Archiwum dla Styczeń, 2009

SZYMBORSKA, SLIWIŃSKI – PRAWA CZŁOWIEKA, POETY I RECENZENTA.

We wczorajeszej wyborczej na stronie 14 stoi niczym rycerz w zbroi, ciekawa recenzja Piotra Śliwińskiego z najnowszego tomu Wisławy Szymborskiej, jakby pisana ezopowym językiem, miejscami już nastroszona polemicznie, chociaż jako żywo poza kilkoma głosami odszczepionymi w sieci nie czytałem jeszcze ani jednej recenzji krytycznej tomu Szymborskiej. Albo zatem Piotr Śliwiński czytał te głosy odszczepione i je zna, zna zestaw argumentów jakimi krytycy się posłużyli, albo też – co bardziej prawdopodobne – trafnie je antycypuje. Czuje, że „Tutaj” może się gdzieniegdzie nie spodobać i wie dlaczego może się nie spodobać. Jedno i drugie świadczy znakomicie o Piotrze Śliwińskim jako o krytyku – dowodzi bowiem czujności i uwagi. Recenzja z Szymborskiej napisana jest w duchu polemicznym, jakby obronnym, w duchu „Czego się czepiacie”. Pisze Piotr Śliwiński m.in. tak:
Jak czytać poetów największych? Na kolanach? To śmieszne i na dłuższą metę niewygodne. Krytycznie, zaczepnie, demaskatorsko, z nieukrywaną pretensją, że wielcy poeci nie chcą się zmienić, zaskoczyć nas czymś nowym, zboczyć z dawno obranego kursu? To pociągające, bo dzielność naszą wynosi na piedestał. To żenujące, bo pokazuje, że o książkach myślimy w kategoriach wydarzenia, widowiska, dziwowiska, które zajmuje nas stadnie i tylko przez chwilę.
Pozwolę sobie zauważyć, że gdyby czytanie krytyczne jednych (niewybitnych) miało sens per se a innych wymagało szczególnego uzasadnienia, gdyż inaczej osuwałoby się w żenadę, to krytyka chyba by nie miała sensu innego niż gra w salonowca. Nie jest też jasne jaką i czyją dzielność krytyka niekrytykowalnej autorski wynosi na piedestał, skoro nagrodzonym być można za to, tylko tym, co inni mają pod ręką – zgniłymi pomidorami, zbukami, milczeniem, niewydaniem tomiku w takiej czy innej oficynie. Odwaga, to zdolność do pokonania strachu przed sankcją. Więc o żadnej odwadze tu nie ma mowy. Bo w zasadzie nie ma sankcjiRzeczywiście, jest jakieś dziwne zjawisko fałszywej, nieuczciwej, środowiskowej, widowiskowej uprzejmości, swoistego zblatowania. Pani z Telewizji, nagrywając ostatnio 120 sekund Juroda dla TVP Kultura o nowym tomie Wisławy Szymborskiej bąknęła cos o odwadze, bowiem jakoby z pięć czy sześć osób poza kamerą mówiło że nowy tom Szymborskiej to niespecjalnie udana książka, ale do kamery tego nie powiedzą. Jurod na to i inne podobne enuncjacje się tylko żachnie. Tu w ogóle nie ma mowy o odwadze. Odważna to jest tybetańska poetka pisząca wiersze na mydle w więzieniu w Drapczi. Krytyk czy recenzent wyjawiający swoją uzasadnioną opinię o lekturze jakiejś książki po prostu jest w pracy i jest to jego psi obowiązek. W tym kontekście szczególnie uwagę zwróciło szczególnie kilka zdań kończących recenzje w „Gazecie Wyborczej’:
No tak, ale czy taki ignorant erudyta nie jest z konieczności postacią fikcyjną, realia zaś są inne. Panuje w nich niecierpliwość, grzechem ciężkim artysty jest przewidywalność jego dzieła, podobanie się kulturalnemu odbiorcy to zjawisko wysoce podejrzane. Degradująca presja, wywierana na literaturę przez media i kulturę masową jest tak wielka, że nie da się dłużej mówić starannie ustawionym głosem. Gniewu, dzikości trzeba, Masłowskiej, zgoda.
Jednak oczekiwanie, iż Szymborska zmieni się w Masłowską jest absurdalne. Niepowtarzanie się twórcy jest utopią. Wyżywanie się na poezji od dawna znanej i słusznie cenionej jest łatwizną. Opieranie się rytmowi „wydarzeń” jest psim obowiązkiem recenzenta literatury. Pisanie i publikowanie choćby słabszych wierszy jest świętym prawem wielkiego poety.
Recenzent powinien podzielać własne zdanie, to taki podstawowy wymóg uczciwości recenzenckiej. Nie żebym zarzucał cokolwiek Piotrowi Śliwińskiemu, którego szanuję i podziwiam. To tylko w drodze usprawiedliwienia swojej postawy. Mnie Szymborska nie zachwyca ale zgadzam się  całkowicie – wybitny poeta ma prawo, szczególnie po Noblu popełnić tomik w którym dominują wiersze słabsze. Mam niejasne poczucie, że i Piotr Śliwiński i piszący te zgadzają się, że Wisława Szymborska z tego prawa skorzystała. 
 

