Archiwum dla Maj, 2009

NEONOE, WYPŁYW.

Niniejszym informuje się, że trzeci indywidualny tomik Jurodiwego Pietrucha pod tytułem „NeoNoe” wyszedł z drukarni w okolicach Targów Książki i był tam widziany przez pomocnego człowieka o imieniu Mrówka a jeden egezmplarz została nawet dostarczony. Książka ma byc dostępna wszędzie. Autor otrzymuje 10 egzemplarzy autorskich, więc tym razem, rola autora w dysrrybucji będzie znacząco umniejszona. Egzemplarz limitowany z linorytem ma kosztować 35 egz. (tylko 200 sztuk), reszta nakładu bez linorytu – 25 złotych.

Zapraszam do lektury.

BABEL JAK Z BABLA

 

Bardzo rzadko trafia w moje ręce polska proza, która mógłbym polecić z zamkniętymi oczyma, bez zająknięcia czy niemal bez zająknięcia. „Piaskowa Góra” Joanny Bator to taka właśnie rzadkość w polskiej prozie. Folwarczna, na poły groteskowa, na poły tragiczna saga rodzinna, w której punto stabile narracji, toczonej począwszy od drugiej wojny światowej a skończywszy na współczesności, jest wieżowiec, zwany przez mieszkańców Bablem postawiony (ach ta natrętna symbolika) w jednej z dzielnic Wałbrzycha, na tytułowej Piaskowej Górze. To wokół tej wieży, takiej na miarę naszych, polskich ambicji oraz aspiracji snują się losy bohaterów. Natrętna symbolika, która sugeruje od początku, że to wszystko (życie) nie może się udać, że zmierza ku porażce. Zarazem w jest to książka pogodna, traktująca owych przegranych, wykluczonych ze zrozumieniem, empatią i czułością. Jak każda dobra książka, także i ta wymyka się prostym odpowiedziom na pytanie „o czym, o kim ta opowieść?”. Bo przecież jest i o samych bohaterach, ich indywidualnym zmaganiu z życiem (to najprostsza, najbliższa warstwa); jest też o Polsce, jaką dziedziczymy, z jej szpetnością, bezsensem, smutkiem; jest też o wykluczeniu i – także typowo polskiej – niechęci do tego co odmienne, obce czy chociażby rzadko spotykane. Nie ma jednak cienia osądu, rozdzielania sprawiedliwości, nawet głupiec ma do wypowiedzenia swoją część narracji i narratora, zaś autorka sprawnie podrabia dyskursy i indywidualne dialekty postaci. W jakimś sensie wreszcie, jest to powieść o polskich kobietach, ale nie tych uśmiechających się z reklam, pojawiających się w odrealnionych, tak zwanych, komediach romantycznych, ale tych z krwi, kości; z ciała i emocji. Opis porodu Jadzi pozostanie chyba w mojej pamięci jako jeden z bardziej sugestywnych w polskiej literaturze ostatnich lat. W tym znaczeniu „Piaskowa Góra” opowiada Polskę w rodzaju żeńskim, bowiem to splot relacji między kobietami wydaje się dla tej powieści kluczowy.  Nic dziwnego, w końcu Polska tez jest rodzaju żeńskiego. Jednak ten kąt patrzenia, niewątpliwie dominujący w powieści Joanny Bator, nie jest podawany z jakąś szczególną nachalnością. To nie jest bowiem także powieść gender, to po prostu dobra powieść.

