Archiwum dla Lipiec, 2009

AUTOLUSTRACJA

Kiedy pada deszcz dzieci się nudzą i tak w ciekawym skądinąd serwisie Niedoczytania.pl hitem ostatnich kilku dni stał sie tekst dr. Marka Trojanowskiego, tego samego który stracił pracę w Zielonej Górze, na jakiejś wyższej uczelni gdyż geniusz jego poezji zmiażdżył dzieciaki przychodzące do niego na zajęcia, tego samego który prowadzi blogaq o swoich niedolach. Tekst który składa się z samych hipotez udających prawdy objawione albo na odwrót, co zresztą na jedno wychodzi.

Pomyślałem, w związku z tym, że parę osób te bredzenia i bełkot po blekocie uznaje za swoje objawienie a w każdym propozycję godną uwagi, dyskusji oraz mając w pamięci że doktor Trojanowski słabo sobie radzi z przyswajaniem faktów, nawet tych drobnych – z tych wszystkich względów postanowiłem się zautolustrować i pokazać światu i miastu zepsucie jakie mnie dotyczy.

Debiutowałem tekstem krytycznoliterackim  w „Akancie” w roku 1999. I ładnych kilka razy wysyłałem tam teksty, zaprzestałem dopiero po czwartym czy piątym niedwuznacznym daniu mi do zrozumienia, że dobrze by było bym wsparł publikacje swoje i innych aututorów „Akantu” tzw. dobrowolną wpłatą 20 złotych a na poparcie dobrowolnej prośby przysłano mi kilka razy przelew , juz wypełniony, o ile pamiętam właśnie na 20 złotych. A w międzyczasie w redakcji na Niedźwiedziej zgubiono dwa razy dyskietkę z tekstami. Tego było mi za wiele. A im za mało. Uprzejmie zamilkliśmy. Więcej już w „Akancie” nie opublikowałem, ale może, gdyby mnie piękniej kuszono, kto wie.

Około połowy mojego notatnika adresowego zajmują adresy i telefony ludzi którzy zajmują się różnymi wersjami literatury. Z niektórymi się lubię, ale nie lubię ich wierszy a z niektórymi sie nie lubię, ale szanuję ich wiersze lub inne wytwory literackie.

Byłem świadkiem na ślubie Maćka Frońskiego ( z którym drzemy koty bo mamy inne wizje poezji), jestem ojcem chrzestnym drugiego syna Ryszarda Chłopka, świadkiem na moim ślubie był Dariusz Pado a z moją żoną pośrednio poznał mnie Łukasz Bax Bagiński, poza tym widziałem jak Juliusz Gabryel o mało nie dostałw  zęby w Łodzi na Piotrkowskiej.  Nie wiem jaki to ma związek z czymkolwiek, ale byc może ma – to mówię.

Nie byłem świadkiem na ślubie Barbary Klickiej i Czarka Domarusa, ale widziałem ślub Pawła Lekszyckiego a tam świadkiem był Darek Pado, lubię maślanke mrągowską a nie lubię jugurtów firmy zott. Też nie wiem co to ma z czymkolwiek wsólnego, ale może światły umysł jasnego oszołoma coś z tego wyprodukuje.

Wiele razy łaziliśmy z Karolem Maliszewskim po górach w zasadzie nawet częściej, może nawet kilkanaście razy bo znamy się kilkanaście lat, od czasów kiedy Karol jeszcze nawet nie pisął krytyki i w roku 1991 czy 1990 zakładał w Nowej Rudzie klub literacki (obecnie niesitniejący) OGMA a myśmy w Brzegu zakładali (istniejące) Stowarzyszenie Żywych Poetów.
Niestety nie debiutowałem dzieki temu w „Nowym Nurcie”. Gdybym wiedział wcześniej , że należę do spisku może bym debiutował nie w 2002 w niszowym „undergruncie” ale gdzie indziej.

Nie należałem, nie należę ani nie zamierzam należeć do żadnej stajni, żadnego związku literatów polskich, stowarzyszenia pisarzy, jedyną organizacją w jakiej mam swoje udziały jest inicjatywa lokalna którą zaczęliśmy z przyjaciółmi jeszcze w liceum – Stowarzyszenie Żywych Poetów (dla jasności tamci kumple juz nawet nie piszą i najstarsi Trojanowie ich – niestety-na szczęscie – nie wiem – nie znajdą, wybrali inne drogi życiowe, taka karma).

