Na postawione pytania dotyczącego tego, jaki był rok 2008 w literaturze można by odpowiedzieć używając dwóch sposobów narracji. Z jednej strony bowiem można się skupiać na tym co jest w literaturze najważniejsze – na książkach, tekstach, postawach twórczych, światopoglądowych które dochodzą, lub zdają się dochodzić do głosu. Nazwijmy go tyopem narracji wysokiej, wzgardliwie omijającej rafy doczesności, szukającej tego co w literaturze, jeżeli nie wieczne, to chociaż trochę długowieczne. To piękne i szlachetne zadanie i chciałoby się na nim poprzestać. To taki jakościowy dyskurs, odcinający wszelkie zbędne, poboczne marginalne zjawiska, często określane wzgardliwym mianem „okołoliterackich”.

Z drugiej jednak strony trudno jest, szczególnie w kontekście ubiegłego roku, uniknąć pytań ogólniejszych, pytań o to co stanowi niezbędne zaplecze literatury, jej fundament. Ale ten typ rozmowy wymaga z kolei zejścia z piedestału jakości, wejścia w chaos i plątaninę kwestii doczesnych, zmiennych. Nie wiadomo czy jeden typ mówienia z drugim nie mają ze sobą nic wspólnego. Wygląda z pozoru jakby nie miały. Ale czy tak jest naprawdę?

Z jednej strony, zatem, pojawiło się w 2008 roku kilka książek poetyckich, które mnie kupiły po tym jak ja je kupiłem (lub dostałem): „Cosinus Salsa” Mosiewicz, „Lacrimosa” Kobierskiego, Pasewicza  „Drobne! Drobne! Drobne!”, Kopyta Szczepana z „Sale!Sale!Sale!” wreszcie Honet z „baw się” i wreszcie świetny, mocny debiut Konrada Góry – „Requiem dla Saddama Husajna i inne wiersze dla ubogich duchem”. Każda z tych książek zawiera spójną, wyrazista propozycję poetycką, za każdą też stroją odmienne strategie pisania, co nie pozwala ułożyć z tych (i kilkunastu innych nie wymienionych) prostej, linearnej hierarchii. Zawodów w minionym roku było sporo, ale żaden z nich nie był na tyle wyrazisty aby o nim powiedzieć kilka słów. To raczej rozczarowania średniej wagi i istotności. Z tych ogólnych problemów, o których warto byłoby wspomnieć są książki, które się ukazują ale krażą w odpisach. Nie ma owej przywoływanej powodzi niezliczonych niskonakładowych tomików, to już raczej żwawy strumyczek a nie wezbranie. Problem jest z książkami krążącymi nawet nie miesiącami ale latami jako propozycje dla wydawnictw i nie wydawanych dlatego, że coraz mniej wydawców zajmuje się wydawaniem poezji. A jeżeli już się ktoś zajmuje to dorywczo, nieregularnie, niechętnie. Autorzy też już nie publikują aby opublikować, nauczyli się, że wydać i zostać ze stosem przez nikogo nie czytanych książek – to żaden honor. W miejsce biblioteki widmo postulowanej jakiś czas temu przez Pawła Dunin Wąsowicza – tomów wierszy wydawanych licznie a nielicznie czytanych pojawia się alternatywna biblioteka widmo – mianowicie składająca się z książek czytanych w odpisach, wydrukach, PDF-ach, ale nie wydawanych latami. Warto przy okazji zauważyć, że utrzymujące się na scenie czasopisma literackie już jako standard traktują bezpośrednie dodawanie do numeru pisma książki, co ma podpierać zarówno wydawane tomiki jak i pisma, zwiększając podobno ich wzajemną atrakcyjność. Pewności, że tak się dzieje nie ma, ale jest takie prawdopodobieństwo. Idzie za tym dalszy zanik obecności poezji na półkach księgarskich, bo samych „czystych” tomików już prawie nikt nie wydaje. To rachunek zawierający się w ilości placów u rąk, nawet nie u rąk i nóg. Odnotujmy ukazanie się na rynku dwóch nowych czasopism z szarej strefy kultury i literatury – mianowicie prawicowego „44 – pisma apokaliptycznego” i łódzkiego magazynu „Arterie”. To pierwsze weszło na rynek przy końcu roku 2008 i na początku 2009 podbiło swoje istnienie publikacją manifestu neomesjanistycznego. Gdyby uznać to za skontrapunktowanie lewicowych wizji literackich Igora Stokfiszewskiego – mogłoby otworzyć się ciekawe pole do debaty w literaturze.

Z jaskółek 2008 wskazałbym rosnącą pozycję Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej i Centrum Animacji Kultury w Poznaniu, które rzeczywiście rośnie w siłę i dobre edycje jako wydawca poezji jakby łamiąc dość powszechne poczucie niemożności.

Z czarnych kruków w roku 2008 zauważam na przeciwległym biegunie zapaść i likwidację krakowskiego czasopisma „Studium” wraz z jego serią wydawniczą oraz zapaść i likwidację czasopisma Ha!art. To pierwsze zniknięcie nie będzie pewnie miało swojego ciągu dalszego i jest drugim, znaczącym przykładem na to, że literatura pod skrzydłami prywatnego wydawcy z ambicjami może się mieć świetnie, ale niestety trwa wówczas tylko prawem kaprysu, który jak się pojawia z nagła, tak z nagła znika. To oczywiście prawo możnego, ale wyraźnie widać, że podobnie jak w innych dziedzinach sztuki możni mają działanie pomocnicze, ważne, ale dodatkowe.

Z kolei Ha!art zapewne odnajdzie kontynuację w politycznie naznaczonych poczynaniach zespołu „Krytyki Politycznej” mam nadzieję, że z większą reprezentacją Stokfiszewskiego, bez czytanek pisanych przez Sławomira Sierakowskiego.

W Internecie nie zauważyłem większych zmian – jest takim medium jak był, szybkim, kolorowym, tworzącym i sprzyjającym w tworzeniu płynnych, ulotnych nietrwałych serwisów, projektów, temporalnych inicjatyw wybuchających nagle i równie bez większych powodów osiadających na mieliznach. To chyba jeszcze nie ta pora i nie ten moment żeby literacki Internet coś/kogoś miał zastępować, eliminować.

A generalnie mamy za sobą kolejny rok antykoncepcji dotyczącej polityki kulturalnej Państwa i władzy publicznej, w tym polityki dotyczącej literatury władzy publicznej  Polsce . To zaś oznacza pozostawienie literatury w większości organizacjom pozarządowym i samorządom. W praktyce pozostawienie jej samej sobie. Oczywiście Grochola i Sapkowski i kilku laureatów powtarzających się jak paciorki różańczyka w kolejnych nominacjach do kolejnych nagród – się wyżywią. Reszta – niekoniecznie. No ale możemy dzięki tym nagrodom nadal udawać żeśmy naród kulturalny, oczytany i w literaturze swojej zakochany. A może przestańmy udawać? Może jednak zostańmy wreszcie spokojnymi klientami Kauflanda i przestańmy się oszukiwać?