P.S.  Tymczasem w Intermarche w Brzegu wciąż na uratowanie czekają tomiki Ewy Sonneberg, Joanny Wajs, Janusza Kotary, Marcina Zegadło. Obok leży mała syrenka, na zeznania Wocjiecha Jaruzelskiego przed sądem też nie ma chętnych.

PROGNOZA POGODY NA 2009


Po pół żartem pół serio podsumowaniu roku 2008 w oczach Jurodiwego, czas na  sformułowanie równie pół-poważnego steku oczekiwań literacko-kulturkowych wobec roku 2009. Co by takiego mogło się wydarzyć wokół literatury by drwiny było mniej lub była bardziej pogodna, niźli bywała ostatnimi czasy

 

GRRRR – czyli Grzegorza Romana Radykalna Reakcja Redaktorska – odeszli w róznych fazach z tonącego okrętu „Zielonej Sowy” oraz „Studium” dwaj redaktorzy postanawiają pokazać to, czego nie mogli pokazać przez cały czas, kiedy byli związani z holdingiem ptaszyska i zakładają własny Instytut Wszelkiej Nowej Literatury. Jedyny problem to skąd wezmą na ten deficytowy cel – współczesna literaturę – środki. Ale spokojna rozczochrana – wietrzyć w tym można ani chybi długie ręce środowiska „Tygodnika Powszechnego”. Bo w sumie dlaczego by jedyny tygodnik kulturalny w tym kraju (fakt, katolicki, ale kulturalny) nie miałby zacząć budować swojej pozycji na szerszych podstawach niźli tylko gazeta? „Znak” czy „Więź” przez tyle lat mogły a „Tygodnik” gorszy?

 

Ed – Koń który mówi - w dziedzinie literatury queer bynajmniej nie powiedziano jeszcze ostatniego słowa. Oto, aby dokonac przyspieszenia w polskiej literaturze, po pospieszaniu jej minimalizmem, gej/lesem przychodzi pora na odświeżenie, acz w nowych szatach (niemal cesarskich a na pewno senatorskich) starego (no no!) wzorca zachodniego, prosto z Hameryki. O szczegółach poinformuje niedźwiedź uwolniony jakiś czas temu z dołka u Gucwińskich. Co widział i usłyszał – wszystko nam opowie Ed, koń, który spisał te rewelacje, gdyz w wieku starczym w ramach walki o równouprawnienie starych koni, nauczył się pisać na maszynie do pisania „Continetal”. Hemingway przed śmiercią zapisał ją pierwszemu koniowi, który naczy się czytać.

Apokaliptycy– po lekturze manifestu neomesjanistycznego jestem pewien że przed tym ruchem wielka przyszłość, zupełnie mówię na serio. Otóż manifest oprócz ciekawości, które mnie zmroziły zawiera sporą dawkę energii i sądzę, że może, chociaż nie musi, stać się ekstremalnym punktem odniesienia po tej stronie sceny poetycko-literackiej, na której siedziały i siedzą „Arcana”, „Teologia polityczna”, „Fronda”. Ma zamach ten manifest – że tak powiem wieloznacznie. Ale żeby był ruch wokół tego bieguna – musi wreszcie powstać:

 

Manifest neosocesurrealistyczny – lub cos w tym guście a musi ten manifest niechybnie stworzyć Igor Stokfiszewski jako najbardziej ostatnio wykluczony krytyk literacki. Igor, koniec bąkania po kątach, wzywania do dyskusji, trzeba zebrać w całość queer, feminizm, postmodernizm, dekonstrukcjonizm, minimalizm, ścibolizm oraz nową lewicę i stworzyć silny, jasny program warty zamieszczenia w „Trybunie” czy „Polityce”. No w każdym razie – gdzieś, gdzie będzie promieniował i wkurzał dostatecznie mocno.