W związku z pełnionymi funkcjami w Stowarzyszeniu czy redakcji „Red.” jak do tej pory (może jestem frajerem, nie wiem) nie zapobrałem załamanej złotówki, natomiast co roku dopłacam wcale sporo chocia.żby w rachunkach telefonicznych bo do organizacji i prowadzeni działałności używam prywatego telefonu (podobnie jak  moi koledzy i koleżanki – frajerzy). Może gdybysmy należeli do jakiegoś spisku, ale co tam.

Nie złożyłem nigdy książki do Biura Literackiego i w zasadzie gdy piszę dla Biura – nie pobieram honorarium, nie czerpię (może jstem frajer, nie wiem) żadnych korzyści materialnych. Jedyne honorarium jakie dostałem do Biura Literackiego to było 350 brutto za wystapieniu w dyskusji na Porcie 2009, co było zreszta moim jedynym jako do tej pory występem na Porcie/Forcie. Być może ostatnim, tego nie wiem ani z tego powodu nie drżę. Zechcą – zaproszą, nie zechcą – nie zaproszą. Wszystko. Chyba tak. Jak mi coś wpadnie do głowy to jeszcze dorzucę.

BABCZENKO. DZIESIĘĆ KAWAŁKÓW O BICIU.


 

Wojna Czeczeńska w mojej wyobraźni to głównie propagandowe wyimki z telewizji rosyjskiej oraz słabo kontrowane realcje innych dziennikarzy a pod wszystkim, tak przeczuwam, dużo więcej krwi, dużo więcej trupów niż ktokolwiek chciałby przyznać. Obraz jaki tworzy Arkadji Babczenko w zbiorze opowiadań „dziesięć kawałków o wojnie” jest jeszcze inny. Chyba w żadnej relacji wojennej, czy to była relcja z szeregów Wehrmachtu, US Marines, czy nawet z Armii Czerwonej nie trafiłem na tak makabryczny bezsensowny obraz wojny, o ile wojna może być sensowna. U Babczenki wrogiem i zagrożeniem dla życia w równym stopniu są Czeczeńcy co towarzysze broni. Starsi bowiem znęcają sie nad młodszymi, ci co przyjechali do Czeczenii wcześniej nad tymi co przyjechali dopiero co, pijani nad trzeźwymi – gdy pijani sa oficerowie lub żołnierze starszego rocznika. Pijani czasem strzelają na oślep i czaqsem trafiają swoich, a głodni żeby ukraść trochę żarcia, symulują atak Czeczeńców na własny obóz. Biją wszyscy wszystkich a czasem i wymyślnie się poznęcają – na przykład strzelając do ofiar ubranych w kamizelki kuloodporne z ostrej amunicji odbijając ofiarom organy wewnętrzne lub po prostu wypuszczając w mundurze rosyjskiej armii za bramy obozu.  Kwitnie handel wymienny – broń za żarcie, bowiem żołnierz rosyjski wbrew legendom o jego wyjątkowej wytrzymałości też musi czasem coś zjeść. Ta sama broń, sprzedana na bazarach Inguskich, Dagestańskich i Czeczeńskich miast i miasteczek jest potem używana przeciwko – najedzonym już – rosyjskim żołnierzom. A ci żołnierze bici przez sześć miesięcy podstawowego szkolenia, wysłani bez anuki strzelania, prosto z poboru w Czeczeński kocioł potrafią tylko ginąć, bo zabijanie też im nie wychodzi skoro. Zapewne nieprzypadkowo jedyne ofiary po stronie czeczeńskiej o których wiadomo na pewno, która pojawia się we wszystkich opowiadaniach jest ośmioletnia dziewczynka i jej dziadek. Rezta Czeczaków to duchy, błyski wystrzałów, cienie, strach. Nie widać ich, nie słychać. Kryją się gdzieś za tym chaosem nazywanym wojną, ale nie pojawiają się znane z twarzy, imienia, grymasu.
A kiedy Babczenko pisze w „Codzie” o miłości do wojny, w której zarazem zawarata jest nienawiść do wojny, kiedy dociera do dna, do narkotycznego uzależnienia od niej, sam orientuję się, na czym  może polegać ten współuzależniający stosunek. Przecież około pięćdziesiątej strony chce się już przestać czytać, masz dość a jdnak brniesz dalej i dalej w ten obłęd.  I to pomimo tego – a może właśnie dlatego – że proza Babczenki nie sprawia wrażenia literacko dopracowanej, dopieszczonej, raczej rozrzucone zapiski, zbiór noptatek, raz pełniejszych raz zupełnie zdawkowych nie trzymających się jednej stylistyki, jednego pomysłu, chaotycznie wymieniających miejsca, daty, ludzi. Jak maszynka do mielenia ludzkiego mięsa.
Babczenkę przyrównano ponoc do Tołstoja, Remarque’a, Babla. Z tymi porównaniami bym poczekał. A przeczytać i tak trzeba.

