Archiwum dla Wrzesień, 2009

NA JESIEŃ 2009


AVATAR TANKMANA SPOTYKA NA FACEBOOK’U AVATAR KIRSHBAUMA, KTÓRY NIC NIE ROZUMIE I ŻĄDA WYJAŚNIEŃ ODNOŚNIE SIATKI

“…How long shall they kill our prophets,

While we stand aside and look? Ooh!


Some say it’s just a part of it:


We’ve got to fulfil the book…”

Bob Marley “Redemption Song”

 

Zanim opowiesz mi, co wydarzyło się później, wyjaśniam,

że w siatce nie było nic podejrzanego. Butelka z mlekiem,

żadnej benzyny, żadnych grypsów. Nie sądziłem, że człowiek

niosący mleko może być  groźny dla  sekretarzy wapniejących

na wysokościach aż tak, żeby wysłać przeciwko niemu czołgi

o poranku. Tymczasem ja ciągle idę im naprzeciw, pomnożony

przez liczbę użytkowników, bezlitosnych jak youtube. To jest

rytuał, trwa jak telewizja, olimpiada i bóg. chociaż to nie męka

pańska jak podpowiada żona. i nie da się z powielanego miliony

razy obrazu złożyć od nowa mojego wrednego, chińskiego ciała,

skrojonego pod słynny namiot, który kupiłeś dawno temu. Wtedy

wierzyłeś, że wystarczy żyć w przyjaźni ze światem i zdrowo się

odżywiać a odkupienie przyjdzie samo. Tymczasem twoje słowa

płoną bez  przyczyny i bez wstydu. Tak płoną ludzie, miasta, lasy

od Drezna do Lhasy; tak trwa lód na przełęczach oraz ci którym

wszelkie dobra, wola i niebiański pokój zwisa na palcu.

NA KONIEC LATA 2009.





LIPIEC. TRYT. NIEWYPAŁ. 

Już nigdy nie będzie takiego lata, już nigdy

Marcin Świetlicki

 

pozostało trzymać się z całych sił, z całego serca

zimnego, karbowanego korpusu. nie wiedząc,

co kryje ten oksydowany orzech, twardy na kość.

zaczęło się od zawleczki wyrzuconej za burtę.

chociaż są tacy, którzy mówią, że to stało się

przypadkiem. a byli też i tacy, którzy mówili,

że to nie zawleczka, ale pierścionek, obrączka,

zakrętka butelki wódki; znak zwykłej, wietrznej

akcyzy. potem deszcz spadł na zachodnią łachę,

która skurczyła się pod szturmem ciężkiej wody

jak mięsień. i poszła na dno. stamtąd, bez światła,

bez litości zobaczyliśmy tak wyraźnie, że żyć

można, a nawet trzeba. bez łachy. aby do piachu.