 

Te dwa bieguny zaś niechybnie utworzą nam w bajorku literaturki polaryzację i układanie się opiłków i osiłków według linii między obozami:

 

Doczestników / Ostateczników - po środku będą stateczniki, ale na pohybel z nimi, nie nadają się nawet na mleko w proszku! Beda nawoływać do statecznych lotów i spotka ich los Lota i jego żony. Będą mogli powiedzieć, że są solą tej ziemi. Ten spór unieważni nasze neoliberalne, holdingowe rozdrobnienie, dziubanie tomików, książeczek, zasmucenie, osmętniczość i ujawni z cała mocą że duch żywie nie tylko w młodzieży ale i w dojrzałości co się na przemiany nie załapała i zapała niejedna łysa pała.

A na koniec:

Nobel dla Adama Zagajewskiego – no właśnie, dlaczego nie? Że co, Różewicz? Miłobędzka? No być może, ale coś dawno nie było polskiego nobla w literaturze a nic tak cudnie nie wycisza, nie wygniata wszelkich sporów i wszelkiej wymiany zdań jak dobrze skrojony Nobel. Bo wiadomo, Nobel – to skobel.

 
I tak koło 2010 wszystko wróci do koryta. Amen.


MANI. FEST. I WAL!

Ponieważ w podsumowaniu roku 2008 wspomniałem manifest neomesjanistyczny spieszę donieść, że uwaga, uwaga proszę państwa, został on ogłoszony. Uprzedzając wszelkie ruchy, wyznam, że miejscami tekst Rafała Tichego mnie po prostu przeraził a miejscami rozbawił. A po wszystkim żal. Zaśpiew początkowy jeszcze może być, niechajże, w końcu to manifest. Wiele w tych zawołaniach mowy o przeszłości i odwołania do szczerego i czystego powrotu do pierwocin. Nie wiem czy to w ogóle możliwe – powrót do początków. Wiadomo, że kiedy w małżeństwach filmowych bywa źle, szczególnie amerykańskich, ożywienie przynoszą wspomnienia szalonych początków, po których zaraz przychodzi złość i smutek, że już nie jest tak jak było. Tichy w imieniu apokaliptyków mówi poczterokroć dość – czyli znowu formułuje program negatywny wobec teraźniejszości a mówiąc to, mimochodem wskazuje na źródło swojej inspiracji:



Nas o wiele bardziej pociąga złoty wiek inkwizycji. Wojna światów między zastępami bytów niewidzialnych przenika nasz widzialny świat, przygotowując go tak na przyjście Mesjasza, jak i Antychrysta.

Nie wiem który to złoty wiek inkwizycji jest tym właściwym, bowiem ta szacowna instytucja – gdy chodzi o zachowanie ciągłości struktur – istnieje nieprzerwanie od około 800 lat i nie jest to historia jednoznaczna. Jednoznaczne jest zdaniem autorów manifestu, to, że świat współczesny to świat bezbożnym, ba świat w ogóle jest oględnie ponury i do dupy a jedyne co ma znaczenie, to historia pewnego Cieśli, sprzed dwóch tysięcy lat:



W tym bowiem, że świat odwrócony od Boga skazany jest na cierpienie, chaos, rozczarowanie i zagładę, nie ma nic optymistycznego. Jednak optymistyczne jest to, że pod powierzchnią historii kształtowanej rękoma człowieka dążącego do zbudowania świata na obraz i podobieństwo swych chorych ambicji płynie nurt historii zbawienia.

