Archiwum dla Sierpień, 2009

POST SCRIPTUM DO SIERPNIA

1.
Serdecznie zapraszam w imieniu serwisu www.poecidlatybetu.pl do kolejnej z serii licytacji książek z autografami:
Roman Honet „baw się” – http://www.allegro.pl/item724541496_roman_honet_baw_sie.html
Roman Honet „moja” – http://www.allegro.pl/item724541500_roman_honet_moja.html
Tomasz Hrynacz „Praski Raj” (szt. 2) – http://www.allegro.pl/item725512392_tomasz_hrynacz_praski_raj.html

2.

A oprócz tego, serdecznie zapraszam tutaj:


Do zobaczenia,

SIERPIEŃ MIESIĄCEM REKONSTRUKCJI HISTORYCZNEJ

Gdy coś, co było elitarne - staje się powszechne a z czasem masowe, kontekst rozowy musi się nieuchronnie spłaszczyć, wyrównać. Taka jest cena powszechności. Stąd kościół katolicki, czyli powszechny z chwilą gdy nie tylko stał sie powszechie dostępny, otwarty ale gdy stał się masowy, i gdy jeszcze tę własną masowośc polubił, ukochał i zaczął utwierdzać – nieuchronnie spłaszcy ł swój język. Musiał tak. Nie mógł inaczej. Oczywiście spłaszczać, wyrównywać, upraszczać można ładnie i nieładnie.  Mam niejasne wrażenie, że stosunek do historii, szczególnie do historii Polski, wchodzi pomału w archetypowy schemat – na razie cichego – sporu pokoleniowego między młodymi a starymi. W miarę jak wymierają juz naprawdę ostatni uczestnicy PW1944, nie mówiąc już o Bitwie Pod Monte Cassino, Westerplatte, Bzury, Wizny, Helu – narasta z jednej strony fala publikacji i komenatrzy próbujących dokonyac rewizji (bo już nikogo nie będzie boleć)  tak w stronę krytyczną jak i afirmatywną albo zgoła fantazmatyczną. Pewne jest jednak to, że o ile jeszcze do niedawna wiedza o Powstaniu, Wrześniu 1939 czy innych podobnych sprawach uchodziła jednak za rzecz niszową, a ludzie pasjonujący się tymi tematami głównie gościli w zaułkach forów internetowych pod hasłem „historia i militaria” to wraz ze wzrostem siły takich zajwisk i manekinów jak „Patriotyzm Jutra”, ”polityka historyczna” etc. – rzecz przeniosła się do społecznego mainstreamu. I oto nie ma osoby, która by nie miała zdania na ten temat. I tak jedni demonstracyjnie odwracają oblicza i utyskują na komiksowe, uproszczone, akademijne wersje historii a inni odpowiadają, że wreszcie można i to nasz patriotyzm, nasz romantyzm i nasi koledzy i ocieraja łezkę oglądając kolejny klip mający uczynić pamięć o Powstaniu Warszawskim powszechną, masową i urzędową.
Obawiam się, że te drogi pamięci zaczynają skręcać zbyt niebezpiecznie blisko komiksu, disco-polo, że gubi się to cow  rozmowach (kiedyś) o Powstaniu, Wrześniu, Listopadzie, Styczniu było najważniejsze – definiowanie swojej tożsamości, postawy wobec spraw zbiorowych, odpowiedzialnosc i dramat. Dramat schodzi coraz bardziej z pola widzenia bo w polu widzenia znajduje sie coraz więcej obrazków, cortaz szybciej montowanych. Trudno powiedzieć coś nowego, głębokiego gdy się ma 30 sekund. Dlatego kolejne koprodukcje Muzeum Powstania Warszawskiego – takie jak
konkursowa antologia komiksu na motywach powstańczych:

Rubik-Opera Mateusza Pospieszalskiego na motywach Białoszewskiego:

Czy wreszcie Projekt „Gajcy”:

