczęściej o promocjo dla amatorów. A co mają zrobić twórcy po pierwszej niszowej publikacji? Organizowanie  konkursów słuszne jest i zbawienne, ale nie zastępuje czytelnictwa – a to zasię leży jak Polska długa i szeroka. Z drugiej strony w tym poszarpanym świecie poucinanych momentalnych obrazków i fragmentaryzacji opowieści – proza sprzedaje się nieźle, zatem nie zawsze i nie wszędzie potrzebuje wsparcia publicznego. Być może dlatego, że ludzkość potrzebuje podświadomie jakichś opowieści, które coś skleją w całość. To temat na osobną dyskusję. Oczywiście jak w przypadku każdej dziedziny art&entertainment są takie zjawiska które świetnie sobie radzą same i takie które bez hojnego mecenatu – publicznego lub prywatnego – nie dadzą sobie rady a mimo to uznaje się że tez powinny istnieć. Tyle, że kwestia rozeznania co jest czym – to problem w ogóle kultury w tym kraju a nie szczególny przypadek poezji.  Niezależnie od tych wstępnych uwag – pozostaje pytanie-dzwon o to jakich dróg i ścieżek ku odbiorcy ma szukać poezja, jako sztuka relatywnie trudna w odbiorze. Wydaje mi się, że takich sposobów jest kilka, aczkolwiek nie są one wcale nowe.  Na użytek niniejszej wymiany zdań spróbowałem je sformułować w miarę pozytywnie pod postacią trzech „S”. Po pierwsze „S” jak Strzecha. Ne ma lepszej drogi ucierania się poezji z jej odbiorcą jak bezpośrednie spotkania, konfrontacje, rozmowy o niej, z nią i poprzez nią. To tam w odległych opłotkach, na salach bibliotek miejskich i wiejskich – rzekomo niezrozumiała, odległa od życia, hermetyczna poezja przeczytana na głos, ogrzana wartością dodaną – osobą autora, wzbogacona o glossę, ton głosu – może szukać zrozumienia. Gdy odbiorca nader często nie ma jak trafić na poezję, z którą mógłby się (być może) dogadać –poezja powinna jego szukać i podążać za nim, złazić czytelnicze ścieżki, szukać czytelnika pod strzechą. Nie w sensie artystycznym, tutaj dopuszczalne są wzajemne wystawienia się na trudne próby, ale w sensie dosłownym. Poezja, poeci, poetki mają być w ruchu. Zbyt wiele wyrosło wysp wykluczenia z obiegu literackiego na mapie Polski. Żaden obdarzony milionowym budżetem festiwal imienia Kogoś Bardzo Ważnego odbywany w jednym z kilkunastu centrów akademickich w kraju nie zastąpi kilkuset a może i kilku tysięcy spotkań w niewielkich miejscowościach, czasami ledwie kilka kilometrów w bok od szosy głównej a czasem wręcz w miejscach leżących na głównej trasie ale mijanych, przejeżdżanych. Takim działaniem w ostatnich latach był organizowany przez Instytut Książki Festiwal 4 Pory Książki, który pomimo głosów krytycznych – czynił zadość postulatowi ruchliwości i dostępności. Dość wspomnieć, że jego kolejne edycje odbywały się w kilkudziesięciu miastach na raz. Literatura i literaci kilka razy w roku wędrowali po całym kraju a na tych trasach wędrówek równouprawniona była Warszawa z Nową Rudą a Wołów z Krakowem. Ten festiwal wytwarzał miejscowe koalicje na rzecz literatury, pomagał kreować i stabilizować grupy zadaniowe, dawał zapaleńcom możność policzenia się, odkrycia swojego współwystępowania na niewielkiej przestrzeni miasta, miasteczka – do tej pory wydawałoby się skrajnie aliterackiego. Przy czym co ważne – projekt Instytutu Książki wyraźnie premiował miejscowe, oddolne koalicje animatorskie, pozbawiony był cech objazdowego niemego kina, które przyjedzie i pokaże prowincjonałom czym kultura jest. Nic z tego paternalizmu! To lokalni liderzy i organizatorzy określali co chcą zrobić i w jakiej formie a donator po spełnieniu minimalnych wymogów formalnych – zezwalał na dużą dozę swobody w kształtowaniu programu, zgodnie z lokalnymi potrzebami i oczekiwaniami. Pod tym względem ten festiwal wydaje mi się czymś unikalnym i wartym naśladowania, czymś skrajnie innym niż popularne jeszcze do niedawna spędy środowiska czy imprezy od wielkiego dzwonu typu Festiwali Imienia Bardzo Ważnych Osób.