MIĘDZY POPEM A KOWADŁEM – ROZMOWY W PORANNYM PKP. NIEBAWEM W


Nieautoryzowany kawałek z finalnych i bezsennych prac nad nowym multimodalnym wydaniem 2 numeru 2009 „Red.” – z nowego cyklu „Między popem a kowadłem – rozmowy w porannym PKP”:

Michał Cetnarowski: Na przykład popatrz co się stało z kryminałami Krajewskiego, bardzo mocno przecież osadzonym w historyczności i topografii, można je tratować przecież jak przewodnik po różnych częściach Wrocławia w różnych jego dziejowych momentach. Nikt tego nie zlecał. Ale taki autor parzy i widzi, że ludzie może by kupili coś co jest dla nich żywe a nie opowiedziane. Ale wiesz, tutaj jest jeszcze jedno zagadnienie bardzo ważne, mianowicie ta nuta, która przebija spod tych projektów o których powiedzieliśmy kilka słów, ale tez wielu innych – ten patriotyzm, duch sanacji, ku pokrzepieniu serc. I to się w literaturze popularnej pojawiło chyba wcześniej niż rynek wolnej książki a ten moim zdaniem pojawia się u porgu dwudziestego pierwszego wieku.

 Radosław Wiśniewski: A nie w roku 1991 ten wolny rynek książki? 

Michał Cetnarowski: Moim zdaniem nie, przynajmniej gdy mowa jest o tej części literatury na której ja się trochę znam. Przez całe lata dziewięćdziesiąte polscy autorzy fantastyki, horroru, popu nie mieli jak się przebić. To się zmieniło wraz z powstaniem takich firm jak „Fabryka Słów”, które odważyły się ryzykować i wydawać polskich autorów. Wydali Pilipiuka, Piekarę udało się a potem poleciało, zmienili rynek. Nie mówię że tylko na lepsze, wiele osób teraz płacze, że kiedyś to pisano ostrożnie i kiedy ktoś już się przebił po latach przez  rożne czytające gremia i gremia wydawnicze to było wiadomo, że to jest ambitna fantastyka, że to jest to. Takie losy miały na przykład opowiadania Ziemkiewicza. A teraz jest wolny dostęp i sporo osób narzeka że za dużo, że za łatwo teraz się wydaje, że często byle co.

 Radosław Wiśniewski: brnąc w te dygresję rynkową – przypomina mi to jako żywo utyskiwania wielu publicystów obserwujących poezję, że lekkość druku spowodowała obniżenie lotów poezji, bo publikacja tomiku już nie jest taką nobilitacją jak kiedyś, kiedy to było bardzo trudne. To zresztą moim zdaniem był bardziej zalew potencjalnych możliwości publikacji niż realizacji tych możliwości, ale kiedy to mówisz, to jakbym słyszał chór utyskiwań na młodych poetów. Zresztą wydaje mi się, że ten nadmiar możliwości wcale źle poezji nie zrobił, ona się ładnie rozlała i ustaliła warstwy, hierarchie, skupiska. 

Michał Cetnarowski: I ja myślę, że podobnie jest z popem, z fantastyką, po dziesięciu latach czytelnik już sobie rozpoznał autorów, sklasyfikował ich sam a rożne nurty mogą sobie istnieć równolegle, dlaczego nie. I ten bardziej ambitny i ten rozrywkowy. Wracając jednak do tych mitów historycznych – zanim ten rynek się otworzył i znikły sztuczne tamty powstrzymujące ruch publikacyjny – wielu autorów już drążyło pewne tematy patriotyczno-historyczne. Konrad Lewandowski napisał na przykład „Nutekę 2015” w której Polacy w trzeciej wojnie światowej gromią siły amerykańskie i NATO swoimi sposobami, czyli hakerzy wrzucają jakieś pornosy na łącza satelitów rozpoznawczych. Taki Sienkiewicz, Zagłoba, Wołodyjowski w dwudziestym pierwszym wieku. Z kolei Jacek Komuda z kolei wszedł mocno w klimaty sarmackie. Porównań z Sienkiewiczem nie uniknął, chociaż zawsze się odcinał jak tylko mógł. Bo Komuda chciał być bardziej Easternowy, nie laurkowy. Taki brudny, wschodni western. Pytanie, które zadałeś na wstępie – dlaczego one pojawiają się w fantastyce a nie gdzie indziej? Fantastyka z założenia ma prawo bawić się dziejami i zmieniać jego bieg. Autor, który jest blisko tych spraw, nie emocjonalnego dystansu pewnie ma trudność, żeby pomyśleć te zdarzenia rytmami współczesności, współczesnej literatury, żeby zrobić z tego groteskę, parabolę, realizm magiczny.