Pozwolę sobie, mimo pozornej łatwości pomnażania przerażających faktów, bronić kształtu dzisiejszego świata. Nie jest to wcale taki zły świat a już na pewno dużo, dużo lepszy niż świat złotego wieku inkwizycji a nawet niż był nim w wieku XIX. Wiek XX proporcjonalnie niewiele w ocenie tego świata zmienia, bowiem proporcjonalnie – są na ten temat wyliczenia statystyków – w wieku XX z przyczyn nienaturalnych zginęła taka sama liczba ludzi jak w wieku XIX, w tym największa wcale nie w wyniku wojen czy eksterminacji ale chorób i głodu. Ale i tak ma się to nijak do wieku XIV kiedy zaraza zredukowała liczbę ludności Europy o 1/3, przy czym były miejsca gdzie redukcje i zwolnienia grupowe poszły znacznie dalej. Problemów nie brak, ale spada od stu lat liczba analfabetów, spada ilość dzieci i kobiet umierających przy porodach a od kilkudziesięciu lat nie mieliśmy globalnego czy chociażby kontynentalnego konfliktu zbrojnego.

Niezależnie od tego wszystkiego – wierzący chyba uznają, że po coś Haszem świat tworzył, co więcej – tworzył i widział, że był dobry. Po coś dał go człowiekowi we władanie. Nie po to chyba tylko by paść się swoim i kilku apokaliptyków obrzydzeniem i niechęcią do dzieła Rąk Swoich.
Potem jeszcze słów kilka o Polsce naszej. Tutaj Tichy wali z grubej rury:


W centrum mesjanizmu jest bowiem przede wszystkim pytanie o sens cierpienia w dziejach narodu, o to, dlaczego nasi bohaterowie giną, dlaczego nasze powstania upadają, dlaczego są palone nasze domy i wyśmiewane nasze marzenia.

Zawsze uważałem, że powstania upadały, bo bywały źle przygotowane, a gdy były nieźle przygotowane – to bywały źle przeprowadzone a gdy i jedno i drugie szło w parze – to brakowało szczęścia i dobrej koniunktury międzynarodowej. Ale nie o spór merytoryczny  Tichym tutaj chodzi, ale o ów drażniący, żarliwie przytaczany zaimek „nasze”. Jacy nasi bohaterowie giną? Jakie nasze domy są palone? To pokolenia naszych dziadków i pradziadków ginęły i ich domy były palone, oni byli z nich wyganiani. Nie „my”, ale „oni”. To elementarne poczucie szacunku dla ich ofiar i poświęceń, wreszcie ludzkiego wymiaru ich cierpienia powinno sprawić, że autorowi ręka powinna zadrżeć, bo nie sądzę by pisał czując swąd spalenizny swojego domu. Pamiętać, nawet czcić, opisywać w ramach tego czczenia i pamięci – można. Ale to tyle. Żadnej naszości, proszę Państwa. To byli oni i wtedy. Żadni my.

I dalej:



Można się obrażać na tę naszą romantyczną cechę narodową, ale można też dostrzec w niej samo sedno polskiej tożsamości, naszą wielkość, to, co w sposób najgłębszy łączy naszą historię z historią Narodu Wybranego.

Otóż, parafrazując Świetlickiego, nie ma niczego o Polsce i Polakach w Biblii. Jest za to dużo o Żydach i o ile pamiętam, to oni bywali nazwani Narodem Wybranym. Ale to dopiero wstęp do efektownego ciosu Łaski. Oto mówi Łaska:

Jest dumnym powiewaniem sztandaru cierpienia i krwi na ruinach narodowych klęsk i masakr. Jest nieustannym skandalem i ciągłą prowokacją, tak jak skandalem, prowokacją i głupotą wobec tego świata jest wiara w zwycięstwo i powtórne przyjście Ukrzyżowanego.

Rozumiem, że inni ginęli a teraz Tichy będzie powiewał sztandarem umaczanym w tej krwi rozlanej od Monte Cassino po Starówkę w Warszawie? Gratuluję publicyście rocznik 1969 gestu i rozmachu. Mnie się wydaje, że dziedzictwo, do którego człowiek nie przyłożył się czymś równoważnym, trzeba jednak szanować z pewnym respektem i kindersztubą. Co innego gdyby to napisał Krzysztof Kamil Baczyński – o ile by przeżył. Ale tego nie pisze nikt stamtąd.