CDN na stronach BL niebawem

ZE STOSU MEMÓW – PATRZ NAJBLIŻSZY NUMER ODRY

W najbliższej „Odrze” – 5 mem ze stosu memów i zabobonów literatury polskiej – mianowicie ten, który mówi o iluzoryczności kariery literackiej oraz względności nagród odczesnych. A leci on między innymi tak:



Zacznijmy od memu kariery literackiej w wersji immanentnej, czyli memu działającego od wewnątrz tak zwanego środowiska literackiego. Wszyscy literaci chcieliby zapewne móc żyć z pisania jako takiego; żyć tak, żeby nie zajmować się niczym innym jak tylko przeżywaniem i pisaniem; chcieliby unikać etatyzmu mordującego wrażliwość, trosk materialnych. Wstawać wtedy, kiedy się chce i pracować tylko wtedy, kiedy się ma po temu natchnienie (kolejne resztki niedorżniętego etosu romantycznego) – no pewnie, tak to każdy by chciał a świat jakże byłby piękny. Kolejarz przestawiałby zwrotnice, wtedy gdy wschód słońca zachwyciłby go do głębi, policjant ruszałby na interwencję tylko wówczas gdy doznałby olśnienia zaś kontroler lotu tylko wówczas naprowadzałby na lotnisko bezpiecznie samoloty, gdyby uznał, że spełnia się w ten sposób duchowo i realizuje pełnię swojej potencjalności. Że podobny sposób funkcjonowania jest opowieścią z krainy groteski  to dostrzeże chyba każdy, kto odrzuci na moment zabobonną wiarę pozbawioną krytycznego namysłu nad przedmiotem wiary. Niezależnie od tego, co się sądzi o profesji literata (profesja to czy powołanie w końcu?) – trudno chyba w danej epoce i społeczeństwie wymienić więcej niż kilku literatów żyjących z pisania per se. Kto dzisiaj żyje z pisania w Polsce? Jerzy Pilch, Andrzej Stasiuk, Olga Tokarczuk, Jacek Dukaj? A co by było gdyby nikt nie organizował spotkań autorskich płatnych z góry a jedynie musieliby wymienieni żyć wyłącznie ze sprzedanych książek? Nie wyśmiewam, nie ironizuję, nie płaczę. Taka sytuacja wydaje się trwać od wieków. To rzecz widzialna i narzucająca się w doświadczeniu potocznym, wspierana wiedzą historyczną (kto wie ile sprzedał Adam Mickiewicz egzemplarzy swojego tomiku?). A jednak jakoś trudno ludowi piszącemu zaakceptować, że mało który literat żyje z pisania a jeżeli próbuje, to bywa równoznaczne z tym, że decyduje się na skrajne ubóstwo i skazuje na ubóstwo także swoją rodzinę o ile ma szczęście ją założyć. Kobiety bowiem są mądre i wiedzą oraz widzą czym pachnie dłuższa znajomość z literatem, który chciałby żyć z pisania. I pomimo tego, że sytuacja ta trwa jako się rzekło wieki całe – nadal wyrastają zastępy młodych, a potem coraz starszych, piszących marzących o tym by żyć z pisania, czyli z tego co się kocha, lubi, uwielbia i czym się samego siebie uwodzi. Sporo mówił (pośrednio) o tej sytuacji piszącego w jednym z  ostatnich wywiadów Jacek Podsiadło[1], który jak już  wiadomo nader często żyje na cebuli od Dobromira Kożucha, oszczędności żony, bo praca na etacie się nie zhańbi a wszyscy inni którzy to robią – to korbiarze, którzy dają się poniżać jak on, jeden, czysty niczym łza (uwaga „eł” przedniojęzykowe!) – nigdy się nie da. Coś zdaje się wybąkał na ten temat Michał Witkowski[2] usprawiedliwiając niejako w jednym ze swoich felietonów swoje celebryckie wybryki jako konieczny dodatek do słabych honorariów. Skromniejsi w potrzebach od Witkowskiego, którzy nie mają co gwiazdorzyć bo i tak ich nikt nie zna – szczęśliwi są jeżeli znajda posadę koło słowa. Popularne zawody okołoliterackie to wykładowca (najczęściej polonistyki a jakże!), dziennikarz, nauczyciel gminny, instruktor w gminnym lub miejskim ośrodku kultury, korektor, księgarz, bibliotekarz. Istnieje też szansa pozostawania blisko literatury dzięki wykonywaniu zajęć nieskomplikowanych (monter na taśmie wykonującej podzespoły sprzętu elektronicznego), nieangażujących intelektualnie i energetycznie (stróż nocny, dzienny, ochroniarz, pomocnik murarza) lub w zawodach wolnych pozostawiających wąski margines na działalność własną (prawnik, kierowca, agent ubezpieczeniowy). W głębokim cieniu pozostaje cała reszta towarzystwa, która z trudem walczy o utrzymanie się na powierzchni wykonując normalne prace, w normalnym czasie pracy. Wszyscy oni i one zaś rozdzielają między siebie niewielki torcik zleceń takich jak pisywanie płatnych recenzji, prowadzenie warsztatów, spotkań autorskich, moderowanie dyskusji. Słowem – gdybym miał komuś polecić jako dobry sposób na zrobienie kariery literaturę i motyw zdobywania prestiżu (w społeczeństwie gdzie 62% ludzi nie czyta nic w ciągu roku) lub pieniędzy (gdy najwyższa nagroda literacka jest równowartością 20 metrów kwadratowych mieszkania w bloku na Ursynowie) – doradziłbym raczej założenie zakładu produkującego nagrobki. Interes pewny bo ludzie umierać będą zawsze.
CDN w grudniowym numerze „Odry”