Budzą raczej moja irytację, podobną do irytacji gdy widzę grupy rekonstrukcyjne imitujące atak niedozbrojnych Powstańców na niemieckie punkty oporu. Zadaję sobie pytanie co kolejne ma byc w rekonstrukcji? Rekonsrukcja selekcji na rampie w Auschwitz? A może rekonstrukcja procesu mielenia kości w Chełmnie nad Nerem? Gdzie jest ta cienak czerwona linia między wolnościa wyrazu – na przykład artystycznego a szacunkiem dla źródła, dla prawdy. Komiks z kolekcji „44″ grzeszy najczęsciej infantylizmem, słabością kreski, ucieczką w fantazję (głowna nagroda to komiks w której Powstańcy konstruują wielkiego golema jk z gwiezdnych wojen…), schematycznością ujęcia tematu. Nie wiadomo jak uszczknąć i uszanować. Pospieszalski jest muzycznie nie do przyjęcia, nudny, odruchowy, odtwórczy a nadto robi krzywdę Białoszewskiemu szatkując go niczym zaśpiewy suahili. Gdy robi to na użytek rockowych zgrywów w ramach Voo Voo z frazami których publika nie rozumie to pół biedy, ale tutaj gubi sie to co było obezwładniające u Białoszewskiego – ów niepowstrzymany strumień myśli, wrażeń, obserwacji, świadomości, ciąg, jakby alkohol buzował. U Pospieszalskiego jest trochę skandowania i nic z tego nie zpada we wdzięczna pamięć. Z projektu „Gjacy” tak naprawdę zapada w głowę Dezerter, Janerka i Agressiva 69 którzy chyba porafili wyczaić odpowiedni klimat i dramatyzm tekstu. reszta to ciekawe wprwki stylistyczne, trudno jednak uciec od wrażenia że w znacznej mierze realizowane bez specjalnego zapału, bez szalonej miłości i chęci przeniknięcia tekstu i losu.
Kiedy się słucha „Powstania Warszawskiego” Lao Che, wydanego w nierówną nierocznicę PW1944 – w maju 2005 roku, to ta każdy szczegół jest na swoim miejscu, dlatego zapewne, że Denat latami badał te historie, żył nimi, znał na wylot i wiedział dokładnie co i jak chce powiedziec a koledzy muzycy upłynniali. Tutaj, wszystko jakies schematyczne, odruchowe. Równie dobrze w tych poprawnych kawałkach w dużej rozpiętości stylistycznje mogłyby znaleźc sie teksty Witkacego, Aleksadnra Wata, Broniewskiego – kogokolwiek.

I tak nam się kontekst rozmowy o historii spłaszcza w ramach miesiąca pamięci narodowej, która jest jak jedna wielka rekonstrukcja historyczna, czyli trochę bardziej skompikowana i droższa strzelanka na podwórku w której sie rkzyczy do kumpla wylosowanego na Niemca „dostałeś, dostałeś”. Nie mówię, że brzydko, bo to jest poprawne i grzecznie. Ale chyba trochę głupio. A tego szkoda.

GORZKI SMAK KAWIORU


Książka Marci Shore „Kawior i popiół” traktująca o polskich literatach zafascynowanych rewolucją, marksizmem i komunizmem – ma jedną zaletę niwelującą jej niedociągnięcia a mianowicie jest napisana bez polskich kompleksów, bez zapiekłości, która apriorycznie każe okopywać się po lewej lub prawej stronie sceny. Trudno sobie wyobrazić by podobnie bezpretensjonalną książkę napisał polski autor. Może za jakieś kolejne 20 lat. Amerykańska badaczka być może budzi rozczulenie polonisty próbując interpretować naiwnie wiersze Wata, Jasieńskiego czy Broniewskiego, być może nie dość starannie równoważy wątki, być może nazbyt zdawkowo przemyka nad niemal świętymi wydarzeniami polskiej historii jak wyjście Armii Andersa do Palestyny czy Powstanie Warszawskie ale zarazem jej opowieść ma walor świeżości, swoistej bezkompromisowości i bezpretensjonalności, która pomaga ustalić nieco bardziej zobiektywizowaną miarę rzeczy. Naszych rzeczy. Ciekawe jest co i jak dostrzega badacz odległy od polskiej potrzeby rozdzielania win, zasług i wzywania zza grobu do moralnej odpowiedzialności.  Marci Shore pokazuje indywidualne drogi, wybory, rozejścia się i powroty luminarzy życia literackiego z rzadka dzisiaj jeszcze pamiętanych a częściowo zupełnie zapomnianych lub zbywanych etykietką krótką jak salwa. Zasługą autorki, jest, że oprócz postaci pamiętanych całkiem nieźle, przypomina sporo postaci niemal zupełnie zapomnianych poza wąskim kręgiem badaczy epoki, którzy pojawiają się w tej opowieści na równych prawach – począwszy od Wandy Wasilewskiej poprzez Adama Ważyka, Andrzeja Stawara, Władysława Broniewskiego, Witolda Wandurskiego, Jana Hempla, Anatola Sterna, Brunona Jasieńskiego, Juliana Tuwima, Aleksandra Wata, Janinę Broniewską, Jakuba i Adolfa Bermana czy wreszcie przywołanego na samym końcu – Leszka Kołakowskiego.