Trzeba wielkiej pychy, żeby wysiłki wielu ludzi, dokonywane realnie, podsumowywać apokaliptycznym manifestem, w dodatku pisanym z perspektywy kraju w którym rzeczywiście największym problemem dla chrześcijanina może być to czy mrozi się zygoty czy nie albo czy chłopcy chłopcom wsadzają ręce między nogi. Albo jeszcze coś innego. Dobrze, że swojego manifestu Rafał Tichy nie musi głosić na przedmieściach Kalkuty. Ciekawe co by my odpowiedziała Matka Teresa zbierająca ludzki gnój po ulicach.
Świętej Pamięci Prababcia Sabina Szopf, od której pewnie Tichy mógłby się tego i owego dowiedzieć o pobożności, kiedy w domu ktoś zaczynał pomstować na współczesną postać świata – patrzyła tylko swoimi starczymi oczyma skrytymi w siatce zmarszczek i mówiła cichym głosem w stronę narzekacza:

- Oj bluźnisz, bluźnisz.

Manifest mesjanistyczny w całości

LEPIEJ BYC NIE MOŻE. LITERACKIE PODUSMOWANIE ROKU 2008

Ponieważ brakuje podobno podsumowań roku literackich i podobno poza Tomkiem Pułka nic takiego nie zrobił, pomyślałem , że w zasadzie mógłbym. Wprawdzie koncept internetowej nagrody upadł mi jakiś czas temu, ale napisać podsumowanie na blogu – czemużbynie?

No to proszę w kolejności przypadkowej, nie odzwierciedlającej siły sympati i/lub antypatii:

 

Holding roku 2008Biuro Literackie Artura Burszty, przy wszystkim krytycznym co mam do powiedzenia, wykonuje tytaniczną pracę (co wie ten, kto kiedyś zajmował się literaturą od strony wydawniczo-animacyjnej) i w roku 2008 doszło do takiej koncentracji aktywów na scenie literacko-poetyckiej, że jeszcze chwila i w dziedzinie wierszy oraz krytyki wierszy nie będzie innego sensownego wydawniczego adresu. Piszę to z pewna obawą, bowiem nie życzę nikomu pozycji monopolisty. Wówczas staje się bowiem adresatem rozlicznych żartów, plwocin, drwin i piosenek typu „telekomunikacja ch**je”. Niewątpliwie rozluźnienie szyków, wprowadzenie trochę powietrza do stajni autorskiej zrobiło BL dobrze. Jeżeli znajduje się tam miejsce dla Karola Maliszewskiego, Przemysława Witkowskiego, Romana Honeta – to chyba o czymś świadczy. Drażni mnie splecenie „Sielsiusa” z BL, szczególnie w pierwszej edycji, bo jakoś trudno patrzeć bez przymrużenia oka na nagrodę w sporej wysokości przyznawaną przy okazji imprezy BL autorom BL, nawet jeżeli jury zewnętrzne. Jednak wygląda to trochę zabawnie, chociaż bez wątpienia laureaci zasłużyli sobie na nagrody.

 

Wschodzący Holding roku 2008 – ten tytuł zyskuje Wielkopolska Biblioteka Poezji animowana w Poznaniu przez Mariusza Grzebalskiego. Początkowo patrzyłem na to, przyznaję, jak na formę wydatkowania pieniędzy z samorządu na tomiki rozchodzące się po znajomych, ale widać, że jednak jest jakiś pomysł na tę bibliotekę i ciekawe, dobre, sensowne tomiki. Pogłoski o połączeniu, tworzeniu czegoś wokół Nagrody Literackiej Gdynia tylko potwierdzają domysły że Mariusz Grzebalski to nie tylko gracz literacki, ale silny gracz wokół-literacki. No cóż, ale szkoła „Nowego Nurtu”, potem Biura Literackiego – robi swoje. Wszystkie działania WBP zaczynają wreszcie wyglądać spójnie – a przy tym kolorowo, ciekawie, różnorodnie. wprawdzie antologia „Słynnii świetni” zyskuje tytuł największej enigmy roku 2008, bo doprawdy nie rozumiem jej klucza i sensu (poza tym, że pewnie były pieniądze samorządu do wydania i troche dobrej poezji do ogloszenia), ale reszta działań WBP – bardzo na plus.