[1] „Gazeta Wyborcza”, 12 kwietnia 2009, dostępne w Internecie:
http://wyborcza.pl/1,75480,6488113,Lodowka_odpowiada_echem.html

 

[2] „Polityka” 42/2009

MATERIAŁY POMOCNICZE DO OBCHODZENIA ROCZNIC. KOLEJNA ODSŁONA


Płyta firmowana przez Karima Matusiewicza oraz kilkunastu innych polskich wykonawców a zatytułowana „Herbert” ukazała się jakby na złość rok po roku herbertowskim i niby nie mieści się w nurcie estetycznym materiałów pomocniczych do obchodzenia rocznic, a jednak coś w ten zbiorówce nie urzeka i każe myśleć jak o konfekcji. Nie powtarza się wprawdzie coraz biedniej z tej perspektywy wyglądający „Gajcy” (patrz poniżej), gdzie wprawdzie poprawnie ale jakoś bez ikry wykonano kilkanaście przypadkowych wierszy do kilkunastu przypadkowych melodii. Tutaj jest znamię odautorskiej myśli, chociaż zaproszeni wykonawcy chyba pociągnęli projekt, każdy w swoją stronę i wyszło jakoś gładko i miejscami bez wyrazu. Zresztą w ogóle mnie nie przekonują próby rytmizacji Herberta i legnie na tym Gintrowski, legnie na tym każdy kolejny. Jedyne co mnie przekonywało niegdyś to Herbert z muzyką Radwana, ale potem długo nic a nie wiem czy dzisiaj nadal by mi się podobało. Wraz z  Karimski Club zagrałli między innymi – Muniek Staszczyk, Jan Nowicki, Adam Nowak, Wojtek Waglewski, Sebastian Karpiel-Bułecka, Gaba Kulka i tak dalej. Zupełnie nie przekonuje mnie z tego składu Rafał Mohr, który kładzie recytacyjnie „Dwie krople” robiąc z nich jakąś tanią, orgiastyczną pościelówę. Nie wiem czy rozwiązaniem jest biegunowo przeciwstawna akademia i zadęcie ale mimo erotycznego podtekstu, chyba irytuje mnie takie obejście się z tekstem w którym płoną lasy. Nieźle wypada Muniek Staszczyk, któremu herbertowska kołatka pasuje do rockowego wokalu, suchość brzmienia nie przeszkadza. Bardzo dobrze wypada, o dziwo, zajechane do granic możliwości „Przesłanie Pana Cogito” szczególnie we fragmencie wyrapowanym przez Antara Jacksona. Zresztą te momenty, które uwodzą, to owo rozgdakanie się wiersza w różnych językach – po rosyjsku, po hiszpańsku, po angielsku. To bardzo dobry pomysł, w jakimś stopniu czyni znane nieznanym, trudne, ciężkie, obciążone już pretensjonalnym kontekstem – bezpretensjonalnym.