WOJNA ŚWIATOWA PER PROCURA


Dzieje wojny domowej w Hiszpanii jakby na przekór przysłowiu, że historię piszą zwycięzcy chyba lepiej są znane w wersji pokonanych, czyli republikanów. Antony Beevor książce „Walka o Hiszpanię” próbuje pokazać skąd wzięła się owa dominująca narracja pokonanych, którzy wcale – jak z kolei chciałaby przekłamana propaganda nacjonalistyczna – nie byli jednolitą komunistyczną hordą ani też szlachetną grupą idealistycznych republikanów. Główny punkt ciężkości w analizie Beevora położony jest na hipotezie że wojna w Hiszpanii nie była wojną domową, ale że była „wojną światową per procura” i to nie tylko w rozumieniu poligonu doświadczalnego dla nowych technik i sposobów prowadzenia działań wojennych. Przede wszystkim, zdaje się sugerować Beevor, był to poligon doświadczalny dla totalitaryzmów – stalinizmu i nazizmu w zakresie niewolenia, manipulacji i pacyfikacji społeczeństwa a następnie ich totalnej mobilizacji. Podobne jak w Hiszpanii scenariusze przejmowania władzy i kontroli przez partie komunistyczne powtórzą się przecież kilka lat później w Chinach, Wietnamie, Polsce, Czechosłowacji, na Węgrzech. Zarazem Beevor pokazuje jak wojna stała się zalążkiem zakłamania w imię wyższego dobra prawdy po obu stronach sporu. Można by zaryzykować twierdzenie, że źródła zakłamania Europy a w szczególności zachodniej Europy, swoisty dogmat appeasement’u jaki żywy zdaje się być i dzisiaj ma źródła w tamtej historii. Wiele narracji, obecnych i dzisiaj w sporach politycznych swoje mordy założycielskie popełniło wówczas, w Hiszpanii, w wojnie która miała być początkowo szybkim zamachem stanu a przerodziła się w prototyp wojny totalnej, która miała ogarnąć cały świat. Być może ta konkretnie książka Beevora z racji skomplikowania materii o której traktuje, wydaje się być mniej przejrzysta, ale też trudno było napisać przejrzystą historię o hiszpańskiej wojnie domowej. Chyba, że miałaby być to historia obarczona uproszczeniem. Wydaje się że Beevor próbował oddać sprawiedliwość prawdzie.

GARBAREK I RESZTA. WROCŁAW.

Koncert zaczął się zupełnie niepozornie, jakby od niechcenia. Mistrz wszedł na scene przed ołtarzem w katedrze z walizeczką na saksofony, zorientowawszy się, że już ucichły rozmowy ukłonił się oszczędnie i nic nie zrobił. Rozpiął walizkę i coś tam zaczął grzebać. Dopiero wówczas zza pleców słuchaczy dobiegły pierwsze dźwięki pieśni Hilliard Ensemble. Garbarek stał i czekał  a tamci szli i śpiew ich narastał. Stereo i w kolorze, mój Boże. Potem dał pierwsze nieśmiałe dźwięki na saksofonie barytonowym jakby próba akustyczna, czy się uda, czy nie, czy zagłuszy czy nie zagłuszy.  Mistrz wędrował po nawach, próbował dźwięki wydawać z różnych lokalizacji a Ensembliści stali i śpiewali. Nie robili wrażenia szczególnie uduchowionych mnichów – a tego można by się spodziewać po nagraniu „Officium”. Siedziałem w pierwszym rzędzie i zastanawiałem się czego mi szkoda w tym występie. Tego że postać widoma muzyki okazała się tak zwyczajna. „Urocze buraki” powiedziała Ka po wyjściu z katedry „śpiewali pięknie, ale popatrz jak oni się ubrali, jakby przyszli tutaj prosto od czochrania śledzi i dorszów, po drodze wrzucając byle jaką koszulę bo na śledzia pod szyją nie było już czasu”. No i Mistrz wędrujący jakby zaszedł tutaj przypadkiem, przyglądający się a to figurce, a to kwiatkom pod Chrystuskiem i nagle dający czadu z saksofonu jakby nagle się budził z zamyślenia, jakby był turystą. Przechodniem. O tak. Przechodniem właśnie. Po jakiejś półgodzinie takiego wędrowania, chyba w okolicach zaśpiewu „Gospodi pomiłuj” i wyśpiewanego solo „Ojcze nasz” to wędrowanie Garbarka się zakończyło. Coś się spięło w muzykach i zaczęli działać razem.  Doszło nawet do dwóch improwizacji na chorał i saksofon (tak tak!) a owa improwizacja w której Hilliard Ensemble stawał się sekcją fruwała od tematów smutnych do wziętych jakby z radzieckich dobranocek, wesołych, skocznych, przaśnych i ludowych a przy tym przez twarz Mistrza przebiegał wówczas uśmiech i błyskało figlarnie oko. Bywa że ensembliści spoglądali z zaciekawieniem na szefa, kiedy w końcu wyhamuje pęd i da im zakończyć.


„Officium” zagrane na żywo to jednak zupełnie co innego niż skupiona, poważna, niemal mistyczna płyta. Bóg ma poczucie humoru – zdawał się mówić Mistrz. Nie lękajcie – sie odpowiadał chór. Wyraźniej też wyszło na jaw podstawowe w tym projekcie przeciwstawienie (chyba podstawowe) – ducha sztuki anonimowej, kontemplacyjnej, poszukującej czegoś poza sobą samą i indywidualizmu (głos saksofonu sporanowego Garbarka), pieśni jednostkowej, wołającej o posłuchanie. Przy końcu koncertu to zestawienie wydawało się już byc harmonijne, krzyk i cisza pomiędzy brzmiały harmonijnie.