 

Poracha roku 2008 – to upadek (?) krakowskiego „Studium”. Z całą sympatią dla „Zielonej Sowy”, Państwa Czyżowskich, z całym zrozumieniem dla natury kaprysu ludzi bogatych, którym się chciało robić literaturę – nawet gdyby ktoś chciał teraz reanimować „Studium” po roku nieobecności na rynku, bez redaktorskiej osobowości jaką bez wątpienia był Grzegorz Nurek, bez bystrego oka Honeta Romana, będzie mu trudno a na pewno nie będzie to już ten sznyt. Chociaż kto wie. Podobną porachą jest zanik czasopisma „Ha!art” co zapewne wiaże się z transfere,m Piotrra Mareckiego i Igora Stokfiszewskiego. Coś tam bulgota, ale pisma nie ma i ma ponoć juz nie być. Swoja drogą znikanie czasopism i serii jest smutne i efemeryczne, cichutkie, plotkarskie. Szkoda, bo w zasadzie dlaczegoby nie zamykać takich spraw wyraźnie, z podsumowaniem, przytupem i podziekowaniem wydawcom, redaktorom, autorom? Jakby wstyd, jakby sie niby chcciało powiedziec – jeszcze się odbijemy.

 

Transfery roku 2008 – tutaj było sporo zmian, niezależnie od tego kiedy one dokonały się faktycznie (a niektóre z nich dokonywały się w 2007) to w 2008 stały się wyraźne i widoczne. Po pierwsze – Igor Stokfiszewski z Piotrem Mareckim zdecydowanie związali się z „Krytyką Polityczną” i chyba trochę szkoda. Literatura powinna mieć trochę anarchistycznego luzu a tak niektóre animowane przez nich książki trafiają od razu w określony kontekst. Dla mnie ten kontekst jest lekko niepoważny ale róbta co chceta. Od mnie tylko tyle - chłopaki zostawcie politykę  politykom, literatura jest od poważniejszych spraw. Chociaż tak, tak – wiem co będzie zaraz. Zaraz będzie o tym, że o to tak naprawdę chłopakom chodziło od początku. O dobrą ustawkę. Tylko po co było tyle lat strojenia się w piórka literatury? Być może dlatego właśnie Igor wypadł z rankingów krytycznych. Innym ciekawym transferem było przejście Grzegorza Nurka ze „Studium” do „Tygodnika Powszechnego” z korzyścią – mam nadzieję dla samego „TP”.

 

Debiut roku 2008 – gładko pomijając debiuty do których samemu przyłożyło się rękę, chciałem zwrócić uwagę na Konrada Górę „Requiem dla Saddama Husajna i inne wiersze dla ubogich duchem”, Kamilę Pawluś „Rybarium” i oczywiście Przemysława Owczarka z „Rdzą”. Każda z tych książek przynosi mi świeży powiew od morza, czegoś co w poezji mogłoby się od tych książek zacząć znowu (bo zupełnie zacząć – to pewnie nie, na to jesteśmy zbyt świadomi tego co robimy państwo poectwo). Konrad Góra chyba wygląda mi na najbardziej wyrazistego autora w tej ekipie a to z powodu takiego, że bez pardonu wchodzi w barwy zaangażowania, ale nie z poziomu warszawskiego saloniku prasy tylko ulicy. Od czasu jak facet z imprezy w Brzegu postanowił wracać do Wrocławia zima na piechotę – wiedziałem że ten facet to autentyk, prawdziwy ethosowiec – i proszę bardzo, w poezji też siła gestu z jakim anarchio-punk zamachuje się koktajlem mołotowa.

 

Koneser roku 2008Maciej Kaczka, człowiek-orkiestra który ma coś do powiedzenia na każdy temat. Nieważne co, ważne że gada, szkoda że jak już gada to nie gada o czym gada, ale nie bądźmy drobiazgowi. Czym byłoby życie literackie bez Kaczki?

 