Dlaczego jednak nie pokroję się za tę płytę? Czy za okrągła muzycznie? Za gładka? Za łatwo wchodzi? Czy za bardzo nie SA to po prostu piosenki do Herberta? Coś z tego. I mimo tego, że artystycznie złego słowa nie da się powiedzieć, to brakuje mi miejscami wyrazistości. Ta płyta za bardzo brzęczy w uchu, przepływa grzecznie i spokojnie, przewidywalnie (chociaż zestaw tekstów nie jest przewidywalny!). Układnie jak chłopięcy uśmiech Macieja Stuhra. A co ja zrobię, że nie lubię uśmiechu Macieja Stuhra a jego humor mi nie odpowiada a i wielkość mniemana jedynie.

Ach i jeszcze jedno. Na albumie mozna usłyzeć samegoHerberta. To nagranie dokonane było przez PR Kraków w ostatnich miesiącach o ile nie tygodniach przed śmiercią Poety a wyszło jako kaseta i płyta już po śmierci. I chyba to było jedno z tych niezapomnianych wykonań wierszy Herberta, jakby wbrew potocznemu memowi, zabobonowi, gładkiemu zdanku powtarzanemu jak wiele innych pierdoletów, że poeci nie powinni czytać swoich wierszy. Otóż szczególnie chyba w zderzeniu z gładziami szpachlowymi Karimski Club słychać, że powinni, bo to także jeden z lepszych fragmentów tego albumu – Herbert sam w sobie. Tego albumu i nie tego zarazem, bo przecież to płyta w płycie. Tamta płyta, taśma – prosi się o reedycję. Ten tłumony charkot na granicy wieczności - tego nikt mi nie opowie lepiej niż sam Herbert.

Tymczasem komuś udało się rocznicowo zrobić rzecz wiarygodną, obdarzoną niepodległością gestu. Oto L.U.C. o którym Jurod nie słyszał do tej pory – a powinien, bo dorobek człowieka budzi szacunek. Inna sprawa, że L.U.C. obracał się w zupełnie innych rejonach, rejestrach. Łukasz Rostkowski – bo to on sie kryje pod pseudonimem L.U.C. – z tego co zrozumiałem, stworzył  audio-projekt „39/89 Zrozumieć Polskę” jako etap w realizacji widowiska i filmu wykorzystującego najnowsze techniki i motywy zabawy z soundem. Sam pomysł narracyjny, bliski końcowej refleksji Tomasza Łubieńskiego z jego eseju „1939 zaczęło się we wrześniu”, wydaje się bardzo celny. Może nie nowy, ale uzmysławia ciągłość procesu, który rozpoczął się w maju 1939 a zakończył w  czerwcu 1989. Projekt L.U.C.-a zaczyna się od utworu „Polski Honor” w który wplecione zostały fragmenty mowy sejmowej Józefa Becka z 5 maja 1939 roku. Z jednej strony entuzjazm tamtej sali sejmowej a w tle lamentacyjne zawodzenie kogoś, kto już wie ile z tego honoru zostanie. I tak poprzez niezliczone zbrodnie, absurdy, pogłosy, spiętrzone pogłosy – aż do momentu kiedy insygnia władzy wracają na odbudowany zamek Królewski w Warszawie i trafiają do rak pierwszego demokratycznego prezydenta R.P. po 1939, czyli Wałęsy Lecha. Ma L.U.C. chyba małą wtopę, bo w utworze „Tribute to Stefan Starzyński” wykorzystuje wiersz z Powstania Warszawskiego „Żądamy amunicji”. Nie do końca wiadomo dlaczego on akurat tutaj potrzebny skoro prosiłoby się o ten fragment przemówienia Starzyńskiego:

„Chciałem, by Warszawa była wielka.
Wierzyłem, że wielką będzie. Ja i moi współpracownicy kreśliliśmy plany, robiliśmy szkice wielkiej Warszawy przyszłości.
I Warszawa jest wielka. Prędzej to nastąpiło, niż przypuszczano. Nie za lat pięćdziesiąt, nie za sto lat, lecz dziś widzę wielką Warszawę.
Gdy teraz do Was mówię, widzę ją przez okna w całej wielkości i chwale, otoczoną kłębami dymu, rozczerwienioną płomieniami ognia, wspaniałą, niezniszczalną, wielką, walczącą Warszawę.
I choć tam, gdzie miały być wspaniałe sierocińce, gruzy leżą, choć tam gdzie miały być parki, dziś są barykady gęsto trupami pokryte, choć płoną nasze biblioteki, choć palą się szpitale – nie za lat pięćdziesiąt, nie za sto, lecz dziś Warszawa broniąca honoru Polski jest u szczytu swej wielkości i sławy.”
 

No ale to jedna wtopka. A słychać w tym projekcie poza tym godziny tytanicznej roboty archiwistycznej. I mimo, że nowe brzmienia , bliskie transom i techno (wiem-nie wiem-nie znam się na tym) to nie moja bajka – doceniam aranżacyjny rozmach i kunszt. Bo to jest kunszt proszę Państwa. Intuicja dźwiękowa i talent narracyjny tyle, że nie wyraża się w języku literatury. W każdym razie nie tylko w języku literatury. To coś, leży na pograniczu sztuk.  Budzi ufność prostota opowieści, może nawet naiwność, oscylowanie na granicy patosu – ale w tym chyba tkwi siła tego albumu, nagranego przez chłopaka rocznik 1981, który pisze  w słowie od siebie:

„Musimy pamiętać nie po to by nienawidzić Rosjan czy Niemców, lecz by poprzez historię uczyć się lepiej decydować o przyszłości , a także by docenić ten piękny bajzel, w którym przyszło nam żyć”.

No nic dodać nic ująć a realizacja dźwiękowa naprawdę wysokiej próby. Bez złudzeń, bez politykierskiego zadęcia, po prostu. Jakby z Lao Che się facet urwał.

 

I wreszcie na koniec sprawa która jak dla mnie ociera się o wybitność, chociaż jakby dla kontrastu pełna brzmieniowej surowości – De Press i album „Myśmy Rebelianci” czyli program oparty na piosenkach partyzantów podziemia antykomunistycznego 1944-1953, w podtytule „piosenki żołnierzy wyklętych”. Teksty literacko nie są wybitne, bo nie mogą być, przecież to leśne piosenki „ludzi spalonych bez domu”. Muzycznie Andrzej Dziubek pozostaje wierny swoim postpunkowym  z jednej strony a zdrugiej góralskim korzeniom. I do tego wiadomo, że to piosenki wojny domowej, okrutnej, brudnej, bo inna wojna domowa nigdy nie jest – a jednak w tym połączeniu punka i partyzantki wyklętych tkwi uwodzicielska siła. „Anarchy In the R.P.” mogłoby się to nazywać. Muzyka o anarchistycznych korzeniach, wzywająca do obalenia każdego systemu a z drugiej echo żołnierzy walczących jak Funky Koval – sami przeciw wszystkim. Proste, szorstkie brzmienia, proste melodie i takie teksty. Aż się ciśnie na usta, że dzisiaj partyzant grałby hardcore. Dobrze wypadają kolejne melodyjne utwory, począwszy od „Czerwonej Zarazy” w której refrenie robi się prawdziwa hardkorowa karuzela, świetnie wypadaja przebojowe niemal – „Szesnastka”, „Niech się Pani za mnie pomodli”, „Trudny czas”, „Patrol”, dobrze brzmi ciężka  jakby nu-metalowa „Piosenka ludzi bez domu” i dwa razy nawracające jakby motto „Bij Bolszewika” w różnych wersjach. Aż ręka broni szuka – jakby powiedział przyjaciel.
Kończy  płytę – uwaga – kawałek do słów  wiersza Zbigniewa Herberta – „Wilki” i brzmi to chyba najlepiej ze wszystkich znanych mi zagranych i zaśpiewanych kawałków Herberta. Stoi za tym charczący fender, podpięty pewnie do Marshalla robiący  ścianę dźwięków jak ze germańskiego metalu. I to jakby ironiczne jest, bo w projekcie Karima i Karimski Club pojawia się wiersz „Pan Cogito a Pop” a w nim znamienne zdanie:

„sama idea owszem pociągająca być bogiem to znaczy ciskać gromy […]Kłopot polega na tym Ze krzyk wymyka się formie”
I zdziwienie, że głądki pop gorzej przyjmuje słowo Herberta niż dziarskie gitarowe frazowanie DePress. Właśnie dlatego być może że postpunk Dziubka bliski jest krzyku, bliski jazgotu i zarazem zbliża się do tego co wymyka się formie, losu tych, którzy stawali w szesnastu, pięciu, czternastu – przeciwko całemu światu. I być może dlatego – Dziubkowi paradoksalnie udaje się to, co wydaje się wymykać innym. To, co na granicy krzyku i wrzasku (jakby z okrzyku szturmowego, wrzawy bitewnej) znajduje właściwą formę w prostych riffach i aranżu ograniczonym do klasycznego zestawu brzmieniowego rockowego zespołu – gitara, ciężki, nisko nastrojony bas, perkusja i góralski wokal. Tak, stawiam na Dziubka.

 

MATERIAŁY POMOCNICZE OBCHODZENIA ROCZNIC. JESCZE RAZ.


Monumentalne dzieło Apoloniusza Zawilskiego „Bitwy Polskiego Września” pięknie reedytowane w jednym tomie właśnie przez wydawnictwo „Znak” to propozycja wymagająca, ale w zasadzie obowiązkowa dla każdego, kogo interesuje kampania polska 1939 roku. To dzieło skupiające się głównie na anatomii poszczególnych bojów, bitew i potyczek w czym wyraźnie odróżnia się od innych opracowań tego typu, próbujących (jak np. prace Tadeusza Jurgi czy Leszka Moczulskiego) dać szersze tło. Autor dedykuje je „żołnierzom września” i pozostaje tej dedykacji wierny do końca, dyplomaci są obecni jako tło właściwych zmagań. Bo to nie jest książka o dyplomatycznych podchodach ale walce na żelazo i krew. Podobno 1 września Józef Beck miał powiedzieć „Dyplomacja zrobiła wszystko, niech teraz armia pokaże co potrafi” wyraźnie zaznaczając koniec etapu dyplomatycznych gier. W tym miejscu zaczyna się fresk Zawilskiego, w którym głównym bohaterem jest polski żołnierz. Monumentalność tego dzieła rozbijają oparte na relacjach dialogi, rozmowy i liczne fabularyzacje co – obok czytelnych map (jest ich blisko 70!) oraz bogatego materiału ilustracyjnego – czyni tok narracji przejrzystym i potoczystym. Zawilski wylicza, że w kampanii wrześniowej stoczono 700 większych potyczek i bitew a w książce opisuje zaledwie kilkadziesiąt jego zdaniem najistotniejszych. Nie opisuje też tej jednej, najważniejszej bitwy, w nadziei na którą, żołnierze września toczyli swój nierówny bój. Tej, która nie rozgorzała na Zachodzie, nad Renem i Mozelą. Bowiem – i takie jest stanowisko Zawilskiego – wszystkie te bitwy polskiego września były wielkim działaniem wiążącym, odciążającym gestem Winkelrieda wystawiające pierś na groty wrażej przewagi. Winkelried spełnił swoją rolę. Spełnił ją dobrze. I o tym w detalu i w ogóle przejmująco pisze Zawilski.


 

Wśród licznych materiałów pomocniczych do obchodzenia rocznic dość skromnie promowany, przemyka gdzieś bokiem kolejny esej wątpiący Tomasza Łubieńskiego „1939 zaczęło się we wrześniu”. Warto zwrócić na tę książkę uwagę, bowiem w tonacji i argumentacji odbiega ona od dość monotonnych, popularnych opowieści o dzielności i koniecznej nieugiętości,  a ośmiela się zadać pytanie bardziej podstawowe. Pytanie o to, czy w ogóle rozumnym było i koniecznym samotne przeciwstawienie się Polski całej potędze Wehrmachtu i ZSRR (po 17 września). Jak zawsze u Łubieńskiego chodzi bardziej o postawienie problemu, niż udzielanie z góry jednoznacznej odpowiedzi. Przy tym posługując się podręcznymi notatkami – w tym zapiskami swoich antenatów pracujących w przedwojennej dyplomacji II RP – Łubieński kreśli niejednoznaczny i trochę zgryźliwy portret ówczesnego polskiego korpusu dyplomatycznego (czy w ogóle  elity politycznej), w którego rekach była przyszłość Polski po 1936 roku. Polemizuje z jednej strony z Leszkiem Moczulskim (bo skoro było tak świetnie to dlaczego przegraliśmy?) ale z drugiej strony poddaje w wątpliwość proste jak drut konkluzje śp. prof. Pawła Wieczorkiewicza o tym, że jedynym i do tego sensownym wyjściem dla Polski w 1939 było pójść z Hitlerem na Moskwę. Największa wartość propozycji Łubieńskiego zasadza się właśnie na odrzuceniu sądów a’priori i żywej próbie namysłu nad  ówczesnymi globalnymi możliwościami wybrnięcia z sytuacji. A tych, nazbyt prostych i narzucających się rozwiązań – chyba było niewiele zaś ponure ówczesnych wyborów konsekwencje ponosimy wszyscy do dzisiaj. A w zasadzie ponosiliśmy. Tomasz Łubieński wskazuje wyraźnie, że jego zdaniem to co zaczęło się we wrześniu 1939 ostatecznie zakończyło się w roku 1989, wyjściem Polski z cienia. Co zaś do odpowiedzi na odwieczne pytanie – „bić się czy nie bić” – Łubieński nie unika odpowiedzi, ale jak brzmi i jakimi jest obwarowana dodatkowymi założeniami – tego zdradzać nie wypada. Wypada przeczytać.
Te liczne zalety ksiązki Pana Tomasza psują zupełnie niepotrzebne błędy rzeczowe, na co eseista ma prawo sobie pozwolić, ale wydawca i redaktor powinien skorygować. No bo kiedy pisze Łubieński o grobach w Laskach pod Warszawą i wspomina 29 pułk piechoty z Kaniowa z 21 dywizji piechoty, no to ja pytam co Łubieński widział za groby i czy naprawde je widział. U Zawilskiego można sprawdzić, że 21 dywizja piechoty pod generałem Kustroniem składała się z pułków 3 bielskiego, 4  cieszyńskiego i 202 rezerwowego a że była to dywizja górska to jej szlak bojowy zaczynał się w Beskidach a kończył pod Tomaszowem Lubelskim, 400 kilometrów od Lasek. 29 pułk był w rzeczy samej pod Laskami, ale był to pułk kaliski. Niby drobny błąd, ale takich kwiatków jest kilka w książeczce niewielkiej objętości. Autorowi wolno postepować z pewną dezynwolturą, ale ja się pytam gdzie jest wydawca i redaktor?! Trochę obciach dla wydawcy.

Dzisiaj także zaduszkowe czytania Radka Kirschbauma