Ta sama idea okazała się zupełnie inną widziana z perspektywy stolika Samandrytów na półpiętrze kawiarni „Ziemiańska” w Warszawie – a zupełnie inną, gdy zmaterializowała się pod postacią łagrów, pokazowych wyroków, czerwonoarmiejców na ulicach Lwowa i rzutkich enkawudzistów przesłuchujących Broniewskiego w kazamatach więzienia na Łubiance. Z tym drastycznym rozdźwiękiem między ideą a praktyką każdy z przywołanych artystów próbował sobie jakoś poradzić i o tych osobistych dramatach ludzi zmuszanych do składania kolejnych wersji samokrytyki, ostatecznie tracących wiarę w głoszone przez siebie idee, bądź wierzących w nie pomimo śmierci znajomych, przyjaciół, rodziny czy nawet swojej własnej (przypadek Jasieńskiego) jest książka Marci Shore. Ostatecznie nie autorka nie wydaje sądu; wiadomo, co było gorsze a co lepsze. Wiadomo tylko jak konkretni ludzie postępowali. I jak skończyli.

 

NIGDY JUŻ NIE BĘDZIE TAKIEGO LATA, JUŻ NIGDY


ORWO, ROCZNIK ’74

 

kim jest ten chłopiec, któremu chciałbym podać rękę?

stoi na tle warszawy, jest ciepłe popołudnie, początek

lat osiemdziesiątych, komuna. komunię zapisała na moją

pamiątkę światłoczuła chemia made by orwo, dawniej

IG Farben. takie utrwalenie musiało zostawić stygmaty.

na razie chłopiec jeszcze czuje ten smak kiedy hostia

rozmięka i przykleja się do ciepłego języka, ale wie

(niezawodny pan ksiądz wyjaśnia), że nie wolno łykać

jezuska w kawałkach jak heretyka. akt powinien być 

zdecydowany jak poderżnięcie gardła zwierzęciu.

nie ćwiartuje się tego, co bóg złączył, nawet gdyby

to był tylko świat męskiej zygoty około ośmiu lat

po porodzie. chcę podać mu rękę, zgnieść ten papier

 

w opłatek. połknąć w całości.

GODZINA W JAK WĄWÓZ


Znowu 1 sierpnia i znowu dyskusje czy można było inaczej czy nie można było inaczej. Niby powinno dziwić a nie dziwi dlaczego tak chętnie hobbyści próbują mimo wszystko badać odwrócone wątki historii września 1939 czy sierpnia 1944, fantaści piszą książki w których „GROM” czy inni współcześni komandosi wskutek tajemnych działań ruszają na odsiecz powstańcom warszawskim. Nie dziwi bo to zbiorowa trauma, zdarzenia którego skutki są widoczne i – wciąż jeszcze – bezpośrednie.

Najgorsze w tym wszystkim jest to że tak jak Napoleon nie przegrał pod Waterloo, szansa na wcześniejsze i sprawiedliwsze zakończenie nie została pogrzebana na moście w Arnhem – tak losy Polski, tej naszej tutaj obecnej – nie rozstrzygały się w sierpniu 1944 w Warszawie czy w 1939 nad Bzurą, pod Wizną czy Mokrą. To wszystko heroiczne epizody, niestety odarte z jakiegokolwiek politycznego, strategicznego znaczenia. W rozmowach urastają do rangi zdarzeń-symboli, zdarzeń-pomników (najlepiej pomników wartości). W pewnym sensie zapewne słusznie, skoro te zdarzenia były dla ówczesnego pokolenia (ówczesnych pokoleń) stanięciem wobec sytuacji granicznej. Granicznej czyli takiej której przeniknięcie, rozwiązanie, jest niemożliwe, wobec której można tylko przyjąć postawę. „Wywieść z siebie to, co najbardziej ludzkie”.  