 Radosław Wiśniewski: Ja bym powiedział, że jeżeli nie umie myśleć historii polski w zgodzie z takimi rytmami to jest na bakier z Gombrowiczem chociażby. 

Michał Cetnarowski: No niby tak, ale wyobraź sobie realizm magiczny i holocaust albo groteska z płonącym Dreznem w tle. To jednak nie jest takie proste.

 Radosław Wiśniewski; No to dorzucę „Tworki” Marka Bińczyka, nikt nie mówi że to jest łatwe literacko, że nie niesie ryzyka, ja tylko mówię, że jest możliwe 

Michał Cetnarowski: No okej, ale temat budzi miejscami całkiem świeżą grozę i przerażenie. Dlatego autorom stylu wysokiego wydawało się być może, że lekarstwem na tę grozę będzie ścisły realizm, dać świadectwo, naturalizm, turpizm i nic poza tym.

 Radosław Wiśniewski: Ale wychodzi tutaj oczywiście stary problem, który sprowadza się do tego, że nawet takie rzeczy opisanie, w duchu ścisłego realizmu, też jest kreacją. O ile oczywiście nie jest bezpośrednią relacją świadka, chociaż tutaj z kolei psychologowie pamięci mieli by bardzo dużo do powiedzenia na temat kreatywnych mechanizmów pamięci. Bo psychologicznie pamięć  nie jest lustrem a jeżeli już nawet jest lustrem to nie jest martwym lustrem, ale żywym, dynamicznym. Zwrócę też Twoją uwagę na fakt, że u schyłku życia niejaki Andrzej Szczypiorski napisał powieść „Gra z ogniem” w której jako żywo holocaust i wojna zostały opowiedziane w poetyce magicznego realizmu właśnie i to – moim zdaniem – zostały opowiedziane ciekawie, dobrze. Rzecz polega na tym, że wywiedzione z rozlicznych wojennych retrospekcji, różne postaci – zgładzeni Zydzi, esesmani, szmalcownicy – spotykają się pewnym hotelu w Alpach szwajcarskich, a równocześnie wokół zaczynają płonąć lasy (a może cały świat) ma bowiem dojść do pewnego ubezpieczeniowego szwindla związanego ze spaleniem hotelu. W którymś momencie gra z ogniem wymyka się jednak spod kontroli i płomień rozprzestrzenia się poza hotel. A wymyka się, bowiem postaci, które pojawiają się hotelu, mimo, że znamy je z wydarzeń historycznych, są łudząco do wcześniej wykreowanych postaci podobne – cierpią na amnezję historyczną, zatem nie mogą, nie potrafią antycypować do czego prowadzi tytułowa „gra z ogniem”. Wiesz, dla mnie to był realizm magiczny i w gruncie rzeczy także realizm historyczny (tak! Tak!) dość wysokiej próby.


reszta rozmowy a także fragmenty powieści Macieja Parowskiego, wywiad z Jackiem Dukajem, Jerzym Jarniewiczem, Wojciechem Bonowiczem i wiele wiele innych ciekawych tekstów  – w „Red.” 2(10)/2009 który ukaże się po wakacjach…

AUTOGRAF DLA TYBETU – aukcja pierwsza

Serdecznie zapraszam w imieniu serwisu www.poecidlatybetu.pl do pierwszej z serii licytacji książek z autografami:

http://www.allegro.pl/search.php?string=poecidlatybetu&description=1&buy=0&new=0&pay=0&vat_inv=0&personal_rec=0

Na pierwszy ogień wystawiamy książki:

Jarosława Gruzli „Smak Teraz”  
Jacka Dehnela „Rynek w Smyrnie”  
Jarosława Klejnockiego „Victoria. wiersze ostatnie”  
Tamary Hebes „Ja oniryczne”  
Dariusza Pado „Ijar”

Każda książka stanowi dar autora dla serwisu www.poecidlatybetu.pl a środki z jej sprzedaży zasilą bezpośrednio konto pomocy dla byłych więźniów w Tybecie – więcej informacji:
http://www.sft.org.pl/niewidzialnekajdany.htm

Autorzy przekazujący swoje książki na aukcję ani organizujący aukcję nie czerpią z tego żadnego zysku.
Każdy tomik opatrzony jest co najmniej autografem (czasem jest to dedykacja).
Stan wszystkich książek jest fabrycznie nowy.
Zachęcamy do wpłacania na konto kwot chociażby minimalnie wyższych niż zlicytowana kwota. Towar wysyłamy po przekazaniu na adres mejlowy:
 
poecidlatybetu@wp.pl
skanu dowodu wpłaty na poniższe konto:

Stowarzyszenie Studenci dla Wolnego Tybetu 73 2130 0004 2001 0269 6656 0001
- z dopiskiem (Niewidzialne Kajdany) kwoty równej bądź większej wylicytownej.