Jedyny sprawiedliwy roku 2008 –  zostaje załoga G w składzie Marek Trojanowski i Pani Bieńczycka rezydująca pod adresami:
http://bienczycka.com/blog/
,
http://www.historiamoichniedoli.pl
– jak to z jedynymi sprawiedliwymi – gadać na żaden temat się z nimi nie da, ale za to miło patrzeć jak jedno z drugim łoi literaturę, literatów, poezję w imię sobie tylko znanej jedyności prawdy.  Gdyby tylko Marek Trojanowski nieco bardziej rozwinął swoje metody miażdżenia adwersarzy i do retoryki oraz ozdobników, parfraz dołożył jeszcze trochę rzetelności i dystansu – w duecie z Panią Bieńczycką mogliby stworzyć ani chybi jedną z bardziej wpływowych sitw i klik, takich samych jak te które – prawdziwe czy urojone – sami zwalczają. Przygarnialiby pod swoje skrzydła wielu odrzuconych przez układ, mafię paliwową i coas nostre handlującą zatrutym mlekiem bebiko na targach hodowców bydła. Gdyby za tym stała jeszcze siła i przemyślunek strategiczny oraz trochę pracy organicznej, strukturalnej – mielibyśmy znaczne ożywienie w literaturze. Na razie tylko pokasływanie z dwóch blogów i podziwu godna zapalczywość w lekturze. Szkoda tylko, że ta lektura niedokładna, bezładna a krytyka często kulą w płot. Potyka sie o drobiazgi, szczególnie gdy tomik Jacka Dehnela „Wyprawa na południe” wydany w ramach konkursu na Tyską Zimę Poetycką uznaje się za jego debiut [sic!].

 

Poezja roku 2008„Lacrimosa” Radka Kobierskiego – anonsowana początkowo na koniec roku 2007, „baw się” – Romana Honeta, debiuty – o których było wyżej także weszłyby w ten obieg, ponadto „Iluzjon” Maćka Woźniaka, „Inne Tempo” Gutorowa.  O trzech z tych książek juz pisałm i tutaj i w „Red.” i w innych miejscach o „Innym tempie” Jacka Gutorowa – pisali inni a ja nie umiem.

 

Proza roku 2008 – przyznaje nie czytałem jej bardzo dużo, wręcz bardzo mało – ale po raz pierwszy od lat bez poczucia krzywdy dla nikogo stawiam – o czym wiele razy już tutaj pisałem – na Jacka Dukaja „Lód”. Pomijając nawet własności jego prozy jako prozy – są autorzy podnoszący jakiś gatunek do rangi sztuki, przekraczający półki i szuflady krytyków – Dukaj właśnie tego dokonał. Chwała i cześć mu za to. Baj de łej w najnowszym „Tygodniku Powszechnym” wyciąg skrótowy z wywiadu z Jackiem Dukajem jaki w całości pojawi się w czerwcu w „Red.”

 

Rozmnożenie roku 2008 – to  rozmnożenie nagród literackich znaczących pod względem finansowym. Fajnie by było gdyby powstała w końcu nagroda branżowo-anarchistyczna, samorządna, niezależna przyznawana przez samo środowisko – komuś ze środowiska. Nietrudno bowiem nie zauważyć, że owe nagrody to jednak kompromisy ambicji lokalnych władców – Wrocławia, Agory SA, Gdyni, TVP z w gruncie rzeczy w  części powtarzalnym zestawem jurorskim. Kto by mógól animować takie szerokie grono w którym byłoby miejsce i dla Wencla i dla Stokfiszewskiego? Kiedys miało to robic upadłe „Literatorium” a dzisiaj? Instytut Książki? „Tygodnik Powszechny”? ja?

 

Objawienie roku 2008pismo apokaliptyczne „44” – nie czytałem, ale słysząc zapowiedzi manifestu neomesjanistycznego zastanawiam się czy to będzie na prawo od „Frondy” czy na lewo od Edenu. W każdym razie takich ruchów życie literackie na pewno potrzebuje, bo „krytyce Politycznej” potrzebny jest zajadły adwersarz, szczególnie teraz po transferach. Na podobnych prawach umieszczam utrzymane w estetyce artzinowej „Arterie” z Łodzi, które strzeliły w nieboskłon od razu z serią wydawniczą. Bardzo dobrze bardzo dobrze. Nie może być źle kiedy powstają jednak nowe tytuły, które mówią – co było to było, to było do śmichu. Teraz my.

 

Jeżeli doliczyć do tego trwanie z lepszym lub gorszym skutkiem serii Staromiejskiego Domu Kultury i jego autorów, trwanie, „Red.”-a (rozwojem tego niestety nazwać nie można) „Portretu”, „Lampy”, „Toposu”, „Fa-artu”, „Opcji”, Instytutu Mikołowskiego, podtrzymanie życia w poetyckich seriach „Znaku” i „Wydawnictwa Literackiego” – chyba nie jest tak zupełnie źle. Pytanie tylko – czy lepiej być nie może?