Nie widzę w tym jak koledzy z pisma – nomen-omen – „44” śladów mesjanistycznych. Gdyby przyłożyć tę mesjanistyczna ideę do obraz rozpoczynającego się dzisiaj Powstania Warszawskiego (żona zawsze mówi, daj spokój, to nie męka pańska, nie rozgrywa się ciągle, co roku, jak święta) to budzi się we mnie protest. Bo czy w takim razie zdarzenie składające się z milionów decyzji i wyborów setek tysięcy aktorów (a nie statystów!) ma być tylko obrazem, ilustracją w księdze dziejów? To autentyczna śmierć, cierpienie, dzielność, tchórzostwo, którego ceny nie potrafią sobie wyobrazić chłopcy, których najbardziej granicznym zdarzeniem było oberwanie gumową lalą po dupie od dzielnicowego – to wszystko miało być pracą jakiegoś demiurga-artysty, dawaniem świadectwa jakimś romantycznym ideom a nie po prostu próbą wyrwania się z upodlenia, mówienia własnym głosem za siebie?


Jedynym dobrym głosem 1 sierpnia jest dla mnie głos uczestników wydarzeń, ich słowa, ich relacje, ich emocje. Względnie własny, ale osobisty głos w odpowiedzi na ich doświadczenie. Obawiam się tylko, że widowiskowa i patetyczna pamięć zbiorowa, sycona kolejnymi spotami z telewizji pogubi zbyt wiele historii, zbyt wiele tej pojedynczej, osobistej prawdy – w tym także tej trudnej może do przyjęcia, prawdy o tym, że nie wszystko było z jednej strony czarne a z drugiej białe.  Że zdarzało się sporo błędów i trudnych do wyjaśnienia zaniedbań. A te zaniedbania kosztowały życie konkretnych ludzi. Abstrahuję tutaj jak wspomniałem  o d sporów ideologicznych.


Nie twierdzę jak niektórzy historycy, dokonując ekstrapolacji wiedzy nabytej „ex post” że walka była bezwzględnie konieczna lub niekonieczna, że sam rozkaz walki był polityczną zbrodnią lub wyrazem politycznej dalekowzroczności. To sądy, które zawsze muszą osunąć się w arbitralność, które zawsze opierają się na jakichś założeniach apriori. Lewica zawsze mówi „nie”, prawcia „tak, ponad wszelką cenę”. Pewne jest że skutków nie dało się przewidzieć a w akcji (jakiejkowliek akcji, nawet na szlaku w górach) poedjmuje się decyzje znając tylko część niezbędych danych. Ryzykowne decyzje, można racjonalnie przeprowadzić., zadbać o ich wykonanie od strony wojskowej, profesjonalnej.