Książka zostanie przesłana przesyłką priorytetową pod wskazany w emailu adres.  

Tymczasem zachęcamy autorów do przesyłania nam tak swoich tekstów jak i ewentualnych kolejnych książek po uzgodnieniu z redakcją serwisu:
poecidlatybetu@w.pl

Pozdrovesku,

Jurodzisku

VERSSCHMUGGEL UND BERLINER ZEITUNG (TŁUMACZENIE NIEOBECNOŚCI)

Zaniedbałem się blogowo, ale na usprawiedliwienie mogę tylko przytoczyć kilka dorbnych rzeczy którym pomagałem jako Pietruch i jako Jurodiwy – narodzić się, odrodzić, zaczerpnąć powietrza. Otóż po pierwsze po numerze „Gwieździstym” czasopisma „Red.” przyszła pora na kilka zmian, skoro już wiadomo, że pieniędzy jest tyle co kot napłakał i wystarczy na druk najwyżej jednego numeru jesienią i jednego u przęłomu lat 2009 i 2010 – to komasujemy. W najnowszym numerze spróbujemy pomieścić od razu z rozpędu trzy miniblogi tematyczne – o żarciu, pożeraniu i spożywaniu (roboczo jako „Pożarty”) o fantazmatach, grozie i strachu (roboczo jako „Groźny”) i wreszcie zupełnie mikro pod zbiorczym hasłem „1 września” do tego sporo wierszy (chyba z 7 lub 8 setów) kilka sporych wywiadów (nareszcie nam obrodziło!) jako dodatek – debiut Dawida Kotei „trupy, trupy”. No i troche z tym i wokół tego zabiegów. Żeby się udało znaczy.

Inna sprawa to pomoc znajomemu misjonarzowi w zakładaniu swojego internetowego państwa – skrzynki email, bloga i kilku prostych spraw  w których Jurodiwy mógł się okazać pomocny – niedoskonały jeszcze efekt widoczny jest tutaj, pod adresem
http://marekmisjonarz.blog.pl
, zaprasza się do duchowego, emocjonalnego a byc może także materialnego wsparcia.

Po długiej przerwie udało się nam z Patrykiem Dolińskim uruchomić konto na Allegro pod nazwą serwisu www.poecidlatybetu.pl i w sobotę o północy rusza sprzedaż i licytacja pierwszych z zebranych przez nas książek na rzecz wolnego Tybetu a przede wszystkim Tybetańczyków dla których Helsinska Fundacja Praw Człowieka prowadzi akcję „Niewidzialne Kajdany”. Więcej o samej akcji tutaj proszę sobie zajrzeć –
http://www.sft.org.pl/niewidzialnekajdany.htm
.
Wreszcie ostatnia sprawa to wyjazd w sprawie ważnej. Ktokolwiek chciałby dołączyc do tej nieformalnej akcji – „Autograf dla Lhasy” – zapraszamy do wysyłania książek. Najlepiej po kontakcie mejlowym poprzez adres: poecidlatybetu@wp.pl

I wreszcie ostatnia sprawa – wyjazd niemal służbowy do Berlina na festiwal poezji, ale tym razem jako szara eminencja od książek. Bo wygląda na to, że będziemy wydawać kolejną książkę polsko-niemiecką w Brzegu – po współprdukcjach z WIR-em (
http://www.wir-edition.de
), idą kolejne. A Berlin poza tym, że organizator zakwaterował nas przemiło przy Potsdamer Platz w Marriocie, jak zawsze urokliwy, leniwy, trochę rozlazły, nad podziw cichy jak na wielką metropolię. Z tym Marriotem to był taki numer, że nas legitymowali boje hotelowi, kiedyśmy wracali czule wieczorkiem z butelkami „Berlinera” w garści. No cóż, nie poznali się na nas, ale my im jeszcze pokażemy.

Niebawem nowe meldunki z frontu. Pozdrawiam tymczasem jadąc rano do roboty. Kryzys zawitał nawet na śmietniki w Berlinie: