Archiwum dla Czerwiec, 2009

Z NOTATEK RUSFILA. GROSSMAN OSKARŻA


Od relacji wojennych Wasilija Grossmana w organie prasowym Armii Czerwonej w czasie wojny – „Krasnej Zwieździe” zaczynał dzień podobno sam Stalin. Grossman jako reporter wojenny przeszedł z Armią Sowiecką cały szlak od 1941 do 1945; był zawsze miejscach i momentach kluczowych takich jak Bitwa o Moskwę, Stalingrad, Kurs czy wreszcie Berlin; był jednym z pierwszych którzy opisali Majdanek, Treblinkę ale też był zbyt inteligentny i przenikliwy żeby nie dostrzegać, że armię hitlerowską biła armia złożona w znacznej mierze z zeków, więźniów łagrów pod Kołymą, więzieniów z  Łubianki, Lefortowa, Tweru. Z tym ponurym paradoksem Grossman mierzy się w książce swojego życia „Życie i los” w której z bezlitosną ostrością zestawia i w znacznym stopniu utożsamia oblicza totalitaryzmu sowieckiego i nazistowskiego. To oskarżycielski literacki fresk, proza rozpisana na chór postaci jest przeciwko przemocy państwa i abstraktom, które niszczą to, co ludzkie i konkretne. Jest to też głos w obronie życia, rozumianego jako pojedynczośc i niepowtarzalność, które się przeciwstawia swojemu losowi, czyli wszystkim siłom próbującym wmówić człowiekowi że jest łatwowymienialnym dodatkiem do idealnych systemów politycznych i filozoficznych. Powiewem wolności dla ludzi w Stalingradzie – po równo zeków, chłopów ocalałych z kolektywizacji, komisarzy jest największe natężenie walk, istne piekło, bo tylko wtedy władza organów bezpieczeństwa państwa, musi ustąpić przed dzielnością tej poszarpanej duchowo zbieraniny ludzi, którzy wedle reguł stalinowskiego państwa są winni a ich wina jedynie czeka na udowodnienie. Bronią Związku Sowieckiej w równej mierze z ponurym poczuciem obowiązków, co i z nadzieją, że po odparciu wroga, życie się jednak zmieni, że ten powiew wolności w huku dział i łunie pożarów nie zniknie wraz wrogimi czołgami. Ci sami ludzie są jednak ciągle nadzorowani przez sytych komisarzy NKWD, którzy w chwili najgorszej próby nie przestają bić, przesłuchiwać, zsyłać i rozstrzeliwać. To smutny paradoks, że jedyną oazą wolnej myśli staje się dom „sześć przez jeden” w zrujnowanym Stalingradzie otoczony przez siły niemieckie i odcięty od swoich. I tylko tam w bezpośredniej bliskości śmierci unieważniającej wszystkie dotychczasowe układy – ludzie mówią co myślą naprawdę i potrafią zaśmiać się w nos komisarzowi politycznemu.
 

W powieści Grossmana, pisanej w latach 50-tych, nie brakuje w zasadzie niczego z przemilczanych i często nawet dzisiaj kwestionowanych czy relatywizowanych w imię ideologii (lub wstydu) ponurych faktów z życia Sowiecji. O ile bowiem Holocaust doczekał się wielu świadectw, opracowań i syntez, o tyle Hołodomor na Ukrainie, czy Wielka Czystka lat 30-tych a także wszystko to, co towarzyszyło wojnie na wyniszczenie z nazistami – nadal nie są dość dobrze znane, oczytane i przyswojone nie tylko na tzw. Zachodzie ale i w Polsce. Grossman zatem nie tylko oskarża oba reżimy o nieludzkie okrucieństwa (a może właśnie bardzo ludzkie, kto wie), ale także oskarża świat o ślepotę. To oskarżenie wymierzone Rosji Sowieckiej jest tym celniejsze i boleśniejsze, że wypowiada je rosyjski Żyd, człowiek który wojnę narodowowyzwoleńczą poznał od zaplecza. Jak sobie sam radzi z własną najwyraźniej dwuznaczną rolą w tym ruchu żaren dziejów, pokazuje kreując jedną z bardziej żywych, ciekawych i niejednoznacznych postaci – fizyka jądrowego Sztruma, który z pozycyji dysydenckich przesuwa się powoli ku pozycji koniunkturalisty gotowego zachowywać sie tak jak większosc społeczeństwa radzieckiego – biernie i obojętnie gdy wie doskonale że ta biernośc legitymizuje przemoc, kłamstwo i opresję. Jest więc to oskarżenie  unikające prostackich dystynkcji, oskarżenie rozumiejące ale przez to tyj bardziej bolesne i trudne do przęłknięcia.
„Życie i los: czytane w roku 2009 wydaje się niewiele tracić na aktualności i swojej demaskatorskiej siły. Nie wiem jak jest odbierane w Rosji, ale zapewne nie pomylę się wiele, gdy powiem, że prawdopdoobnie nie należy do ulubionych lektur obecnych władyków i w ogóle jakichkolwiek władyków, dopóki są to władycy a nie przedstawciele narodu obywateli. I tak długo jak Rosja sama nie będzie potrafiął ustami i słowami takich ludzi, jak cżłonkowie stowarzyszenia „Memoriał” uporać się ze swoja hańbą – tak długo także my nie mamy co liczyć na to, że Rosja przyzna i nam prawo do uznania cierpienia doznanych z rąk rosyjskich. Bowiem uznając Katyń, musi się sama przed soba przyznać do rzeczy gdy chodzi o skalę – a nie istotę – wielokrotnie starszliwszych i koszmarniejszych.
Zarazem w tej ponurej opowieści tkwi nadzieja, unosi się nad nią przeczucie, że ludzkie życie, godność, zwyczajna dobroć ostatecznie i tak po swojemu wyjdzie na powierzchnię. Tak jak las porasta wypalenisko po wielkim pożarze. W to Grossman zdaje się wierzył do końca i w to kazał wierzyć swoim bohaterom.

PRAWO, SPRAWIEDLIWOŚĆ, EMPIK, POLICJA.

Trzy lata i trzy miesiące Jurodiwy czekał na to aż stanie się prawo i sprawiedliwość stanie po jego stronie. Zaczęło się od źle działającej bramki w salonie „Empik” a całosc wdzięcznie została opisana na gorąco o tutaj, pod tym linkiem. Równo tydzień temu 5 czerwca 2009 w sali numer 4 siedziby Sądu Apelacyjnego we Wrocławiu Sąd Apelacyjny oddalił w całości wniosek Komendy Wojewódzkiej Policji kwestionującej zasadność powództwa Jurodiwego oraz wyrok sądu okręgowego pierwszej instancji. Sąd pierwszej instancji uznał bowiem powództwo Jurodiwego i uznał że naruszone zostały jego dobra osobiste a Policja ma wpłacić tytułem zadośćuczynienia 2000 złotych na rzecz Domu Dziecka w Żyznowie.

Sędzia referujący w ustnym uzasadnieniu wyroku Sądu Apelacyjnego powiedział, że aresztowanie Jurodiwego Pietrucha, zakucie go w kajdanki i inne okoliczności sprawy przypominają mu najgorsze praktyki reżimu, który kiedyś w Polsce panował, ale panowanie którego należy już do przeszłości.


Idźcie w pokoju, rozpalcie swoje grille, wysmażcie barbecue,


sa jeszcze sędziowie we Wrocławiu!

CIĄGLE PADA

DEUTER

when the levee breaks I’ll have no place to stay
(Kansas Joe/Memphis Minnie/Led Zeppelin)

kiedyś  zgęstniała woda wykona lewadę przed oczyma
zdumionej wciąż widowni. betonowe seraki odpadające
od czoła fali zawisną jeden krok od dzieci lewitujących
za kurtyną z pyszczkami rozwartymi jak karpie. nie da się
ich powołać i odwołać jak ministra czy innego, dowolnego
dupka. one żyją i wiecznie łakną mleka, dotyku, ciepłej
sierści psa andersena o oczach czerwonych jak grajcary.

śpią wymarłe gatunki zwierząt w pradolinie lodowca i nic
nie zapowiada dnia kiedy woda stanie się hukiem. śpi
sucha studnia, ogród, pusty dom obok. jeżeli ten deszcz
nie przestanie padać, tętnice napełnią się śrutem i żwirem.

będzie ciężko, kiedy w końcu puści tama.

4 CZERWCA 1989. 20 ROCZNICA

Poranek 4 czerwca 1989, Plac Tiananmen w Pekinie.