Nie jestem wojskowym, ale zastanawiają mnie pytania na które mimo lat lektury i uważności nie znalazłem odpowiedzi. Dlaczego na przykład dowódca obszaru umocnionego Warszawy, specjalista od walk miejskich, świeżo co przerzucony z Wilna, gen. Stahel, napisał w dzienniku 1 sierpnia, że zaczęło się spodziewane powstanie zbrojne Polaków. Czy spodziewane było dlatego, że Niemcy się go spodziewali jako dziejowej konieczności czy dlatego, że mieli dobry wywiad, rozpoznanie czy po prostu wtyczkę gdzieś w okolicach Komendy Głównej AK? Dlaczego wydano chłopakom i dziewczynom z AK rozkaz ataku za dnia, przy pełnych ulicach i nakazano nieuzbrojonym żołnierzom atak prosta taktyką roju (Pisze o tym  autor zapomnianej a ciekawej monografii PW1944 wydanej w roku 1957 – płk. Borkiewicz)? Czy dlatego, że nieumundurowani insurgenci lepiej wtapiali się w tłum cywilów i liczono, że normalny uliczny ruch przykryje atak? Czy to czasem nie pogardzana taktyka stosowania „ludzkiej tarczy”? Czczi się powszechnie dowódcę Warszawskiego Okręgu AK, gen. Antoniego Chruściela ps. „Monter” ale czy rozkaz ataku który miał połączyć Żoliborz i Stare Miasto przez tereny Dworca Gdańskiego obsadzonego m.in. przez pociąg pancerny – miał sens? Dlaczego wcześniej, w pierwszych dniach Powstania - dopuszczono do wyjścia wielu oddziałów z miasta do lasów (np. z Żoliborza) tylko po to by po kilku dniach wracały do Warszawy a po kilkunastu w beznadziejnych już warunkach tracąc setki zabitych i rannych (co na jedno wychodziło, ranni mieli małe szanse przeżycia) – próbowały robić to, co w pierwszych dniach, chociaż trudne, było jeszcze możliwe? Dlaczego planuj ąc walkę w obszraze miejskim nie zadbano o alternatywny system łączności a jedyną formą przyjmowania melduków i rozkazów było używanie kanalarzy i łączniczek? Czy zaplanowanie chociażby najprostszej łączności radiowej było niemożliwe czy po prostu w Komendzie Głownej AK pokutowały metody prowadzenia wojny sprzed 1939 roku?


Zamiast patosu oficjeli, natrętnej wymowy spotów w TVP, radosnych inscenizacji (czym to się różni od zabaw w strzelanego na podwórku? Czy to naprawdę konieczne? Poważne? Odgrywanie martwych, zabitych bez broni w ręku ale atakujących powstańców?) – Zamiast tego wszystkiego wolałbym trochę wyciszenia, zadumy, spokojnego namysłu, wyważonych ocen, dobrego poznania i rozpoznania. Nikt nie prześcignie mnie w szacunku i czci dla chłopaków i dziewczyn z PW1944 a nie prześcignie mnie dlatego, że na tym pułapie – nie ma się o co ścigać. Tylko od lat męczy mnie pytanie – dlaczego nikt nie powiedział porucznikowi „Kubie”, że idzie ze swoimi ludźmi na śmierć? Bateria „Kuba” miała wraz z siłami VIII Obwodu AK Okęcie (około 1800 ludzi) zdobyć lotnisko Okęcie, dla zapewnie lądowania Brygady Spadochronowej gen. Sosabowskiego ( w kampanii wrześniowej dowódca 21 Pułku piechoty „Dzieci Warszawy”). Jak wiadomo spadochroniarze Sosabowskiego mieli skakać ostatecznie pod Arnhem. Co do VIII Obwodu Okęcie – jak napisał Stanisław Podlewski w opracowaniu relacji z pierwszych dni PW1944 – „Wolność krzyżami się mierzy”:

Kiedy po wybuchu powstania mjr „Wysocki” odwołał rozkaz uderzenia, komendantka Wojskowej Służby Kobiet „Ilona” zwróciła uwagę, że dotąd nie wysłano zawiadomienia do por. „Kuby”. Mjr „Wysocki” miał odpowiedzieć:
- To tacy zapaleńcy i odważni do szaleństwa – nuż im się uda zdobyć lotnisko.

Porucznik „Kuba” – Romuald Jakubowski, miał pod swoim dowództwam 180 ludzi uzbrojonych w 3 pistolety maszynowe, 4 karabiny i 400 granatów chałupniczej produkcji. Żegnając się z matką, podaję znowu za Stanisławem Podlewskim, miał powiedzieć:

-Pamiętaj, matulko, że to wojna, możemy nie powrócić. Nie wolno ci się załamywać, fason trzeba trzymać do końca.

Więc kiedy harcerze i członkowie „grup rekonstrukcyjnych” będą „odgrywać” inscenizacje krwawych ataków bezbronnych powstańców na niemieckie schrony bojowe, będę myślami przy 180 ludziach „Kuby”, wybitych niemal do nogi na odsłoniętym ugorze. Ich strachu, bólu, poczucia opuszczenia, cierpienia – nikt nie potrafi zrekonstruować.