NA 17 WRZEŚNIA 2009


W siedemdziesiątą rocznicę wybuchu drugiej wojny światowej, która jak głosi promocyjny slogan – zaczęła się w Polsce, ukazało się wznowienie ciekawej pracy Leszka Moczulskiego. Wrzesień 1939 był tragedią, ale też nie skończył się tak jak na przykład trzeci rozbiór Polski, nie stało się tak by sprawa polska stała się wewnętrzną sprawą zaborców. Być może stało się tak z powodu niepohamowanych apetytów tak Hitlera jak i Stalina, ale też, w jakimś stopniu, dzięki polskim wysiłkom. Wrzesień 1939 to także – warto to zauważyć – pierwszy i ostatni rozdział historii II Wojny Światowej, w której Polska jest aktorem pierwszoplanowym. Mało? Może, ale były Państwa i narody, które nie otrzymały nawet drugoplanowej roli. Stąd też prowokacyjny tytuł książki „Wojna Polska 1939”. Wartość pracy Moczulskiego polega na dokładnym prześledzeniu, jak sprawa polska, która mogła przecież zakończyć się jak kryzys sudecki, anschluss Austrii czy zajęcie Kłajpedy, mimo wszelkich tragicznych konsekwencji – stała się sprawą światową. Moczulski pokazuje, że wcale nie było oczywiste, że pierwsze strzały muszą paść na Westerplatte 1 września 1939 roku o 4:45, a skoro już padły, wcale nie musiało się okazać, że są to strzały rozpoczynające nową wojnę światową. To, że napaść Niemiec na Polskę stała się sprawą całego świata, było zespolonym wysiłkiem polskiej dyplomacji i polskiej armii. Z tego punktu widzenia, nieuchronność klęski we wrześniu 1939 nie była wcale największym dramatem, w tym co miało nastąpić i tym. co mogło się wydarzyć, gdyby do wojny jednak nie doszło (wasalizacja Polski jako drugorzędnego sojusznika Hitlera lub wojna w politycznym i dyplomatycznym osamotnieniu). Moczulskiemu zapewne bliski byłby pogląd Normana Daviesa, który na polskie żale i pretensje do wyniku II Wojny Światowej zwykł wygłaszać taką mniej więcej tezę, że Polska miała marne szanse przetrwać ten kataklizm. A jednak przetrwała i to jest jej wielkim osiągnięciem. Przy tym autor „Wojny Polskiej 1939” daje szeroką wykładnię i kontekst zdarzeń, cały czas przypominając, że militarnie przegrana wojna miała doprowadzić do określonych efektów dyplomatycznych. Stąd też i opis zdarzeń poprzedzających wojnę zajmuje z górą ¾ książki, co nie znaczy że książka jest nudna. Zdecydowanie pomaga jej wyrazisty temperament autora, który dyktuje mu czasem zapewne zbyt jaskrawe – jak na historyka – oceny, ale z korzyścią dla lektury. To książka wartka i pozbawiona schematyzmu.
Pozostaje oczywiście pytanie dzwon, wracające przy okazji kolejnych rocznic – czy Polska musiała tak źle przegrać (bo, że wygrać nie  było sposobu – co do tego są wszyscy zgodni) i czy gdyby przegrała tę wojnę lepiej – czy cokolwiek by to zmieniło? Otóż przegrać lepiej na pewno mogła, nawet przy zachowaniu podporządkowania planowania wojskowego celom politycznym, których realizacja wymagała np. możliwie wysuniętego ku granicy postawienia oporu Niemcom. Co było z punktu widzenia wojskowego bezsensownym wystawieniem na ryzyko katastrofy, było z punktu widzenia politycznego konieczne. Ale nawet przy założeniu, że trzeba było stoczyć bitwę nadgraniczną, nie wszystko musiało się potoczyć tak skrajnie beznadziejnie. Wystarczy przypomnieć tylko kilka przykładów tego, co można było zrobić inaczej, lepiej a co nie wymagało wcale przenikliwości godnej Napoleona czy Hindenburga:

1. Dowódcom, którzy się nie sprawdzili, nie należało dawać ponownie komendy. W czasie kampanii było już widać że nie ma czasu na eksperymenty. A tymczasem naczelne dowództwo dało drugą szansę Dębowi Biernackiemu po zmarnowaniu przez niego jedynej odwodowej Armii „Prusy” – powierzając mu z kolei zbierane z trudem i odtwarzane wojska tzw. Frontu Północnego. Dąb Biernacki porzucił i to wojsko i tutaj nie umiał nie tylko uzgodnić współdziałania pod Tomaszowem Lubelskim z Armią „Kraków” i „Lublin”, ale nie potrafił skoordynować nawet własnych jednostek. Podobną drugą szansę dano także generałowi Rómmlowi, który porzucił w czasie odwrotu Armię „Łódź” a w nagrodę otrzymał dowództwo obrony Warszawy, które wprawdzie prowadziło obronę stolicy ale nawet na pół-gwizdka nie podało ręki przebijającym się znad Bzury resztkom Armii „Pomorze” i „Poznań”. Milczą dzieje co stało za tymi dwoma, najbardziej jawnie nietrafionymi ponownymi nominacjami.

2. Wiedząc, że z łącznością nie będzie najlepiej, można było wydzielić od początku swobodnie dwa lub nawet trzy dowództwa frontów – np. północnego, środkowego i południowego w celu koordynacji poszczególnych armii na kluczowych kierunkach. Zamiast tego mieliśmy ręczne dowodzenie przy pomocy gońców i łączników. Fronty i tak trzeba było w końcu pod naciskiem chwili utworzyć gdy okazało się, że sztab generalny w ciągłych przeprowadzkach i używając archaicznych środków łączności – ciągle zawodzi. Na ile inaczej wyglądałaby Bitwa nad Bzurą, pod Mławą, obrona Narwii gdyby armie nie współdziałały ze sobą na zasadach luźnej kooperacji, lub nie mijały się (tak jak Armia „Łódź” która przeszła prostopadle do frontu natarcia nad Bzurą nic o samej bitwie nie wiedząc) – można się tylko domyślać. Bo nawet złe dowodzenie bywa jednak lepsze niż jegoi brak.

3. O rozproszeniu sił lotnictwa i skromnych sił pancernych napisano całe tomy, nie warto o tym mówić, ale była to rzecz do uniknięcia. Spięcie nielicznych sił pancernych i lotniczych  jedną strukturę dałoby szansę uzyskania znośnego stosunku sił przynajmniej na jakimś wybranym teatrze działań. A tak wszędzie były ty śladowe, nic nie wnoszące do obrazu całości ilości

4. Relatywnie szybkie, acz słabe brygady kawalerii i tak w sumie, pod naciskiem okoliczności, najczęściej łączyły się w luźne związki dwubrygadowe, mające większa elastyczność działania. Można było to zapewne usankcjonować przed wojną jeszcze, tym bardziej że w składzie niemal każdej armii znajdowały się zazwyczaj dwie brygady kawalerii.

5. Fakt, że trzeba było w imię celów politycznych wystąpić z silną obroną nadgraniczną nie umniejszał w niczym faktu, że można było przemyśleć i rozważyć pozostawianie na tyłach Niemców ośrodków oporu przygotowanych do walki osamotnieniu. Na taki los ze względów prestiżowych oraz moralnych skazano załogę Westerplatte a szerzej załogę Helu i polskiego Wybrzeża. Nie przemyślano zawczasu jednak okrężnej obrony np. Śląska, Łodzi, Poznania, Torunia, Tarnowa, Rzeszowa.  W rezultacie spora część jednostek i tak była odcinana od sił głównych i rozjeżdżana w otwartym polu przez formacje pancerne i zmotoryzowane. Działo się to pod naciskiem chwili, bez planu, bez ładu i bez składu a wszystko unieważnił 17 września.

 

No właśnie, polski wywiad i rozpoznanie donosiło o przygotowaniach sowietów do wkroczenia do wojny, chociaż rację chyba mają ci historycy, że w 1939 roku Stalin jednak rozumował jak hiena to raz a dwa, że wkroczył w momencie gdy Niemcy przekroczyli ustaloną w pakcie Ribbentrop-Mołotow linie demarkacyjną. Nie jest wcale pewne czy gdyby te dwa czynniki – rozkład zorganizowanego oporu i zagrożenie utratą korzyści – czy Stalin w ogóle by się ruszył. Wiadomo, że Zachodnie okręgi 17 września nie były jeszcze gotowe do inwazji, nie zostały zmobilizowane do końca siły lotnictwa i piechota – dlatego tak często w relacjach z września pojawiają się sowieckie tanki, pozbawione osłony piechoty. Rydz-Śmigły na wieść o przygotowaniach sowieckich miał podobno żachnąć się „i po co mi te informacje i tak nic nie jesteśmy w stanie na to poradzić”. To zapewne prawda, ale można byłoby oczekiwać od polskiej polityki przynajmniej jednoznacznie opracowanej reakcji dyplomatycznej, jednoznacznie określonej instrukcji dla dowódców. Rozkaz z 17 września w praktyce ułatwiał znacznie Stalinowi propagandową grę na wielu bębenkach i późniejsze dyplomatyczne przedstawienia. 17 września nie był więc wcale taki przesądzony jak się wydaje w gąszczu sloganów i konstatacji ex post. Dzisiaj wiemy, że stało się, ale nie musiało się stać. Mogło się stać nieco inaczej.

 

Przedłużający się i krzepnący opór Polaków oraz szybkie wytracanie impetu przez Wehrmacht – a ten po 17 września znacznie zmalał, nie tylko z powodu interwencji Stalina, ale przede wszystkim z powodu problemów zaopatrzeniowych – to mogło jednak zmusić aliantów do jakiegoś bardziej zdecydowanego gestu.  A Hitler tego się obawiał. Na sztabowych mapach grupy armii „Południe” można zobaczyć, że już po 15 września Niemcy zaczęli wycofywać szybko z Polski 3 Dywizję Górską. Nie dlatego, że armia polska została pokonana, ale dlatego, że liczono się z tym że lada dzień ruszy ofensywa francuska. Niemcy mieli słaby wywiad i nie musieli wiedzieć, że na konferencji w Abbeville, 11 września alianci poniechali akcji zaczepnej. 

 

Gra polska kartą dopiero się zaczynała. Wrzesień 1939 był tragedią, ale też nie skończył się tak jak na przykład trzeci rozbiór Polski, nie stało się tak by sprawa polska stała się wewnętrzną sprawą zaborców. Być może stało się tak z powodu niepohamowanych apetytów tak Hitlera jak i Stalina, ale w jakimś stopniu dzięki polskim wysiłkom. Wrzesień 1939 to także – warto to zauważyć pierwszy i ostatni rozdział historii II Wojny Światowej w której Polska jest aktorem pierwszoplanowym. Mało? Może, ale były Państwa i narody, która nawet drugoplanowej roli nie otrzymały.

POLSKA Z ODDALI. KOT STOCZNIOWIEC, KOT KOMBATANT.

A oto oddalonym od kraju bedac, nie majac polskich znakow, zyskalem nowe wejrzenie w sprawy krajowe i oto com przeczytal, oczom wlasnym nie wierzac, oto „Los Gatos Gate” po Polsku, albo gdzie sa koty z tamtych lat:
Kotów w stoczni może być nawet pół tysiąca – szacuje Teresa Piątkiewicz ze stowarzyszenia „Zwierzęcy telefon zaufania”. – Do tej pory udało nam się doliczyć dwustu kotów, są to tylko te zwierzęta, które koncentrują się przy płocie – mówi radiu TOK FM Piątkiewicz. Dzięki nim w zakładzie ciężko było spotkać mysz czy szczura – wyłapywały wszystkie gryzonie, które mogły przegryzać kable od wielu skomplikowanych maszyn, te koty pracowały na stoczni – uważa szefowa stowarzyszenia. Dopóki na stoczni pracowało kilka tysięcy osób, los kotów nie był zagrożony – ludzie je dokarmiali i opiekowali się nimi. Teraz gdy na terenie zakładu zrobiło się pusto i cicho, kotom brakuje jedzenia, do tego pojawiły się lisy i jenoty, które na nie polują. Na szczęście zawiązał się „Komitet Pomocy Kotom Pracującym w Stoczni”, który wywalczył zgodę na wejście na teren zakładu, by móc pomagać futrzakom. Komitet potrzebuje wsparcia, osoby pragnące pomóc kotom, mogą przesyłać pieniądze na karmę, oraz ich leczenie, na konto Zwierzęcego Telefonu Zaufania z dopiskiem „stocznia”.
Tutaj mam kilka watpliwosci naturyogolnej i szczegolnej:
Czy bowiem swiadczenia kotom beda wyplacane tylko w naturze, w postaci deputatow w „whiskasie”?
I co obejmie koszyk gwarantowanych swiadczen weterynaryjnych?
Czy zapewniono kotom takze wsparcie psychologiczne?
Co z ich rodzinami?
Czy rozdano kotom odpowiednia ilosc telefonow komrkowych przystosowanych do uzycia przez koty, z generatorami transferu miaukow na ludzka mowe,aby mogly bezposrednio korzystac z telefonu zaufania dla zwierzat?
A co jezeli koty zazadaj jednak wyplat w gotowce?
Jak wycenic prace kotow, ktore, przypomnijmy uchornily tyle wosanialych kabli i przewodow (chociaz z drugiej strony byc moze do niejednych gumaikow naszczaly i nasraly)?
I kto stoi za wysypem jenotow i lisow (czy aby nie farbowanych?) w stoczni, ktora opcja polityczna szczuje bratnie gatunki i zaraza nienawiscia krew bratnia?
I ostatnie pytanie? Co to za kraj, gdzie tak news dojrzewa?

TRZECI RAZ W VISBY. ALBO URLOP

Kiedy pierwszy raz zawinelismy do Visby byl rok 2004, s/y Mokotow skrzypial i jeczal. Kilka godizn postoju wydawalo sie sakramencko malo. Za malo jak na to miasto z bajki w ktorym wydawalo sie, ze nie mieszkaja ludzie ale jakies muminki, szkrzaty, trolle, dzieci z Bulerbyn albo inne Pipi. Nierealne miasto, nieralne niebo i skarpoa z ktorej wydaje sie widac oz achodzie slonca caly swiat. Postoj w ramach rejsu trwal kilka godzin. Naprawa kolumny kompasu, syf_klar, dwie godizny spania ekstra dla kazdej wachty i heja w gore serca. Na poludnie. Drugim razem mielismy plynac do Helsinek, ale szedl sztorm a zachodzila obawa ze ludnosc jak i jacht nie wytrzymaja, dlatego kapitan podjal decyzje, ze nie bedziemy w sztormie robic halsow w gore Baltyku ale sprobowac jeszcze raz wybrzeza Szwecji i tak chowajac sie przed sztormem weszlismy drugi raz do Visby. Ale znowu tylko na moment.

Wczoraj po 47 godiznach podrozy, dwch pociagach pospiesznych (Polska), takswce bagazowej (Polska), dwoch promach, kilku kilometrach na pioechote, z dwoma rowerami, laptopem i trzema plecakami (na cholera nam tyle tego, czego, przeciez prawie nic nie mamy!) – dotarlismy do Visby po raz trzeci. Na dluzej. Bedziemy donosic na biezaco. I pisac. I czytac.